filmowo blog

Twój nowy blog

T. Solondz Jest reżyserem
wyjątkowym, bezkompromisowym w ukazywaniu ciemnych stron
życia, intrygującym, na pewno pozostawiającym po sobie ślad, i to bardzo
charakterystyczny. Jego filmy mogą budzić skrajne uczucia – od uwielbienia do obrzydzenia.
Po
„Happiness”, i „Opowiadaniu” z niecierpliwością czekałam na moment, kiedy zdobędę
„Palindromy”. No i udało się.
Ten film jest zdecydowanie bardziej
zagmatwany w konstrukcji, trudniejszy w odbiorze i interpretacji,
wymagający więcej uwagi i czasu na refleksje.
Scenariusz, ktorego głónym tematem jest aborcja, nie jest prosty, budowa, pomysły na bohaterów takie, że można się czasem pogubić. Ale,gdyby to był taki sobie grzeczny filmik z
problemem aborcji w roli głównej, z pewnością wyszedł by kolejny banał,
wyświetlany ochoczo na lekcjach religii. A tak – zastanawiamy się jakie,
i czy w ogóle, jednoznaczne stanowisko zajmuje Solondz w tym temacie.
Bo czyż w ogóle może być ono takie? Może życie człowieka jest zbyt
skomplikowane, zbyt zaskakujące i nieprzewidywalne, aby można je było
ująć w zimne ramy przepisów, paragrafów i przykazań.

Dlaczego
Aviva, dziewczynka o imieniu palindromie, przybiera w filmie rózne
postaci? Od małej, z lekka niedorozwiniętej, Murzynki do dorosłej
inteligentnej białej kobiety? Może dlatego, że każda kobieta, bez wyjątku – biała, czarna, gruba, chuda, zdrowa, chora jest genetycznie zaprogramowana na macierzyństwo, co widać i czuć już od ich najmłodszych lat.
Dziewczynki od malego marzą o byciu matką. Ich pierwsze zabawy to markowanie jej czynności. Kołyszą do snu swoje lalki,
przewijają, tulą do piersi, gdy „płaczą”, chodzą z nimi do doktora itp.
Później dziewczynki dorastają i pod wpływem różnych okoliczności ich
instynkt macierzyński jest wypierany na dalszy plan, czasem zabijany.
W
tym momencie przychodzi mi na myśl postać pedofila, przekazującego w
rozmowie z jedną z „Aviv”, tą najbardziej świadomą i obolałą (J. Jason
Leigh) całą kwintesencję filmu o naszym /genetycznym/ zaprogramowaniu i
niemożnosci wskórania niczego przeciw temu, na co jesteśmy skazani
wskutek owego nas zafiksowania. Jesteśmy jak tytułowe palindromy,
brzmiące tak samo, niezmiennie, zarówno od początku, jak i od końca (życia?)
Poza
tym, pedofil oświadcza z „rozbrajajacą” szczerościa, że bardzo kocha
dzieci. Toż to zupełnie tak samo, jak kiedyś te małe dziewczynki,
później duże dziewczyny, młode kobiety, córki, ich matki, ojcowie,
narzeczeni itd. Wszyscy przecież kochają dzieci! Co wielu nie
przeszkadza te dzieci zabijać, albo… marnować im życie, skazywać je na
kalectwo, tak fizyczne jak i psychiczne. Dlaczego, jeśli dobijamy się o
karę dla pedofili, zabijających dzieci, dosłownie, czy w przenośni – ich niewinność i marzenia o
miłości, nie żądać jej dla tych, którzy zabijają dzieci w łonie matek,
także tych bardzo młodych, robiąc tym samym zamach na instynkt
macierzyński, ich niewinność i marzenia o matczynej miłości?

Ale
Solondz, mimo wszystko, nie chce być sędzią w sprawie. Jako kontrapunkt
szczytnych przeciwaborcyjnych idei, przedstawia widzowi szkołę i dom
Mamy Sunshine. Kobiety głęboko wierzącej w …. swoją szlachetność, że
robi świetną rzecz dla dobra osieroconych kalekich dzieci, stwarzając im
złudny raj na ziemi pod sztandarem Jezusa Chrystusa. Ułomne dzieci,
sztucznie karmione poczuciem szczęścia, tańczące i śpiewające w rytm
religijnej pieśni jakoś nie przekonują o autentyczności ich radości
życia. Może odczuwają brak rodzonych matek, które nie dokonały aborcji z
pobudek religijnych, ale nie czując się matkami z takich czy innych
powodów oddały swoje brzydkie kaczątka pod opiekę kościoła.

Zastanawiała
mnie jeszcze jedna rzecz w tym filmie, a mianowicie – seks, pozbawiony
kompletnie znamion namiętności i miłości. Seks w Palindromach jest
automatyczny, niczym kłopotliwa powinność rodzaju ludzkiego, którą
trzeba wypełniać, w celach rozrodczych, tak jak każe kościół.
Przerażający
i smutny jest świat u Solondza, nakazy i zakazy, a pomiędzy nimi
tłamszone ludzkie popędy. Na uczucia spuszczono tu zasłonę milczenia.
Odpowiada
mi trzeźwe podejście do świata i życia bez owijania w bawełnę (co nie
musi koniecznie oznaczać, że takowe posiadam), pogodzenia sie z jego
blaskami i cieniami, nieukrywanie faktu,że tych drugich jest zdecdowanie
więcej, a jednocześnie umiejętność radzenia sobie z taką świadomością.
Dlatego też podoba mi się Todd Solondz i jego filmy.

Film z okazji święta górników i ich patronki – Barbary. Oryginalny
pomysł, na pokazanie w nietypowy sposób braci górniczej, tym razem na
galowo i od strony pielęgnowanych przez nich zwyczajów i tradycji.
Dyrekcja pewnej kopalni zaprasza na obchody Barbórki popularnego aktora
serialowego – Jakuba (Marcin Dorociński), który kompletnie nie wie (i nie ma
na to ochoty), jak się odnaleźć w roli chałturnika, jaka mu przypadła z
powodu braku innych propozycji filmowych. Popełnia on wiele błędów,
niezręczności, co wytyka mu bezlitośnie Basia, solenizantka, która
pracuje na kopalni. Basia jest wielbicielką Jakuba, bardzo przeżywa
wizytę aktora, tym bardziej, że jest oddelegowana do „komitetu
powitalnego” ekipy z Warszawy . Niestety, postawa jej idola bardzo ją
rozczarowuje. Aktor nie ukrywa swego znudzenia, rozdrażnienia, że musi
odwalać tak niewdzięczną robotę. Tym bardziej, że górnicy, co rusz,
płatają im jakiegoś psikusa, usprawiedliwiając się górniczą tradycją.
Jakub nie może się odnaleźć w środowisku prostych ludzi ciężkiej
pracy, lecz znających swą wartość i nie dającym sobie wcisnąć żadnej
ciemnoty. Dochodzi do konfrontacji Basi i Jakuba, podczas której
dziewczyna nie żaluje mu słów gorzkiej prawdy o tym, jak bardzo się na
nim zawiodła. Ta szczera lecz ostra rozmowa z dziewczyną oraz
niefortunny początek występu na akademii górniczej sprawiają, że idol kobiet zaczyna inaczej patrzeć swoje życie i co ważne –
zauważać i rozumieć ludzi wokół siebie. Porzuca stereotypy myślowe na
temat górników czy zwyczajnych niepozornych dziewczyn. Między znanym i
przystojnym aktorem a skromną robotnicą z kopalni zawiązuje się
autentyczna, choć wydaje się zupełnie magiczna, nieprawdopodobna, nić sympatii. Odnajduję
wspólny język, cieszą się sobą jak para nastolatków. Basia nigdy nie
zapomni tych imienin, ani Jakub swej barbórkowej chałtury, która
nauczyła go wartości bycia autentycznym, nie tylko na scenie życia.

Mały skromny film, może baśń, kolejny bardzo dobry z serii świąt polskich. Wyjątkowo udany cykl.

Atak na WTC do dnia dzisiejszego nie
doczekał się konkretnego wyjaśnienia, kto za nim stoi. I podejrzewam, że się
nie dowiemy, przynajmniej za życia administracji Busha i jego samego.  Czy Osama Ben Laden żyje czy nie, kto go tam
wie, nikt go nie widział, a nie ma to jak ganianie za duchem – fajny pretekst,
by wkroczyć do kraju w którym potencjalnie może się ukrywać. Czasem, w mediach,
pojawi się jakaś mrożąca krew w żyłach informacja, że oto planuje
on nowy zamach na społeczeństwo chrześcijańskie (pamiętacie czasy wąglika?), po czym przechwytuje się w
jakimś samolocie tajemniczy ładunek wybuchowy, nadany gdzieś na Bliskim
Wschodzie (ostatnio Jemen jest w modzie). Ale kim tak naprawdę jest osoba, ktora
go nadała, myśle, że też się nie dowiemy (a czy tak naprawdę kogokolwiek to
interesuje? Grunt, że była akcja).  Tak
jak nie dowiemy się, kto kilka lat temu wysadził kilka bloków na moskiewskim
osiedlu, na rachunek Czeczenów, rzecz jasna. Polityka, jeśli chodzi o zyski trzymających jej ster, nie zna i nie ma
litości, nawet nad swoimi najbliższymi bliźnimi, czego przykład dał nam ojczulek
Stalin, czy rzeź w Rwandzie. 

Szkody ataku są oczywiste, te ludzkie i
 moralne. A korzyści, bo przecież ktoś go
dla nich uczynił, jakie i dla kogo? Kontrola obywateli, całego świata,
przybywających w progi jakże gościnnych bram USA, o tym wiemy. Jak również
obywateli tam żyjących, ku radosnej uciesze ich samych, rzecz jasna, bo to
przecież dla ich dobra i bezpieczeństwa.  A najważniejsze, to podzielenie świata na dwa
obozy – źli islamiści i dobrzy chrześcijanie świetnie rokuje na długoletnie
podżeganie do wojen i sianiu strachu czy nienawiści oraz na długie rządy
Ameryki w świecie, a co za tym idzie błogie samopoczucie potentatów od
przemysłu zbrojeniowego, narkotykowego i innych rozkwitających w czasie wojen.

„Droga do Guantanamo” – film
dobry, ale nie robi już takiego piorunującego wrażenia, po filmach amatorskich,
robionych przez amerykańskich żołnierzy znęcających się nad więźniami w irackim
Abu Graib. Winterbottom nie postawił na szokowanie widza scenami przemocy, bardziej
skupił się na metodach, które i tak tu były dość łagodnie i oględnie
przedstawione, mających uwięzionych skłonić do podwyższenia wskaźnika
skuteczności amerykańskich służb śledczych w Guantanamo. Bo przecież w tym
wszystkim, w tej całej pogoni za króliczkiem, nie chodzi o prawdę, o
znalezienie winnych zamachu, współpracy z Ben Ladenem, etc. Chodzi o wykazanie
się skutecznością, statystykami mającymi zadowolić Biały Dom i Amerykanów, że
rząd tak pięknie walczy z muzułmanami.
Film stracił już trochę na atrakcyjności, sprawa chwilowo nieaktualna, USA mają
nowego prezydenta, prawie czarnego, mającego na drugie imię Hussein, który
zamknął więzienie w Guantanamo, a w pobliżu zburzonego WTC nie przeciwstawia
się pomysłowi, by postawić tam meczet… Pożyjemy zobaczymy, jak długo się
utrzyma… i jak długo on pożyje. Zobaczymy czy Amerykanie są naprawdę wolnym
narodem, czy tylko ulegają złudzeniu wolności, którą im sie wmawia. Póki co,
jego partia mocno straciła w ostatnich wyborach do Kongresu.
A poza tym, film jest pięknie realizowany – zdjęcia, montaż. Ładna była scena z
amerykańskim strażnikiem, który prosi jednego z więźniów by dla niego
zarapował, albo zabicie przez niego tarantuli, mogącej zagrozić życiu
pakistańskiego więźnia – taki małe przejawy przyjaźni między wrogami
ustanowionymi odgórnie przez rząd USA.

Właśnie, na dniach
nasz bohater od wydawania gabinetowych decyzji ważących o losie całego świata, pochwalił się swoją autobiografią, której nadał tytuł: „Decision Points” George W. Bush. Przyznaje
w niej, m.in, że nie żałuje żadnych swych decyzji politycznych, także tych o
torturowaniu więźniów, mimo iż teraz już wie (ha, ha!) , że z tym Irakiem i
bronią nuklearną chowaną w szufladach Saddama Husseina, to była ściema. I jeśli
by była taka potrzeba, podjąłby je powtórnie, a nawet je ciągle zaleca, gdy idzie o ratowanie ludzkości. 
Oczywiście w momencie zamachu na WTC z niewinną minką czytał książeczki
dzieciom w amerykańskim przedszkolu oddalonym o setki kilometrów od Washingtonu,
a jego coś dobrotliwego, na kształt uśmiechu, gdy dowiedział się o faktach, był
jeno  sprytnym  kamuflażem, żeby w
narodzie nie wzbudzić popłochu, że czuje się zagrożony. Dobry, troskliwy,
wujek Jurek.

Słowem, może
niekoniecznie najpiękniejszym, najdźwięczniej brzmiącym i wcale nie niosącym
przyjemnych wspomnień, ale za to najważniejszym, najpoważniejszym,
fundamentalnym wręcz jest dla mnie słowo „odpowiedzialność”. Słysząc
to słowo, widzę, niestety, tylko oczyma wyobraźni, beztroskie dzieci prowadzone
przez szczęśliwych rodziców, nie widzę bezpańskich psów i kotów, widzę za to
czyste chodniki, trawniki i piaskownice posprzątane ze śladów milusińskich.Widzę szlaki
turystyczne, lasy bez dzikich wysypisk śmieci, widzę czyste rzeki… Widzę
także świat bez wojen, a polityków winnych ich wywołania i śmierci milionów
ludzi widzę odbywających jakąkolwiek pokutę. Rządzą ci, którzy ważą, szanują i
są odpowiedzialni za słowa, nie wypowiadają ich nadaremno.

Jednym słowem,
„odpowiedzialność” kojarzy mi się z ładem i harmonią, tak rzadko już
dziś odczuwaną. Stronimy od tego słowa, zastępujemy je zwrotami „mam tylko
jedno życie”, „młodość jest taka krótka”, „niech każdy
martwi się o siebie”, „to nie moja sprawa”, „ja tego nie
chciałem”, „po mnie choćby potop”. Takie jedno małe, poważne
słowo, gdybyśmy tylko chcieli o nim częściej pamiętać i wypełniać jego
znaczenie, wtedy nadużywane powszechnie wielkie słowo „szczęście” nie
byłoby nic nie znaczącym banałem.

/Miałam tę przyjemność, że słowo, ktore uważam za najważniejsze (dlaczego -  próbowałam opisać jak wyżej), a tym samym i najpiękniejsze, bo jak napisał w komentarzu jeden z jurorów prof. Jan Miodek „Zamyka się w nim abosolutna większość dobrych, pozytywnych działań człowieka: odpowiedzialność za siebie, za innych ludzi, za rodzinę, za środowisko, za słowa, za uczucia, za… można by wymieniać bez konca…”, zostało wyróżnione w plebiscycie im. Krystyny Bochenek Gazety Wyborczej i Radia TOK FM na „Najpiękniejsze polskie słowo”/

Całkiem niezły film osadzony w czasie pieriestrojki
w ZSRR. Obraz porażenia społeczeństwa, skazanego na wieczną niemoc na
własne życzenie, obezwładnionego marazmem, zaściankowością, zawężeniem
horyzontów, zapijającego wszelkie problemy, także te które wynikają ze
zderzenia się z nowym, dający nadzieję na lepsze, życiem. Przeobrażenia,
bowiem, wymagają minimum wysiłku, a na ten Rosjan nie stać, najprościej
jest się napić i zapomnieć.

Wiera to młoda dziewczyna, tuż po skończeniu obowiązkowej edukacji,
wpadająca w ciągle zatargi z rodzicami. Rodzice bardzo ją kochają, lecz
nie potrafią zrozumieć nowych wyzwań, przed jakimi stoi córka. Boją się
panicznie o jej przyszłość, nie umieją z nią o tym porozmawiać, poza tym
potworne zmęczenie fizyczne i psychiczne związane z walką o byt,
sprawiają, że rozmowy najczęściej kończą się krzykiem i wzajemnymi
wymówkami. Co z tego, że się w tej rodzinie kochają, skoro nie potrafią
tego nijak okazać. Jeśli córka zaopiekuje się pijanym ojcem, to on
nawet o tym nie wie, bo wtedy wlaśnie jest pogrążony w głębokim śnie.

Pewnego razu Wiera poznaje studenta, mieszkającego w akademiku.
Zakochuje się w nim natychmiast, odstaje bowiem od jej dotychczasowych
kolegów. Jest przystojny, zadbany (chyba nawet wydepilowany pod
pachami), ma fantazję, jest oczytany, a przede wszystkim NIE PIJE. Jak
się okazuje, w tym jest najwiekszy problem, rodzice Wiery, odkrywając
ten jakże przecież chwalebny fakt przy rodznnej kolacji, podejerzewają,
że chłopak, ten student, nimi gardzi. Podobne zresztą zdanie mają o
swej synowej. Syn Wiktor, lekarz, mieszka w Moskwie, tam się ożenił i
jest największym autorytetem dla swoich rodziców, niestety, w odwiedziny
zawsze przyjeżdża sam, beż zony i córki.

Rodzice Wiery nie lubią jej nowego chłopaka, są drażliwi na jego
punkcie, swoim wizerunkiem odstaje, co by nie mówić, od wizerunku
przeciętnego młodego Rosjanina, do jakiego zdążyli się już od wieków
przyzwyczaić. Między ojcem a narzeczonym ich małej Wiery dochodzi do
naprawdę ostrej sprzeczki, wręcz tragedii. Chłopak zostaje uziemiony,
sytuacja wraca do normy, cała rodzina pogrąża się w marazmie, tym co
Rosjanie „lubią” najbardziej.

Szansa na lepsze jutro dla Rosjan w postaci kategorycznego odcięcia się
od „wczoraj”, zostaje ciągle marnowana. Niszczą ją stare kompleksy i
pijackie nawyki, nowocześni, symbolicznie rzecz ujmując – „niepijący”
budzą nieufność. Szanse na godne przetrwanie do jutra ma w filmie
jedynie syn Wiktor, który odcina się od pogrążonej w starych nawykach
rodziny. Jest to przykre, ale niestety, każda przemiana, generalny
remont w domu, wymaga kosztów i poświęceń.

Zaciekawia mnie tureckie kino, podobnie jak fragmenty tureckiej
literatury, z którymi się ostatnio poznałam, czyli „Pchli pałac” E.
Safak i O. Pamuk „Śnieg”. Chyba dlatego, że ma, mają, w sobie tę przeczuwaną
nostalgię Turków za światem, który zaczynają pomału zatracać,
spoglądając tęsknie na europejski brzeg Bosforu, dążąc do zunifikowania w
Unii Europejskiej.
Fabuła filmu Yesim Ustaoglu, w prostej
linii osadza się na odwiecznym problemie ludzkości – jak poradzić sobie
ze staroscią, zniedołężnieniem czlowieka, jak godnie i po ludzku
przeżyć ten trudny czas – trudny, zarówno dotkniętemu starzeniem sie jak
i jego rodzinie.
 Komuż to tytułowa puszka Pandory przyniesie złe
wieści, sprawi wiele kłopotów, przepełni smutkiem, przewartościuje
dotychczasowe życie? Otóż, tymi wybrańcami okaże się trójka rodzeństwa,
dwie siostry i brat, w dojrzałym wieku, mieszkająca w samej stolicy kraju.
Pewnego dnia otrzymują telefoniczną informację ze swej rodzinnej wsi,
położonej głęboko w górach, że ich leciwa matka zaginęła. Po prostu,
wyszła z domu i nie wróciła. Na szczęście, jeszcze na wsi zniknięcie,
nawet starszej samotnej osoby, jest zauważalne i nie daje spokoju jej
mieszkańcom.
Kim są dzieci starszej zaginionej pani? Jedna z córek,
panna, pracuje w wydawnictwie, druga – mężatka i matka dorastającego
syna, zajmuje sie domem, a ich brat – to ktoś z gatunku niebieskiego
ptaka, czyli zupełne przeciwieństwo sióstr. Nieszczęśliwa wiadomość
sprawia, że rodzeństwo żyjące do tej pory we wzajemnym odosobnieniu,
jest zmuszone skonsolidować swe siły, dogadać i udać się na daleką
wyprawę w rodzinne strony, by odszukać rodzicielkę. Podróż nie przebiega
bezkonfliktowo. Długie godziny wspólnej jazdy są okazją do wzajemnych
wyrzutów, oskarżeń tyczących lat dzieciństwa i młodości, kiedy jeszcze
żyli pod wspólnym dachem. Koniec końców, wyjazd ma szczęśliwy finał –
matka zostaje odnaleziona w lesie, zabrana do miasta, przebadana w
szpitali i zdiagnozowana – niestety, dla wszystkich, ma Alzheimera.
Czyli szczęście w nieszczęściu, jednak. Stara kobieta, przez całe 90 lat
mieszkająca na wsi teraz, na ostatnie dni życia, musi pozostać w mieście – siła wyższa. Zostaje u
córki, mężatki, jej najlepiej powodzi się materialnie. Nie jest lekko.
Mama ciągle ucieka z domu, bawi się z dziećmi na ulicy, sika na dywan.
Zapada decyzja, że dla odmiany, na jakiś czas zabierze ją do siebie druga córka.
Niestety, jej nieustabilizowane życie osobiste, nie sprzyja opiece nad
matką. Starsza pani zostaje odtransportowana do syna – tam na swoje
szczęście trafia na swego wnuka, który przez swoje prawie 20-letnie
życie nie miał okazji poznać swej babci. O dziwo, ta dwójka doskonale
się rozumie. Przy okazji warto nadmienić, że wnuk babci jest dość
niesfornym synem jej córki, czyli swej matki. Nie ma zamiaru się uczyć,
broni się rozpaczliwie przed upodobnieniem do swego zaharowanego
zarabianiem pieniędzy ojca. A przecież to dzięki ojcu ma wszystko, czego
mu potrzeba, wszystko, żeby mógł się uczyć i robić karierę. Ale czy to wystarcza młodemu człowiekowi? Może
właśnie dlatego wnuk z babcią tak się dobrze rozumieją? Obydwoje nie
chcą sie poddać rygorom, przymusom, narzucanym im przez innych.Chcą żyć
po swojemu, nawet jeśli to będzie się równało bardzo skromnej
egzystencji. Może mimo światowego trendu by więcej mieć niż być, wolą
jednak bardziej być niż mieć? Od momentu spotkania babci z wnuczkiem
czujemy, że los starszej pani zmieni się na lepsze.

Czy
historia tej rodziny, starej matki i jej dzieci, które zapomniały o
niej na dlugie lata, jest metaforą historii współczesnej Turcji? Wyrazem
obawy, że Turcy zachłyśnięci zachodnim stylem życia, nowoczesnością,
globalizacją, zapomną o swej ojczyźnie -matce i korzeniach, skąd
pochodzą? Tak jak filmowe dzieci – zaniedbały swoją? Będą
mieć do swej tradycji stosunek, owszem, poprawny, ale zimny, a może, nie
daj Allah, niechętny? Czy tytułowa puszka Pandory, to odsunięcie się od
matki, po uczynieniu pewnych wysiłków by sprostać opiece nad nią, jej
dzieci, na rzecz wygody i komfortowego życia? Czy to może być przyczyną
ich nieszczęścia, złego samopoczucia, wyrzutów sumienia? Wszystko zależy
od tego, kto co uważa za szczęście. Jeśli ktoś przez 20 lat nie miał
kontaktu z matką i nie czuje się z tego powodu nieswojo?  Widać, że niektórzy mogą tak żyć.  Ale czy wiedzą co tracą? Czy może być coś
bardziej ciepłego, kojącego, dla człowieka, jak uśmiech i objęcie ramion
matki? Na chwilę tego doświadczają, matka, po latach, mimo choroby
potrafi ciągle obdarzać swoje dzieci gestami miłości.
Jedyna
nadzieja we wnuku, tym młodym pokoleniu, ktore nie poczuło
zachłyśnięcia się nowym życiem, przywykło już do niego, a nawet już mu
ono obrzydło, i dlatego znajdzie czas by odszukać swe korzenie i poczuć z
tego prawdziwą radość.
Nie wiem, czy takie były intencje
autorki filmu. Nie bez znaczenia, wydaje mi się, jest też wybranie
choroby, na jaką choruje matka. Zapomina, co wydarzyło się przed
godziną, ale doskonale pamięta stare czasy. Czym więcej rozmyślam o tym
filmie, tym bardziej przekonuję się, że reżyserka troszczy się o pamięć,
pielęgnowanie korzeni.
Taka jest moja interpretacja, ta
głębsza, bo w pierwszej kolejności, jest to piękny film o odnajdywaniu
sie bratnich dusz, a że dusza to nie ciało, to i wiek dla niej nie ma znaczenia. Więc nic dziwnego,
że bratają się dusze 90 letniej kobiety i jej o 70 lat młodszego wnuka. 

Jest takie miejsce na ziemi, które można by nazwać rajem, gdzie
ludzie są sobie równi, bez względu na urodzenie i pochodzenie, bez
oglądania się na wykształcenie, profesję, majątek i wszystko to, co
określa pozycję społeczną. gdzie ludzie spotykają się po to, by spełniać
marzenia, rozwijać swoje, często dziwne dla laika, pasje, cieszyć się
życiem i nieskażoną jeszcze (a przynajmniej w małym stopniu) przez
człowieka naturą. I nie jest to raj taki, jaki nam się zwykle z tym
słowem kojarzy – nie ma tu ciepłego morza, plaż, palm i kokosów
spadających wprost do koszyka, nie ma półnagich, pieknych czekoladowych
dziewczyn, poruszających rytmicznie biodrami w tańcu hula. Nie, nie,
wręcz przeciwnie – to miejsce to zimna Antarktyda. I dobrze, bo nikt do
tego raju nie trafi przypadkowo. Życie przybyszów oraz świata tutejszej
fauny, tętni tu, wbrew pozorom, wcale nie słabiej niż w innych bardziej
zamieszkanych zakątkach świata. Praca naukowa wre pełną parą, a w ramach
odpoczynku urządza sie na przyklad koncert, niczym onegdaj Beatlesi w
Londynie, na dachu miejscowego baraku.

A Werner Herzog prowadząc rozmowy



z owymi „dziwakami”, czy ekscentrykami (lepiej brzmi) oraz komentując
ich poczynania, wykazuje się nadzwyczajnym poczuciem humoru oraz
zrozumieniem pobudek ich działania. Być może, sam do tej niezwykłej
ekipy za niedługo dołączy?

Dokument autora takich głośnych (no, powiedzmy, w miarę głośnych)
ostatnio fabuł jak „Upały” czy „Import-Export”.  Tytuł „Zwierzęca miłość” działa dwustronnie, może określać miłość zwierzęcia do człowieka, lub przenośnie (choć
niekoniecznie – patrząc na człowieka jako na ogniwo w łańcuchu ewolucji),
miłość człowieka do zwierzęcia.  Autor
filmu przedstawia ludzi z bardzo różnych środowisk, na pierwszy rzut oka wcale
nie samotnych, bo żyjących w rozmaitych związkach, którzy jednak największą i
prawdziwą głębię uczuć znajdują w obcowaniu ze zwierzętami.  Przeważnie są to psy, czasem inne, na
przykład królik. Poznajemy przeróżne typy ludzkie.  Na przykład dwoje młodych bezdomnych
mężczyzn, żyjących razem z  kundlem 
w jakimś nędznym składziku, kupujący za ostatnie grosze do swego stada
jeszcze królika, który ma pomagać im zarabiać na życie, to znaczy teraz na dworcu
kolejowym, zamiast o datek dla siebie, będą prosić o grosz na karmę dla
„kicka”. Jest też para mężczyzn w średnim wieku, żadnych gejów,  pragnących część potencjału  miłości jaki posiadają wyładować na psie.
Przygarniając  go, posiłkują  się wiedzą fachową, czytają książki z zakresu
hodowli psów , czy przysposabiania ich do życia w ludzkim stadle.  Nie brakuje w tym towarzystwie i pań. Jedna z
nich – piękna kobieta,  chyba jakaś
artystka (śpiewaczka), traktuje swego rasowego husky, jak prawdziwego przyjaciela,
czyta mu listy od swych kochanków i wielbicieli, ubolewając przed zwierzęciem,
że wszyscy widzą w niej tylko atrakcyjne ciało, nikt nie widzi duszy.

I tak przez dwie godziny przewijają się przed naszymi oczami
portrety ludzi zawiedzionych  przez
bliskich, przez życie, ktorzy nie dostali miłości w takiej postaci jakiej się
spodziewali, ale nie pozbyli się jeszcze potrzeby jej dawania. A któż jak nie
zwierzę, może być najwdzięczniejszym biorcą miłości i jej przejawów?  Tylko ono może słuchać
wielogodzinnych zwierzeń człowieka, nie komentując i nie żądając w zamian
niczego, oprócz miski karmy i wyprowadzenia na spacer za potrzebą.

Interesujący jest sposób realizacji filmu. Najczęściej są
to luźne, pojedyncze, pozbawione logicznego ciągu scenki rodzajowe, jakieś  spacery,  dialogi  ludzkich par mieszkających wspólnie pod jednym
dachem razem z psem, a jeszcze częściej monologi  panów i pańć zwierząt skierowane do swoich
milusińskich. A tak nawiasem, jacy oni tam panowie i panie!  Są to wierni
poddani swych podwładnych, uzależnieni od nich całkowicie.   Scenki owe, poprzetykane są licznymi, wyraźnie aranżowanymi na
użytek dokumentu  ujęciami stricte  portretowymi. Bardzo pięknymi, refleksyjnymi,
melancholijnymi  mimo scenerii nędzy  życia.  Na
przykład – dwie stare kobiety z kotami na podołkach. Albo bardzo nieprzystojny
mężczyzna w średnim wieku, przed chwilą rozmawiający przez sekstelefon, za
chwilę ukazuje się nam nagi w całej swej niekrasie wraz z psem trzymanym na
smyczy. Odważny portret, dwóch dumnych samców, i tak naprawdę nie wiemy, kto  kogo na tej smyczy trzyma. Bardzo mocne
wrażenie wywołuje portret  z domu starców
(to jeden z ulubionych leitmotivów Seidla) 
- szereg łóżek z  ułożonymi w nich
jeszcze  żywymi, lecz nieruchomymi, ciałami
staruszków i biegającymi po pościeli małymi króliczkami,  figlarnie trącającymi noskami stare twarze, budząc na nich cień uśmiechu – znowu jedyną radość
daje człowiekowi nie drugi człowiek, lecz zwierzę.

Filmy Seidla kojarzą mi się czasem z dokumentami
naszej Ewy Borzęckiej. Obydwoje zajmuja się tą marniejszą stroną ludzkiego
istnienia. I teraz pytanie, dlaczego tak lubię filmy Austriaka, a  nie znoszę filmów Polki? Przecież ukazują podobne
światy używając przy tym  często gęsto
(Seidl nawet częściej i gęściej) celowej inscenizacji . Różnią ich cele, myśl
przewodnia ich filmowych przedsięwzięć. Borzęcka
zdaje
się działać ku zaspokojeniu niezdrowej sensacji, oczekiwaniu widza na obraz
zła, nędzy, brudu, by mógł nakarmić głód zobaczenia życia skrajnie innego od
swojego, a więc poczuć samozadowolenie ” jeszcze nie jest ze mną tak źle”.
W obrazach Borzęckiej, wyczuwa się jakimś siódmym zmysłem kalkulację, chęć zaszokowania widza dla swej korzyści, jako autorki
filmu.   Seidl, natomiast, pochyla się nad
człowiekiem i oprócz powierzchownej nędzy jego istnienia, stara się wydobyć także
głębię jego tęsknot, jego pragnień, ale także straszną wobec nich bezradność . Patrząc
na  filmy Seidla, w przeciwieństwie do
filmów Borzęckiej, widzimy, że  mimo
wszystko oglądamy człowieka, rozumiemy jego emocje, ba,  czujemy wręcz  pewną więź, dzielimy z nim jego rozpacz i
pustkę istnienia. Jednym słowem, filmy Seidla poruszają, po uprzednim wbiciu w
fotel (bezkompromisowy sposób filmowania), a filmy Borzęckiej czynią z nas jedynie zimnych obserwatorów pod okularem
mikroskopu-kamery pełzania czegoś (?), kogoś(?), co(?), kto (?) nazywa się człowiekiem.

Do zobaczenia tego filmu, oprócz recenzji na blogu Czarnego Kota, zachęciło mnie take poprzednie dzieło tego reżysera


,
a mianowicie „Okna”. „On, ona i on” podobnie jak i tamto dzieło, opowiada o tym, jak bardzo
możemy być daleko od siebie żyjąc z kimś wiele lat w bliskim i zupełnie
przyzwoitym związku. To także filmy o kobietach, które takie związki
usypiają – dobry mąż, codzienność bez żadnych wiekszych wstrząsów,
ale i uniesień, sprawiają, że zamykają się one w swym małym świecie, w
małych smuteczkach i radościach, nie zdając sobie sprawy, że życie obok, poza szerokimi plecami
męża, tętni i ma wiele różnych barw. Różne odcienie życia, a są to kolory
tęczy, poznaje właśnie mąż Antonii, Massimo, wiodący, jak się okazało po jego śmierci,
przez siedem lat drugie sekretne życie, w najgłębszej tajemnicy przed żoną i pozostałą rodziną. To w gejowskiej komunie (choć
nie tylko gejowskiej, bo w tej wspólnocie żyją obok siebie także
lesbijki, ale i transseksualiści, oraz ludzie nieokreślający się do
końca seksualnie) tak naprawdę rozkwitał, był prawdziwym sobą, duszą
towarzystwa, czlowiekiem uwielbianym wprost przez tę całą małą
społeczność. Takiego męża Antonia wcześniej nie znała. Zawsze był miły,
elegancki, serdeczny, dbający o nią pod każdym względem, ale raczej powściągliwy w ujawnianiu emocji i absolutnie nie
wzbudzający podejrzeń o jakimś „niemoralnym”, wg powszechnie uznanych
norm, prowadzeniu się. Dopiero po jego śmierci, Antonia, robiąc porządek w jego
rzeczach, natyka sie na obraz podarowany mężowi przez tajemniczą
kochankę, ktora okazuje się kochankiem o imieniu Michele. Początkowo ta
wiadomość staje sie dla niej ciosem, ale jak wiadomo, co nas nie zabije,
to nas wzmocni. I tak jest tym razem – to dzięki Michele i jego
współmieszkańcom Antonia poczuje smak prawdziwej przyjaźni, otwarcia się
na drugiego człowieka, doceni wagę szczerości w relacjach międzyludzkich, z
czasem lepiej pozna także samą siebie,  swoje prawdziwie pragnienia i
potrzeby. Może nawet zapyta w duchu (i zrozumie), dlaczego Massimo, jej
mąż, prowadził drugie życie w ukryciu przed nią, czy byłaby wcześniej
zdolna i gotowa udźwignąć ciężar wiedzy, że jest on mężczyzną biseksualnym? Czy stać by
ją było na gest wybaczenia, a może jeszcze lepiej – akceptacji tego faktu?
Polecam,
szczególnie tym, ktorzy nie lubią Almodovara, a chcieliby zobaczyć coś z
klimatów, którym on poświęca swą twórczość. Ci, którzy lubią, też mogą
popatrzeć i porównać na jakie różne sposoby można robić filmy na podobne
tematy i wybrać, który się bardziej podoba. Mnie odpowiada styl, zarówno
Hiszpana, jak i przysposobionego na Włocha Turka. Każdy z nich mówi o
bardzo delikatnych sprawach swoim językiem, jeden kwieciście i bez ogródek,
drugi stonowanie, prawie szeptem, ale obaj równie dobitnie przekonują,
że ludzi nie powinniśmy dzielić według tego, kogo kochają, najważniejsze
bowiem jest, że są w ogóle zdolni do miłości


.

Plakaty obwieszczają „Tak śmiesznego
filmu Allena jeszcze nie było”. Tere fere! Znamy ten numery fachowców od
marketingu. Wszystko zawsze jest „naj” i po raz pierwszy i musisz to mieć,
zobaczyć, spróbować, bo jesteś tego wart/a. Po co się tak wysilają, ci spece od
wysokiej sprzedaży?  Allen zawsze jest
wart zobaczenia, to się wie, a maluczcy, którzy czynią pierwsze kroki w
poznawaniu kina, mogą po tych plakatowych zachętach zrazić się do mistrza na
amen i na wieki. Choć myśle, że Allen nie obrazi się za takie hasła na
plakatach, swoją ostatanią twórczością („Sen Kassandry”, „Scoop”) sprawia
wrażenie, że ma ochotę dotrzeć do mas, nie tylko do tych, którzy noszą okulary
i są postrzegani jako mający chrapkę na miano intelektualistów. „Co nas kręci,
co nas podnieca” jest na to kolejnym dowodem. Czego ja osobiście nie mam mu
kompletnie za złe – po prostu jeden z okresów twórcy, który nie może przez całe
życie tworzyć dzieł, a tworzyć musi, bo jest do tego stworzony!

Nie jest to na pewno najśmieszniejszy film Allena, do takich
należy z pewnoscią „Zelig”! Ale nie jest też tak tragicznie, jak się może wydawać na wstępie , gdy Boris/Woody
dostaje dosłownie starczego słowotoku, a co najgorsze, powiela dowcipy ze
swoich starych filmów (o Żydach, religii itp.). No ale jak się tak dlugo żyje i
prawie co roku dostarcza nowego tytułu do dorobku, to człowiek kiedyś musi sie
powtórzyć.
Na szczęście, okazuje się, że złe dobrego początki, z czasem akcja nabiera
tempa, choć nie jest ono absolutnie zawrotne. Zaczyna przybierać także coraz
bardziej różowych kolorów, dosłownie. Allen sobie nieźle sobie swawoli, snując
erotyczne fantazje na temat związków międzyludzkich, i nie tylko. W pewnym
momencie nawiązuje nawet, albo znowu, do starego wątku seksu z owcą, jeśli ktoś widział
„Wszystko co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale baliście sie
zapytać” wie o co chodzi. Robi się więc niezły i jakże wyzwolony miłosny
misz- masz. Bo, tak jak sugeruje tytuł w oryginale, nie przejmuj się „Byle działało” (czy  „Jakby nie było”, zdania są podzielone),  a będzie
dobrze. Nie ważne z kim, nie ważne z iloma, chodzi o to, że „TO”, czyli magia
między ludźmi  ma działać. Miłość, seks
ma człowieka wyzwalać, inspirować, a nie krępować i ograniczać. Jeśli nie
czujemy się dobrze z partnerem, mamy uciekać gdzie pieprz rośnie, choćby przez
otwarte okno, a nuż czeka na nas, tam na dole, pani z pieskiem, albo porzucony
przez żonę/męża gej.

Ale o co chodzi? Tak z grubsza? Ano o to, że któregoś zwyczajnego wieczoru, starszy pan, intelektualista w okularach, oczywiście (!),  naukowiec o krok od nagrody Nobla, Boris Yelnikoff czyli
porte-parole reżysera, znajduje u drzwi swej kamienicy chudzinę z Teksasu,
twierdzącą, że ma 21 lat. Dziewczyna jak najbardziej, metrykalnie dorosła, przynajmniej sama o tym przekonuje, czemu więc jej nie wierzyć? Na dodatek  zagubiona w wielkim mieście, głodna – wypadałoby się nią zaopiekować, co też staruszek
Borys Yelnikoff, czyni. Na początku bez większego entuzjazmu, wszak ma już swoje przyzwyczajenia i dziwactwa, ale jak się
okazuje – było warto! Dziewczyna umie słuchać jego długich wywodów na temat
wszystkiego, poza tym jest niedouczona – a więc starszy pan może się wyżyć i
dowartościować intelektualnie, co skutkuje zarówno małżeństwem jak i uznaniem
męża przez żonę za geniusza. Czy może być coś piękniejszego dla mężczyzny od
statusu geniusza, na dodatek przyznanego mu przez piekną kobietę? 

Niestety, na horyzoncie ich sielanki pojawia się matka
dziewczyny, czyli teściowa, młodsza od zięcia o jakieś 25 lat, która brutalnie wkroczy
w ich związek, nasyłając na dziewczynę zabójczo przystojnego młodzieńca. A
sama,  za sprawą przyjaciół Yelnikoffa,
z zahukanej pani domu z głębokiego pobożnego Południa staje się wyzwoloną
artystką fotografikiem. Po chwili, za teściową, ściaga do nowojorskiej siedziby córeczki, jej
ojciec, czyli teść Borisa, młodszy od niego także o blisko 20 lat. To on jest
sprawcą ucieczki dziewczyny z domu, która nie mogła pogodzić z atmosferą jaka
zapanowała na łonie rodziny po zdradzie, jakiej się dopuscił, wyprowdzajac się
do swej młodszej kochanki, Niestety, nie znalazł on szczęście w nowym
związku, postanowił więc wrócić do żony i córki, a że właśnie zadomowiły się
one w NY, stąd i jego wizyta u Yelnikoffa, który ze stoickim spokojem (a przynajmniej do czasu)
przyjmuje to co przynosi mu los, czerpiąc profity ze swej gościnności i spolegliwości. Jak się okaże i ojciec, wyrwawszy się z konserwatywnego
Poludnia, trafiając na łono Nowego Yorku, wyzwoli się z ograniczeń i znajdzie wreszcie swą prawdziwą miłość.  I tak dalej,  i tak
dalej, wszystko toczy się jak z płatka, ludziska kochają się ile wlezie, a to
za sprawą, że są otwarci na to, co niesie im chwila i czują się wolni, przynajmniej od stereotypów.
Nikt tu nie gorszy się, że 21-latka bierze ślub z 75-latkiem, że jej matka
nagle zrzuca z siebie pancerz gospodyni domowej i staje się uwielbianą wna cały NY
fotografką zdjęć prawie porno, a ojciec wreszcie zrozumiał, dlaczego tak bardzo
podniecały go mecze baseballu.

Przez cały film miałam wrażenie, że przecież to nie może być
Allen. Gdzie się podziało jego czarnowidztwo, jego sarkazm, jego niedowierzanie
w mozliwość porozumienia między ludźmi, a już tym bardziej między płciami? To
musi być baśń,  gdzie wszystko kończy
się szczęśliwie, wszyscy natrafiaja na swe połówki i żyją długo, zgodnie i
pogodnie, do późnych lat starości osiągając co wieczór orgazm wielokrotny. Zresztą,
tak jak w baśni, mamy narratora, który co rusz odchodzi na bok, zwracając się
bezpośrednio do widzów przed ekranem, moralizuje wytykając ludzkie ułomności,
szczególnie tę, która jest wiarą człowieka w możliwość planowania i panowania
nad swym życiem .. 

Nie mogę się powstrzymać, by tych kilku zdań o filmie nie zakończyć cytatem słów,
które Allen jakby mi wyjął mi z ust moich, moich: „Tak się składa, że nienawidzę noworocznych
celebracj.Każdy rozpaczliwie chce się dobrze bawić, chcąc to uczcić w jakiś
żałosny sposób. Uczcić co? Krok bliżej grobu”. Cały Allen! Udaje, że nie rozumie, że ludziska z ulgą żegnają stary rok,
który przyniósł im mnóstwo rozczarowań, a radując się na nowy,  oszukują się, wierząc naiwnie, że będzie on
lepszy. I tak wkoło, aż do uciaptanej śmierci.

Szczęślwego Nowego Yorku, życzę!  To znaczy Roku, nie to za pół roku, tymczasem, niech będzie Yorku, czujmy się po tym filmie, jakbyśmy tam byli, miód i wino z rozbrykanym Allenen pili i tańczyli z tym … itd.


  • RSS