filmowo blog

Twój nowy blog

Treść tego fillmu można ująć w kilku słowach – Babcia przyjechała w
odwiedziny do wnuka. Zważywszy, że wnuk stacjonuje w obozie wojennym na
terenie Czeczenii, czymni te odwiedziny wyjątkowymi, zarówno dla samej
babci, jaki i wnuka oraz jego wojskowych kompanów. Myliłby się ten, kto
by sądził, że babcia Aleksandra, podczas gdy wnuk udaje się na rózne
akcje wojenne, siedzi w tym czasie na pryczy i ceruje mu spodnie, albo
gotuje budyń na wieczór. Nic z tych rzeczy. Babcia chadza swoimi drogami
i poznaje smutną rzeczywistość, zarówno tej małej społeczności
rosyjskich żołnierzy, jak i tych, którym przyszło żyć pod ich okupacją,
czyli Czeczenów. ,
Zero wojennej rozwalanki, ale
za to mnóstwo refleksji, rzecz jasna niewesołych, jak to na wojnie. Na
pierwszy plan wysuwa się szara codzienna bida, jaką klepią rosyjscy
żołnierze. Byle jakie jedzenie, byle jakie zaplecze sanitarne, byle
jakie namiotowe izby mieszkalne, byle jaka broń i całe wyposażenie –
stare karabiny czyszczone używaną po dziesięciokroć oliwą, czołgi
zamykane na sznurki. Czy takiej armii można się bać? Pytając, utyskuje wnuczek
Denis, rozmawiając z babcią o swojej niekończącej się służbie.
No i z
drugiej strony, za bramą bazy, widzimy (dzięki babci, która udaje się
na samowolkę do pobliskiego czeczeńskiego miasta), podobne ogromne
ubóstwo miejscowej ludności – żyją w ruinach domów zniszczonych przez
Rosjan, piją i jedzą byle co (herbata ze słomy), nie mają ani środków
ani sił, by cokolwiek naprawiać, zresztą po co, skoro Rosjanie w każdej
chwili mogą to zniszczyć. Aż się prosi przysłowie „prowadził ślepy kulawego”….
Kompletny bezsens, widziany przez kobiety,
które w przeciwieństwie do wojujących mężczyzn, potrafią się do siebie
zbliżyć, ale czy na pewno jest to takie prawdziwe zbliżenie? Scena
wizyty babci w zrujnowanym mieszkaniu Czeczenki Maliki jest jedną z
najważniejszych i bardzo znamiennych dla filmu. Każda z kobiet skarży
się na swoje krzywdy i nieszczęścia, a Aleksandra szczególnie. Jakoś
brakuje jej empatii i współczucia dla kobiety, która straciła rodzinę.
Dla niej ważniejszy jest jej ból nóg i mąż pijak, którego zostawiła w
Rosji. Mam wrażenie, że Sokurow nie wierzy w porozumienie, zrozumienie,
jakiekolwiek zbliżenie, między tymi narodami, a szczególnie ze strony Rosjan.  Zresztą, kobiety
rozmawiając wcześniej na targu wymieniają fundamentalne różnice między
swoimi nacjami.
Piękna i wymowna też była scena, gdy młody Czeczen
odprowadza Aleksandrę do bramy bazy. Rosjanie cieszą się, że babcia ich
kolegi wróciła na miejsce cała i zdrowa, ale nikt, z nich, ani jeden
żołnierz, ani Aleksandra nawet, już się chłopakiem nie interesuje,
żadnego szacunku, słowa podziękowania za gest odprowadzenia – Czeczen
stoi chwilę samotny i odchodzi do siebie.
W tym filmie jest sporo
takich wiele mówiących symbolicznych scen przedstawiających obcość
między tymi narodami, jeśli pojawiają się jakieś przyjazne gesty, to są
one raczej grzecznościowe, naznaczone tradycją, zwyczajem, dobrym
wychowaniem.
Bardzo ciepło natomiast i wzruszająco były ukazane
wzajemne relacje między babcią Aleksandrą i rosyjskimi zołnierzami.
Świetnie się nawzajem rozumieli, byli dla siebie bardzo tolerancyjni i
wyrozumiali.  Mnóstwo kadrów ze zbliżeniami ich twarzy i oczu,
tęskniących za ciepłem i rozmową. Aż żal, że takich więzi, choćby w
kilku procentach, nie mogą nawiązać między sobą ludzie z odmiennych
nacji, mający przecież takie same ludzkie potrzeby względem uczuć i
emocji, a różniący się tylko, czy aż, pochodzeniem, kulturą i
zwyczajami.
Naprawdę, wyjątkowy film, inny, głęboki, mądry, bez
stereotypów właściwych temu gatunkowi, wojna bez krwi i śmierci na
ekranie, ale mimo to porusza bardzo. Tym bardziej, że reżyser, nie
opowiada się za żadną ze stron, stara się obiektywnie spojrzeć na racje
obu. A może trochę nawet wstydzi się za swych rodaków, którzy ciągle
kopią leżącego. Choć z pewnością, nie ma w filmie wyraźnych sygnałów ich
potępienia. Jest za to coś w rodzaju zazdrości o niektóre dobre
zwyczaje, jak na przykład tradycja szacunku i opieki nad ludźmi
starszymi, co prowadzi do braku takich smutnych instytucji jak domy
starców,
No i świetne aktorstwo, głównie Galiny Wiszniewskiej, ileż pokładów subtelności potrafiła ta kobieta, jako Aleksandra, wyzwolić z tych umorusanych, twardych, ruskich, wulgarnych na co dzień chłopców, bardzo to pokrzepiające,  zastanawiające, czy aż nie za bardzo. Może, może, w końcu nie ma to jak przy babci, szczególnie takiej, ktora nie marudzi „załóż ciepłą czapkę”, „włożyłeś ciepłe kalesony” albo „nie pij tyle”, a wręcz przeciwnie, wymknie się w nocy za płot bazy i wróci jak niepyszna odprowadzona przez ustanowionego politycznie wroga. :)

Idą święta, a wraz z nimi perspektywa wielkiego żarcia. Może więc kilka słów na temat filmu Marco Ferreri pod tymże tytułem – „Wielkie żarcie”? Proszę mi wybaczyć, że nie będzie jakoś bardzo wzniośle, jak na okres przedświąteczny przystało, ale przecież, człowiek, to nie tylko duch, ale także materia, od której stan ducha w bardzo dużym stopniu zależy.

I tak, jak wiemy, życie w sensie biologicznym, to odżywianie (połączone z wydalaniem) i spółkowanie. Kimże byłby człowiek, gdyby skupił się tylko na tych dwóch namiętnościach, nieodzownych dla przedłużania gatunku. Ano tym, czym, jak widzimy, stają się bohaterowie filmu – nieokiełznanym monstrum, umierającym bynajmniej nie z rozkoszy, na jaką być może liczą ci, ktorzy poddali się eksperymentowi konsumpcji.

Czterach zamożnych mężczyzn i zapewne szanowanych obywateli:  restaurator i kucharz Ugo (Tognazzi), pilot Marcello (Mastroianni), producent telewizyjny Michel (Piccoli), sędzia Philippe (Noiret) -  bohaterowie filmu noszą imiona aktorów -  postanawiają popełnić samobójstwo, oddając się orgii jedzenia, a przy okazji i seksu. Starają się przy tym, nie tracić nic ze swej elegancji, wpojonej im przez zacne zapewne wychowanie, podobnie zresztą jak i nauczycielka, która dołączyła do nich z ciekawości, albo może raczej z żądzy oddania się  utajonym pragnieniom. Wszyscy, na czas orgii, zamieszkują w obszernymi domu z ogrodem, a także co oczywiste, z dobrze wyposażoną kuchnią oraz obszernymi sypialniami, w których swą powinność mają czynić zaproszone prostytutki – kobiety, wyuzdane, lecz obdarzone instynktem przetrwania, które czym prędzej żegnają panów i oddalają się w siną dal. Na placu boju pozostaje więc ze strony żenskiej, tylko wspomniana nauczycielka. Jak się można domyśleć, z rękami pełnymi roboty. 
Posiłki przyrządzane są zgodnie z wszelkimi regułami sztuki kulinarnej, dania są bardzo estetyczne i wyszukane, nakrycia stołowe – bardzo gustowne, biesiadnicy zasiadają do posiłków ubrani bardzo starannie, wręcz wieczorowo. Panowie nie pozwalają sobie na jakąkolwiek bylejakość. Chcą umrzeć godnie i z honorem, aczkolwiek przyjemnie. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie ta fizjologia…
Film na pozór skandalizujący, a na pewno prowokujący do wielu przemyśleń na temat człowieczeństwa, dziś dodalibyśmy jeszcze – rozpasanego konsumpcjonizmu, zaniku duchowości, etc. Mimo pozornej dionizyjskości bardzo smutny i gorzki. Jeśli ktoś nie widział, naprawdę polecam. Smacznego! Oczywiście, także ostrzegam, nie zawsze to życzenie się spełni. :)

Jeszcze
nieprzeciętna polska rodzina. Ona, matka i pani domu (Agata Kulesza) -
bezkompromisowa bizneswoman, twarda, pewna siebie i nieprzejednana na obu
polach swej działalności. On, ojciec i pan domu (Krzysztof Pieczyński) -
wysokiej rangi urzędnik państwowy, starający się ze wszech sił o posadę w
ministerstwie, dobre, bogate pochodzenie – obszerny dom odziedziczył po
przodkach. Ono, o imieniu Dominik (Jakub Gierszał), dziecko obydwojga wcześniej
wspomnianych – zagubiony życiowo 19-latek, tuż przed maturą. Najprawdopodobniej
spłodzony z przypadku, albo „bo tak wypada”, lub w celu by „na starość miał kto podać szklankę wody”
. A skoro jest, trzeba mu zapewnić porządne
wykształcenie, porządne ubranie, porządną opiekę, oczywiście przez osoby obce,
bo my – rodzice mamy swoje ukochane kariery, a nasz syn jest po to, by spełnić
nasze oczekiwania. Pewnie go i nawet po swojemu kochają i, wg swoich kryteriów,
spełniają oczekiwania.  Niestety, darowane ciuchy, prywatny szofer, gosposia
Ukrainka nie dają chłopakowi poczucia pewności, własnej wartości, oparcia w
ciężkich chwilach. A takie właśnie dla Dominika nadeszły. Nie dosyć, że do
matury tylko 100 dni, to jeszcze okazuje się, iż być może ma skłonności
homoseksualne…  W każdym razie, na takiego go wykreowano na portalu społecznościowym.
Wydawałoby się, cóż wielkiego? Gejów ci u nas już dostatek, niedługo nikogo to
już nie będzie dziwić, a że się ludzie trochę pośmieją? Niech im będzie na
zdrowie. No, ale w ten sposób pomyśli tylko ktoś, kto ma już ukształtowaną
mocną osobowość i charakter. Dominik jest ciągle jeszcze rozchwiany, nie czuje się
ani dzieckiem, ani dorosłym. Nie znajdując zrozumienia dla swych problemów u
rodziców, którzy nie wyobrażają, że ich syn mógłby być gejem ( skoro oni już
mają zamiar swatać go z córeczką ministra), nie mając przyjaciół w szkole
(skoro punkt po skończonych lekcjach zajeżdża pod szkołę błyszcząca limuzyna i
odwozi go do domu, by mógł się pilnie przygotowwywać do matury), nie mając ich
na przysłowiowym podwórku (bo podwórek już dawno nie ma), Dominik zamyka się w
sobie i w swoim pokoju uruchamiając wcześniej internet. Przypadkowe kliknięcie
i wyskakuje ikonka „Sala samobójców”, a wraz z nią zaproszenie.
Dlaczego by nie skorzystać? Tym bardziej, gdy człowiek czuje się zgnojony,
wykluczony i sam?

Można przypuszczać,
że być może Komasa zainspirował się ociupinkę przy pisaniu scenariusza
holendersko- belgijskim filmem „Ben X”, traktującycm o uzależnieniu
od internetu i zacieraniu się granic między życiem wirtualnym a rzeczywistym. I
muszę przyznać, że „Sala samobójców” wcale nie jest gorsza od
„Bena X” (choć Ben X jest bardziej zwarty, może bardziej pomysłówy i
zaskakujący). Chłopaków z obu filmów różni pochodzenie – Dominik jest synem
bogatych, ale bardzo skupionych na sobie rodziców, natomiast Ben ma dobry
kontakt z matką, lecz niestety, jest dzieckiem lekko autystycznym. Obydwoje
mają podobne problemy w szkole, są wyautowanymi uczniami, Ben z powodu choroby,
Dominik ze względu na status rodziców (to fatalne podwożenie i odwożenie ze
szkoły do domu), także na pewne cechy osobowościowe, być może jest gejem, czyli
ma już dwa powody, by czuć sie innym. Oba filmy zmierzają ku podobnemu
finałowi. Oprócz tego, jak
czytałam w wywiadzie z Komasą, do pewnych sytuacji w scenariuszu zainspirowało
go samo życie, a dokładniej rozmowa zamieszczona w”Wysokich
Obcasach”  (też ją pamiętam) matki
dziewczyny, której niczego na pozór nie brakowało – spokojny, opiekuńczy dom,
uroda, inteligencja, kontakt z rówieśnikami, a jednak – pewnego poranka wyszła
z domu, by się zabić.

Kilka uwag formalnych w kierunku filmu.
Tak gdzieś do połowy nie można „Sali samobójców” wiele zarzucić.
Dobre tempo, cały czas coś się dzieje, trzyma w napięciu na maksimum.  Niestety, akcja zaczyna siadać, gdy Dominik
całkowicie pogrąża sie w internecie, żyje drugim, wirtualnym, życiem. Ta sekwencja
trąci zdecydowanie dłużyzną.  Wtedy też
Gierszał zaczyna trochę gorzej pracować, tak jakby był już zmęczony graniem na
jednej, płaczliwej, nucie. Poczułam wtedy znużenie, na szczęście końcówka znowu
podrywa nas na równe nogi. Kolorystyka filmu bardzo
charakterystyczna, świat blichtru mimo, że bogaty, tchnie jedną wielką
szarością. Domyślamy się, że chodzi o szarość mentalną. A świat gry, sala
samobójców, na odwrót, nęci i kusi, przyprawiając o mdłości, pod względem kiczu. Film zdecydowanie mógłby być krótszy o
20 minut, może 15, byłby jeszcze mocniejszy. Ale wiadomo, że najtrudniejsza
filmowa robota, to cięcia i pozbywanie się scen. Myślę, że przy następnym
filmie, Komasa będzie bardziej bezwzględny i obetnie to co trzeba.  Jest za to kilka scen bardzo dobrych,  krótkich, dowcipnych, soczystych, wiele
mówiących, i wnoszących sporo świeżości: 
pocałunek z rzeźbą w teatrze, natychmiastowe znikanie avatarów w grze
(końcówka film), rozmowa matki z psychiatrą (Kinga Preiss – taka mała rólka
Kingi, a jak cieszy), rozmowa rodziców z ordynatorem szpitala, no i oczywiście
walka judo, od której sie wszystko zaczęło (o „uroku” internetu).

Po części rozumiem, że tematyka filmu,
jego główny bohater, może być denerwująca dla młodych ludzi, którzy okres
dojrzewania emocjonalnego mają tuż poza sobą, albo przeszli go bezkonfliktowo,
albo mogą się wkurzać, na bohatera, bo sami tacy niedawno byli, ale nie można
odmówić z tego powodu filmowi jego atutów, że jest dobrze zrealizowanym obrazem
naszych czasów. Jest to tak na dobrą sprawę, film nie tylko o sali samobójców,
ale i o świecie samobójców w ogóle (patrz rodzice Dominika).  Ludzie wariują, tracą samokontrolę w
zaspokajaniu swoich ambicji, wszelakich: zawodowych, materialnych, własnej prezencji,  form wypoczynku, posiadania drugiego życia, i
nie chodzi tu o życie w grze komputerowej, lecz życie intymne itd. Pędzą na
zbity pysk w zdobywaniu pieniędzy, stanowisk, zaszczytów, gadżetów i kochanków.
Pędząc zapominają czym jest w rodzinie rozmowa, dotyk, wydają sobie tylko polecenia, zdają
krótkie relacje, jak minął dzień (najczęściej „bardzo dobrze”, żeby
nie było za dużo gadania) i tak na okrągło. W końcu zaślepieni, trafiają na
jakąś ścianę i giną, albo giną ich dzieci, w sensie dosłownym, albo przenośnym.

„Sala samobójców” wywołała
sporawe (jak na polski film) poruszenie. Reakcja niektórych ludzi jest dla mnie
świetnym polem do obserwacji pewnych postaw, które są tak charakterystyczne dla
młodego wieku. Wiele osób śmieje sie z Dominika, wyzywa od smarkaczy, który
zamiast cieszyć się życiem, zamyka się w domu i szlocha do ekranu, ma myśli
samobójcze. Reagują dokładnie tak jak robią to rodzice filmowego Dominika, a
wcześniej określają tychże rodziców jako kompletnych głupców. Wystarczy
pogratulować takim krytykom i życzyć im, by, dopóki nie zmądrzeją i nie nabędą pokory,  nigdy przenigdy nie płodzili, ani
nie adoptowali żadnych dzieci.

 

Nie ma to jak film mistrza dokumentu, jednego z mistrzów dokładnie mówiąc, w tym przypadku Andrzeja Fidyka.
Ekipa
filmowa TVP zostaje zaproszona na uroczystości obchodów trzeciej
rocznicy śmierci Chomeiniego. Niestety, po przyjeździe okazuje się, że
są pewne trudności z wejściem na imprezy czy różne okolicznościowe
uroczystości i co za tym idzie z filmowaniem ich. Udaje się zrobić tylko
kilka ujęć zza ogrodzenia głównej nawy największej świątyni w mieście,
gdzie zgromadziło się tysiące wiernych, by oddać hołd i wyrazić swój
głeboki żal, a raczej ekstatyczną rozpacz, z powodu śmierci przywódcy.
Tak
więc, panowie filmowcy, prawdę mówiąc, nudzą się w hotelu i gorączkowo
główkują jaki by tu, i jakim sposobem (są na każdym kroku kontrolowani),
zrobić jakikolwiek materiał, aby wyjazd i taka wyjątkowa okazja jak pobyt w
Iranie, nie okazała się być bezowocną. Obserwując z okien pokoju
hotelowego na 8 piętrze ulicę Teheranu i pobliskie bloki wpadają na
pomysł, by utrwalić na taśmie codzienną krzątaninę jakiejś przeciętnej irańskiej
rodziny. Tym bardziej, że jej życie w dużej części koncentruje się na
dachach budynków, jesli oczywiście mamy na myśli rodziny żyjące na 
ostatnich piętrach. W ten sposób bohaterem filmu Fidyka zostaje
pięcioosobowa familia, mąż i żona oraz trójka ich małoletnich dzieci.
Gdy, dla urozmaicenia filmu, kamerzysta próbuje bezskutecznie zresztą, nawiązać z głową rodziny kontakt
na ulicy, tytułowy Staszek, dźwiękowiec, zapada w tym czasie w „sen”.
Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, bohaterem jego snu staje się
Irańczyk, którego życie Polacy upatrzyli sobie za cel swego filmu. A że w śnie wszystko jest możliwe, Irańczyk zwierza mu sie, że tak
naprawdę to nie jest Irańczykiem z krwi i kości. Jest Rosjaninem
przybyłym tu przed laty na kontrakt, budować elektrownię. W ZSRR
zostawił żonę, która zresztą namawiała go na ten wyjazd, i dwójkę
dzieci. Jego losy w Iranie tak się jakoś pokrętnie potoczyły, że obecnie
jest pełnoprawnym obywatelem tego kraju. Później Staszek przenosi się
do ZSRR, odwiedza wraz z filmowcami żonę bohatera filmu, ktora pozostała
samotna w Moskwie. Tym razem to z jej ust wysłuchuje historię swego
rozstania z mężem i jego zakotwiczenia sie w Iranie. Przy okazji
Rosjanka zabiera go na seans pewnego uzdrowiciela, który nawiedził
Moskwę. I tu zbliżamy się do clou filmu, przynajmniej moim zdaniem.
Jeśli kiedykolwiek przyszłoby nam na myśl podśmiechiwać się z
ekstatycznych religijnych uniesień muzułmanów, przypomnijmy sobie sceny z
seansów różnego rodzaju uzdrowicieli, szarlatanów, czy nawiedzonych
kaznodziejów. My, biali, nie jesteśmy lepsi. jesteśmy takimi samymi
ludźmi, tak samo podatnymi na manipulację, jak inni ludzie na świecie.
Rozpacz, zagubienie, ból nie tylko fizyczny, ale ogólnie ból istnienia, w
połączeniu ze ŚLEPĄ WIARĄ powoduje, że wszyscy jesteśmy w stanie wpaść
pod wpływem różnych zewnętrznych czynników działających na naszą
psychikę, w taką samą ekstazę czy trans.

Film kończy
przebudzenie się Staszka i radość z powrotu do rzeczywistości, a co za
tym idzie i do kraju, naszej ojczyzny, gdzie, jak „cieszy się” Staszek,
politycy, nie tak jak gdzie indziej, myślą tylko o obywatelach i o państwie,
kościół prowadzi swoje odrębne interesy, nie wtrąca się do polityki
państwowej, a jeśli zdarzają sie jakieś niesnaski między politykami,
wiadomo zgoda i jednopartyjność się skończyła, wtedy kościół delikatnie
wkracza i godzi skłóconych. :) :) :)
Ostrze ironii jest cienkie, ale sięga bardzo celnie i głeboko.

Jeśli
będziecie mieli okazję zobaczcie, co śniło się Staszkowi w Teherenie, w
roku 1992. Warto, jego sen ogląda się wyśmienicie, mimo, że przyśnił
mu się już 17 lat temu. Świetny pomysł na film z  kraju, gdzie
zaprasza się filmowców na herbatkę w hotelu.

Z opisu filmu podanym na filmwebie, wynika, że
„Bohaterką filmu jest kobieta, którą mąż porzuca dla młodszej, wskutek
czego  przeżywa ona załamanie nerwowe. Z
czasem jednak zaczyna na nowo odkrywać w sobie zmysłowość. „

 Powiem jedno, głupie są czasem to opisy filmów,
czy to na filmwebie, czy na innych portalach. Gdybym natrafiła wcześniej na
takie streszczenie filmu, na pewno nie wzięłabym go do ręki, bo by mnie
zemdliło od banału. Bo ten film wcale nie jest o załamaniu nerwowym z powodu
zdrady męża, choć po trosze też jest. Jest to przede wszystkim film o poczuciu
winy, jakie czasem nosimy w sobie, i jego destrukcyjnym wpływie nasze życie. A
bywa przecież czasem  tak, że aby
przetrwać, żyć, ocalić siebie musimy zrobić coś, co może kogoś zranić. Na
przykład dziecko kochane przez matkę chorobliwą zaborczą miłością, by nie
zostać zadławionym przez nią na śmierć, musi wynieść się z domu, mimo, że wie, iż taka decyzja, to
wyrok powolnej śmierci na tę matkę.  Ale
tak to już w życiu jest, że zazwyczaj nam ono samo licznik wyzerowuje i tak
naprawdę nie ma się co zadręczać latami poczuciem winy, czasem zupełnie
nieuzasadnionym.

Na film o życiu Pippy Lee trafiłam zupełnie
przypadkowo. W bibliotece. Nie wiem, czy u was też tak jest, że biblioteki
prowadzą darmowe wypożyczenie płyt dvd? Chyba już o tym kiedyś na blogu wspominałam. I to na cały tydzień, tak więc cała
rodzina, łącznie z żonami i teściowymi, które lubią opowieści w type melodramatów,  może sobie go spokojnie i godnie, na ekranie telewizora zobaczyć.  Zaczęłam więc sobie przeglądać szereg tych płytek i wyłowiłam tę
oto opowieść. Tytuł nic mi kompletnie nie mówił, za to zestaw aktorów w obsadzie,
owszem. Robin Wright – wiem, że ona nie bierze udziału w żadnej szmirze, jej
nazwisko było gwarantem, że film, może być udany. Poza tym, Winona Ryder, Keanu
Reeves, Monica Bellucci, Maria Bello, Julianne Moore, Alan Arkin. Czego chcieć
więcej? No i pani reżyser – Rebecca Miller, żona samego Daniela Day-Lewisa (
której już kiedyś widziałam usatysfakcjonowana „Balladę o Jacku i
Rose”).   I nie zawiodłam się. Film
jest całkiem niezły. Na pozór spokojna narracja, skrywa opowieść o niełatwym
życiu kobiety, która po burzliwej młodości, znalazła przystań u boku znanego
wydawcy, starszego od siebie mężczyzny, w którym się autentycznie, i z
wzajemnością,zakochała. Niestety, wody przystani, nie zawsze bywały spokojne.

W roli tytułowej wspomniana Robin Wright (była
żona Sena Penna) i Alan Arkin jako jej mąż. Pozostałe gwiazdy w mniejszych lub
większych epizodach, niektóre są wręcz doskonałe, np. Bellucci. A moim prywatnym odkryciem została młodziutka
Blake Lively, grająca Pippę nastolatkę. Bardzo ładna dziewczyna i wydaje mi
się, że dosyć utalentowana, będę to jeszcze musiała sprawdzić w jakimś innym
filmie.

Ogólnie film oceniam na 7/10. Być może nie każdemu
przypadnie do gustu ta dosyć refleksyjna narracja, ale urozmaicona jest kilkoma
prawdziwymi fajerwerkami, zapewniam!!! Na pewno daje materiał do przemyśleń, no i te
perełki, jakimi są gwiazdorskie epizody. Jest to obraz kawałka życia,  który na pewno zapamiętam na dłużej. Producentem
jego jest Brad Pitt.  Czyżby w decyzji
produkcji filmy o poczuciu winy miały wpływ wspomnienia aktora co do
Jennifer Aniston?

Patrząc na
ostatnie produkcje kinematografii polskiej, o debiucie fabularnym Pawła
Borowskiego można rzec, że wbrew tytułowi, „Zero” to zupełnie przyzwoity film, a nawet bardzo przyzwoity, choć opowiada
o nie do końca przyzwoitym życiu. Mnóstwo wątków, postaci,  z których jedne splatają się ze sobą, jedne
się tylko mijają. Bardzo mi się to podobało – samo życie, które jest niczym
innym jak właśnie taką plątaniną ścieżek, którymi podążają zajęci sobą ludzie.
Wielkie miasto, jakieś, w którym samochody mają tablice rejestracyjne
zaczynające się od trzech liter: DOE, tak jak w amerykańskiej nomenklaturze
kryminalnej oznacza się niezidentyfikowanego denata. I o to chodzi, żeby sobie
głowy nie zawracać lokalizacją miasta, bo po co? Każde duże miasto to jedno i
to samo ( mozna w nim znaleźć przekrój moralno-etycznych problemów ludzi z wielu środowisk). W środku przeszklone wieżowce, w nich ekskluzywne apartamenty,
korporacje, biura, mieszkania jakby wyjęte wprost z katalogów. A w nich
„gnój” – seks pozamałżeński, seks płatny, seks przygodny, a nawet
porno-seks. A poza śródmieściem, w małych ubogich mieszkankach, obskurnych
hotelikach,  seksu zazwyczaj brak, tu nie
ma nadwyżek energii, tu się myśli głównie o pieniądzach, ale nie na co je
wydać, a jak je zarobić. A wszędzie za mało miłości. Albo inaczej, miłość gdzieś jest, głęboko ukryta, pod skorupą trosk, zmartwień, urojonych uczuć, własnych zahamowań itd.

Na
szczęście, jak to mówią Hindusi, najpiękniejsze kwiaty rosną na gnoju,
i w tym filmie mamy tego dowód – fałszywi elektrycy okazują się prawymi
obywatelami i, ryzykując życie, zgłaszają policji fakt ohydnego przestępstwa, a
obrzydliwie bogaty i zajęty prezes w końcu odkrywa prawdziwą wartość życia, i
nie jest to wartość pieniądza itd. Każdy człowiek otrzymuje tu szansę, by
wyzerować swój licznik i spróbować zacząć żyć od nowa. Inna sprawa, czy każdy
chce z tego skorzystać. I czy to się może w ogóle udać, takie życie od nowa. Wspaniałe, jakże optymistyczne
przesłanie i jak niebanalnie przekazane.

Podczas filmu miałam także skojarzenie
ze znaną myślą, i jakże wszędzie eksploatowaną, ale niekoniecznie wdrażaną w
życie, księdza Twardowskiego: „Spieszcie się kochać ludzi, tak szybko
odchodzą” – film bardzo dobitnie, wieloma scenami ukazuje kruchość
ludzkiego życia i rolę przypadku, czy zbiegu okoliczności, ktoś inny powie
„ręki boskiej” w jego ocaleniu, bądź nie. 

Warto zauważyć, że reżyser, będący
jednocześnie autorem scenariusza, każdego z bohaterów filmu pokazał w taki mistrzowski
sposób, że na podstawie kilkuminutowego ich wystąpienia, widz otrzymuje jego portret. Orientuje się jakimi są ludźmi, domysla się ich statusu społecznego, poznaje
ich psychikę i problemy moralne. Wielkie brawa także dla polskich aktorów, że
potrafili w takich krótkich  scenkach
zawrzeć tyle wiarygodnych danych o czlowieku. ktorego przyszło im odtwarzać. To dzięki aktorom przejmujemy
się losem ich bohatera, a z każdego poszczegolnego wątku można by zrobić
kolejny film, by zaspokoić ciekawość widza, co z nim dalej? Na przykład, co się
stało z matką i ojcem młodego barmana ( Rafał Mohr) – jak dla mnie to jeden z
najtragiczniejszych losów ukazanych w filmie. Zresztą, los (tragiczny) każdej
postaci został tak dobitnie nakreślony, że nie sposób nie myśleć o niej jeszcze
długo po filmie i zacząć snuć swoje domysły na temat jego kontynuacji. Mnóstwo
pytań, najlepszy dowód, że film jest bardzo dobry. I z powodzeniem, można by
nakręcić „Zero -dwa”.

Wielu malkontentów narzeka, że film
przypomina kilka innych zachodnich produkcji, typu „Na skróty”, czy
„Amores Perros”. Pewnie, że przypomina, kompozycją, ale co z tego,
skoro, ogląda się go z wielkiem przejęciem i napięciem, no i refleksją.
Mam tylko
jeden zarzut, od strony technicznej, mianowicie – dźwięk. Nie zawsze na tym
samym poziomie głośności, czasem nie słychać dokładnie dialogów. A myślałam, że ta
realizacyjna bolączka polskiego kina odeszła już w niesławetną przeszłość. I muzyka,
Adama Burzyńskiego, choć świetna, to miejscami jednak zbyt nachalna, za
głośna, za agresywna, zaczyna w drugiej połowie filmu męczyć, a nawet nudzić.

Poza tym
bomba!

 

O tym filmie nie dowiedziałabym się, bo i skąd, gdyby nie
moje wędrówki po forach filmowych, o ktorych już tu wcześniej wspominałam.
„Angst” to skromny realizacyjnie film, powstały 28 lat temu (przy
współpracy Austrii i RFN),  jako pierwszy
i ostatni (przynajmniej narazie) film fabularny Geralda Kargla, przy sporym
współudziale znanego filmowca z Polski rodem – Zbigniewa Rybczyńskiego, współautora scenariusza
i autora rewelacyjnych zdjęć.

„Angst” ukazuje jeden dzień i jedną noc z życia mordercy,
który wyszedł na wolność po odbyciu wieloletniej kary za zabójstwo starszej
kobiety. Niestety, bohater jest psychopatą, którego chore emocje napędzane są
przez strach, upokorzenie, jakich doznawał od najwcześniejszego dzieciństwa.  Zafiksowany na te jedyne uczucia, przez dręczącą
go matkę, babkę, siostrę i ojczyma, niczym zaszczutego zwierzę, nawet wiele lat
po swych traumatycznych przeżyciach, będąc sam, z daleka od swych dręczycieli,
nie umie żyć na wolności, bez doznań jakich doświadczał będąc dzieckiem.  Lęk, nienawiść i ból,  który pokochał zadawać są jego przewodnikami  po życiu.

I cóż, porabia filmowy bezimienny psychopata, gdy zamykają
się za nim  więzienne bramy? Wyposzczony
przez lata odsiadki zaczyna poszukiwać ofiary, dzięki której osiągnie swe
spełnienie.  Jego mózg nie kala się jakimś
racjonalnym myśleniem. Mężczyzna kierowany impulsem, niczym zwierz, zaczyna węszyć
w poszukiwaniu żeru, ofiary.  Trafia na postój
taksówek,  wsiada do pierwszej, bo
przecież, nie może mordować pod samym więzieniem. Ku jego uciesze kierowcą
okazuje się być blondynka w średnim wieku. Prosi więc o kurs w stronę lasu… I
nie czekając na stosowną chwilę, niemal od razu, zabiera się do mordowania.
Żadnej logiki, planowania. Ale kobieta biznesu nie w ciemię bita, wypędza go z
samochodu.  Psychopata jak oszalały
biegnie przed siebie, na oślep, przez las. Zatrzymuje się w jakiejś
miejscowości i tu trafia na idealne miejsce dla siebie, zalęknionego tchórza
który bedzie mógł się znowu po swojemu zrealizować i zadać ból osobom niewinnym
i słabym, takim jakim on był kiedyś, gdy go dręczono.

KLAUSTROFOBIA – oto słowo, które najtrafniej charakteryzuje
atmosferę tego filmu. Już pierwsze kadry budują klimat zamknięcia, kiedy to, niczym
ptak, krążymy nad  dachami zabudowań
jakiegoś niedużego miasta.  Powoli
zjeżdżamy, wraz z kamerą, na dziedziniec więzienia,  z niego przenosimy sie do małej pojedynczej
celi, a z niej do umysłu mordercy, który to umysł jest dla niego
najokrutniejszym  więzieniem, nie
pozwalającym oderwać się raz na zawsze od przeszłości i zamkniętym w niej
ego.  Dlatego kara odizolowania nie jest
żadną karą, żadną resocjalizacją, dopóki jego umysł nie uwolni się od
natrętnych myśli. Odizolowanie jest konieczne tylko i wyłacznie w celu ochrony
społeczeństwa przed takimi jednostkami.  Wiele przecież ludzi jest niekochanych w
dzieciństwie, poniewieranych, tułających się po róznych kątach, które mają
udawać dom, ale nie wszyscy przecież zostają mordercami, mszczącymi się za swój
podły los. Tylko ktoś chory psychicznie, skupiony wyłącznie na sobie,  nie może znaleźć wyjścia z pułapki wiecznego
poczucia krzywdy i chęci irracjonalnej zemsty.

Na końcu filmu pada ciekawe zdanie, gdy z offu słyszymy
wyrok i jego uzasadnienie, padają słowa o genezie niesamowitej agresji
psychopaty. Niestety, trudne dzieciństwo nie stanowi usprawiedliwienia i,
jak mówi sędzia, skazany sam ponosi odpowiedzialność za swoje czyny. Niestety,
przyszło mu dźwigać, na swoich plecach bagaż odpowiedzialności, którzy powinni
ponieść jego rodzice.  Nie jest to na
pewno sprawiedliwe, on sam jest ofiarą swej słabej psychiki, a ma ją słabą, bo
był niekochany i tak w koło… Smutne i przerażające jednocześnie… No i rodzi się, w związku z tym,  jedna podstawowa życiowa refleksja – przez
głupotę i brak odpowiedzialności jednych (w tym konkretnym filmowym przypadku rodzice, ale także
sąd),  giną albo mają zmarnowane życie
inni. A mówi się, a wręcz trąbi wokół,  że dzieci to największy skarb.

Film nie piękny, bo nie ma tu ani jednego jasnego akcentu,
jakiejś nadziei, odrobiny człowieczeństwa jaką moglibyśmy znaleźć w tym osobniku.  Jest to człowiek stracony, tym bardziej, że nie skierowany na leczenie,
a na długoletnie więzienie. Jednym słowem, oglądając „Angst” nie
posilimy się nawet minimalną dawką optymizmu, wiary w  człowieka. Ale  można po niego sięgnąć, bo jest ciekawy
(wniknięcie do umysłu psychopaty) i świetnie zrealizowany. Trzyma porządnie w
napięciu, a przynajmniej na samym początku Z czasem, gdy jesteśmy świadkami
monstrualnie narastającego szaleństwa mordercy, ocieramy się już wręcz o
groteskę, o zabarwieniu horrorystycznym , a nawet parodystycznym.

Na zakończenie, warto wspomnieć o niesamowitej kreacji Edwina
Ledera, znanego niektórym z postaci maszynisty z „Okrętu”. Ja
widziałam go po raz pierwszy. Rola bardzo trudna, jak wiadomo, łatwo ją można
było przeszarżować i zamiast z groźnej, przerażającej uczynić ją śmieszną. Jemu
się udało, dobrze zagrał człowieka skazanego za życia na śmierć i zadawanie śmierci, bez żadnego sentymentalizmu, nadmiernego wzbudzania litości,  poznajemy jego historię, chcemy jego izolacji, żałujemy, że nie chce się go leczyć, jednocześnie wątpiąc i bojąc się, czy jest to możliwe?

No i muzyka  Klausa
Schulza, wspaniała, wcale nie agresywna, wręcz przeciwnie, bardzo subtelnie uzupełniająca obraz i przeżycia bohatera, tak jakby
chciała nieco ułagodzić jego skołatany umysł, a także nie zmęczyć, nie
nadwyrężyć wytrzymałości widza.
Obraz dopełniają zdjęcia Zbigniewa Rybczyńskiego. Jakże dobitnie ilustrują i
pogłębiają przerażenie, strach, klaustrofobię – omiatające przestrzeń wokół
bohatera, goniące jakby za nim i z nim, za ofiarami, za jego chorymi myślami.
Takie ogólne wrażenie rozedrgania dają. Film jest przykładem, że można zrobić
niedrogo całkiem przyzwoity psychologiczny horror, wystarczy
tylko, bagatela, umieć.

 

Dwie pierwsze części Trylogii o Apu, „Droga do miasta”
i „Nieugięty” (3 to „Świat Apu”) ,  w reżyserii
hinduskiego reżysera Satyajita Ray’a,  poznałam dzięki bywaniu na forach
filmowych i rekomendacji jednego z użytkowników.   No, i dzięk i TVP Kultura, która od czasu do
czasu raczy nas jakimiś specjałami z światowej kuchni filmowej, często tej
klasycznej nigdzie dla przecietnego widza, nie osiągalnej.  Zasiadłam sobie zupełnie nieobowiązująco
przed telewizorem wczorajszego popołudnia, nie wierząc, że dam radę przez blisko
4 godziny  wytrzymać w jednej pozycji. Na
wszelki wypadek, mam zawsze  pod ręką nagrywarkę,
z której często korzystam. A tu się okazało, że oczu nie mogłam oderwać
od obrazu Indii sprzed ponad pół wieku. Ale nie tylko Indii, także od portretu
tej wiejskiej bengalskiej rodziny, której życie śledzimy przez ponad 20 lat A
nie jest to taka sobie zwykła rodzina wieśniacza. Jej głowa, czyli ojciec
tytułowego Apu, jest braminem,  umie
czytać  i pisać,  marzy nawet by zostać sławnym pisarzem sztuk
dla wędrownych trup teatralnych. 
Niestety, wraz z małżonką, wskutek różnych długów rodzinnych, jak i
zbyt małej zaradności życiowej pana domu, należą do najuboższych mieszkańców wioski. Wioska, w której urodził się Apu i
spędził dzieciństwo, wraz ze swoją starszą siostrą Durgą, leży niedaleko od
torów kolejowych, wiodących wprost do Kalkuty. 
Kolej żelazna, podobnie  jak w
przypadku urbanizacji Indii (do dnia dzisiejszego jest naważniejszym środkiem
lokomocji),  będzie miała tak samo duże znaczenie w kształtowaniu marzeń i przyszłości
Apu.  Od małego spogląda na nią tęsknym
wzrokiem, jakby przeczuwając, że uniesie go w daleki świat.  Rodzice starają się jak mogą, aby dać
wykształcenie swojemu synowi (o córkę nie dba się w tym zakresie – ona ma już przyszłość ustaloną – pójdzie w ślady swej matki), posyłają go do szkoły, chłopiec uczy się także
angielskiego. W ogóle jest zafascynowany nauką,  zdobyczami technicznymi,  ale interesuje go , tak jak jego rodziców,
także sztuka, no i nauki humanistyczne.  

Trylogia
Apu  nazywana jest  przez niektórych trylogią śmierci. A to dlatego, gdyż, punkty
zwrotne w historii i tej rodziny stanowią śmierci. Tak to często bywa w życiu, że śmierć niesie ze sobą odrodzenie. Od/rodzenie w wielkim bólu i rozpaczy po
śmierci bliskiej osoby. W filmie,  najpierw odchodzi Durga siostra Apu. Rodzina przenosi się do
miasta nad Gangesem, ich byt ulega nieznacznej poprawie. Później umiera ojciec – matka z Apu
przenosżą się znowu na wieś, pomaga im bogatsza rodzina, a na końcu umiera
matka – Apu podejmuje stanowczą decyzję o zamieszkaniu na stałe w Kalkucie, gdzie wcześniej przyjechał na studia.  Jednym słowem historia jakich wiele na całym
świecie – wszyscy  jesteśmy ze wsi,  niektórzy, a właśćiwie większość,  w celu zdobycia wiedzy, pracy, polepszenia
bytu przenoszą się do miast i tam już zostają.

Te dwa filmy są piękną 
ilustracją znanego powiedzenia „panta rhei”, wszystko płynie,
jest w ruchu, świat ulega zmianom, wszystko…. tylko miłość matki jest
niezmienna. Na tle portretu przeobrażających się Indii mamy, oprócz
portretu Apu,  także portret jego
matki, kobiety która w samotności, mimo że w rodzinie i będąc jej opoką,
przetrwała wszystkie burze jakie nawiedzały jej dom. Zawsze skromna, cicha,
oddana mężowi i dzieciom, wyrozumiała, otwarta na ich potrzeby, ale niestety,
żyjąca w ciągłym oczekiwaniu na ich powrót.  I zdająca sobie już wtedy sprawę, z niesprawiedliwości  losu, jaki ją dotyka, lecz godząca się z
takim stanem rzeczy, iż męską rzeczą jest wyjeżdżać, a kobiecą wiecznie czekać.

Tak się zastanawiałam, dlaczego ten film ciągle urzeka
współczesnych widzów. Może dlatego, że oglądając go,  musimy się zatrzymać, dać sobie czas i spokój,
by móc  chłonąć atmosferę tamtych czasów, gdy
dni płynęły wolno i tylko na czynnościach zaspokajających głód i pozostałe
najważniejsze potrzeby egzystencjalne rodziny.  Gdy się tak wyciszymy, możemy  poczuć, te wszystkie podstawowe  emocje ludzkie, jakimi żyją tamci bohaterowie,
mieszkańcy jednej z bengalskich wiosek, ktore nie są również obce nam.  Odczuwamy je, 
nie dzięki  wykrzykiwanym
słowom,  wyrzucanymz szybkoscią
karabinu maszynowego dialogom, czy monologom. 
Nie – słowa są tu oszczędne, ale dzięki temu mamy  czas i spokój, by wniknąć w twarze bohaterów,
w wyraz ich oczu, kształt ukladających się w grymas czy uśmiech ust i już
wiemy, czujemy prawie na własnej skórze, jak, na przykład, bardzo cierpi matka,
gdy sąsiadki obrzuca niewyszukanymi epitetami jej dzieci, albo jak strasznie
niepotrzebna czuje się stara ciotka, jedyna przedstawicielka swego pokolenia na
wsi. A propos – piękny jest motyw ze starą ciotką i jej relacji z małą Durgą,
która tak bardzo troszczy się o staruszkę, i jakże odmiennych relacji z matką
Durgi i Apu, która zmęczona troskami, nie ma tyle cierpliwości ani serca dla
starej kobiety.  Film ciągle przypomina,
że życie ma swoje nieubłagane prawa, którym chcąc nie chcąc musimy sie poddać,
a wcześniej z nimi się pogodzić. Także takie, że dzieci nie rodzimy, ani nie wychowujemy dla siebie.

Do urody filmu, oprócz bardzo prostej, niewyszukanej, ale jakże każdemu
bliskiej treści, dokłada się w ogromnym stopniu uroda czarno-białych zdjęć i pejzażu samych
Indii – te ich przepiękne wielusetletnie a może i wielotysiącletniedrzewa ! +
specyfika zabudowań , ale przede wszystkim muzyka Ravi Shankara, która jest
odrębnym bohaterem filmu. Ona nie jest tylko tłem, uzupełnieniem, ona JEST,
istnieje,  w trzasku pocieranych zapałek,
w krzyku matki po śmierci dziecka, w oczekiwaniu dzieci na wędrownego handlarza
słodyczami, w opowieści innego handlarza o cudownej maści na wszytko etc.
Jednym słowem – piekny film. Polecam jako podróż nie tylko w przeszłość Indii,
także jako podróż i refleksję nad swoją przeszłością, przodkami, dzięki którym
jesteśmy kim jesteśmy.

 

 

Kilka, może kilkanaście dni, tyle ile trwa przeciętny urlop,
angielskiego człowieka pracy,  z życia
nastolatki, mieszkanki typowego blokowiska, które
pewnie wygląda tak samo w każdym miejscu na Ziemi. Dlaczego na wstępie
wspominam o urlopie, dowie się ten, kto film zobaczy. A myślę, że nie pożałuje.
Polecam „Fish Tank” miłośnikom filmów Mike’a Leigha, którego
reżyserka Andrea Arnold jest  zapewne wierną i
pilną uczennicą.  Mia ma 15 lat,  8-letnią siostrę, z którą wiecznie prowadzi
wojny. Ma także, a jakże, matkę. Niestety, nie ma ojca, to znaczy ma – gdzieś,
ale tak naprawdę nie ma. Dziewczyny wychowują się same, matka zainteresowana jest
przede wszystkim sobą, głównie seksownym wyglądem, by zwabić do siebie kolejnego  absztyfikanta. Szkoda, bo o wiele bardziej
wartościowe, są jej córki, niż jej amatorzy przelotnych romansów. Pewnego dnia
przyprowadza do domu Connora. Ten oprócz zainteresowania mamusią dziewczyn,
przejawia także ciekawość, czym zajmuje się starsza Mia. A Mia osamotniona, na każdym
kroku poniewierana przez matkę, w wolnej chwili tańczy
hip-hop. Ten taniec jest wszystkim co ma, co daje jej poczucie wartości, chce nawet  wziąć udział w jakimś tanecznym konkursie.  Connor daje jej w prezencie płytkę ze swym ulubionym utworem
„California Dream”. Czyż można nie zakochać się w takim troskliwym
facecie? Tym bardziej, jeśli tak bardzo brakuje dziewczynie ojca? Tym bardziej
jeśli jeszcze wygląda jak Michael Fassbender?

Film robi wrażenie.  Pod wieloma względami. Fabuła, sposób jej poprowadzenia, aktorstwo.  Z początku powolny, z
czasem nabiera coraz szybszego tempa, aż do zakończenia, które dla niejednego
widza może być dość zaskakujące. Niektórzy mogą wątpić, czy możliwe jest, by
istniay takie rodziny, takie matki.  Ja
osobiście nie mam średniej przyjemności takich bezpośrednio  znać, ale sądząc po wielu nieszczęśliwych i
agresywnych obliczach współczesnych nastolatków, śmiem twierdzić, że takich
patologii jest sporo.

Wspaniała jest postać głównej bohaterki. Mia to dzielna dziewczyna, wyrazy podziwu, że mając taką matkę w ogóle chce jej się żyć, zabiegać o
jakąkolwiek akceptację, o uczuciach nie wspominając. Na każde dobre słowo,
najmniejszy okruch zainteresowania swoją osobą rzuca się jak wygłodniały pies
na byle jaką kość. To i się nie ma co dziwić, że pokochała Connora, bardziej
pewnie jako uosobienie postaci brakującego ojca, niż mężczyznę.

Strasznie żal tych wszystkich dziewczyn, pochodzących (jak
Mia) z zimnego wychowu, niekochanych, nie przytulanych przez rodziców.  Każdy ochłap męskiego zainteresowania przypominający uczucie, a będący
tak naprawdę tylko zakamuflowanym pożądaniem, biorą za dobrą monetę i idą za nim jak w dym.

Jeśli  ktoś
twierdzi, że dzieciństwo to najlepszy okres w życiu, niech sobie zobaczy „Fish
Tank”. Wcale nie potrzeba pochodzić z czarnej rodziny, zamieszkałej w
nowojorskich slumsach, mieć matkę pijaczkę, gwałcącego co noc ojca i być z nim
w ciąży, jak to na przykład było w „Hej, skarbie” („Precious:
Based on the Novel Push by Sapphire”, który to film momentami mi Fish Tank
przypominał), by poczuć gorzki smak życia. Oba filmy, opowiadają o tym samym,
pomijając już tak fundamentalną sprawę jak brak odpowiedzialności, to także,
jak bardzo ludzie dorośli, nie tylko rodzice, nie liczą się z uczuciami dzieci.
Egoistyczni, nieempatyczni, zakleszczeni w pretensjach do całego świata, /w tym
także nie wiedzieć czemu, do swych dzieci, które powołali do istnienia/ za
swój marny los, skazują siebie i swe potomstwo na przeraźliwą samotność,
hodując bez końca na swoje podobieństwo kolejne emocjonalne kaleki. A wcale tak
wiele nie potrzeba, by te relacje mogły być choć trochę lepsze, dotyk (ten
dobry) i odrobina prawdziwego zainteresowania, czym zajmuje się i co czuje mały
człowiek.
Najpiękniejsza
scena filmu to ta właśnie poświęcona dotykowi. 
Pożegnalny taniec matki i córki, przed wyjazdem z domu, być może już na zawsze, tej drugiej. Te
dwie najbliższe sobie kobiety, nie potrafią nawet w takiej chwili zbliżyć się do siebie. Jedyne do czego są
zdolne, to taniec hip-hop. Taniec marionetek, osobny (nie bez powodu taki jest
hip hop ), w milczeniu i w bezpiecznej odległości.

A jeśli jeszcze pomyśleć o tytule filmu, nie poczujemy się pocieszeni perspektywami
opuszczającej „rodzinny” dom  dziewczyny. Symboliczne „Akwarium”
(Fish Tank), nie dające nadziei uwięzionej w niej w nim rybce na wypłynięcie na
szersze wody. Czyżby piękną, mądrą, dobrą Mię czekał taki los? Czy uda jej
się wyrwać z ograniczeń w jakie wpędziło ją pochodzenie i byle jaka, zimna
matka? Na szczęście nie dostajemy odpowiedzi na to pytanie, możemy więc mieć nadzieję,
że kiedyś jej  marzenia nie zmienią się
w gorycz i utracone złudzenia.

Odchodząc pomaleńku od działalności
forumowej, postanawiając skupić materializowanie przymusu pisania o filmach (na
szczęście nie wszystkich), które widziałam) głównie na blogach (niniejszym oraz www.baba-o-filmach.blog.p)) nawiążę do filmu produkcji francuskiej pod tym samym tytułem (oryg.
„Partir”).

Małżeństwo ok.37-40 lat,  on (Samuel) lekarz, ona (Susan)
 niepracująca zawodowo przez kilkanaście
lat fizjoterapeutka. Mają dwójkę nastoletnich dzieci, dla których wychowania  oraz podmaszczania na co dzień pracującemu i
dobrze zarabiającemu mężowi  ona
zrezygnowała ze swej pracy. Celowo nie piszę „poświęciła się”,
„poświęciła karierę zawodową dla dzieci „, bo to byłoby nie fair
wobec dzieci. Skoro zostały powołane na świat bez swej woli, rodzice mają
obowiązek, by je karmić, wychować, wyuczyć przez początkowe kilkanaście lat ich
życia. A że kobieta porzuciła pracę w tym celu – widać tak chciała. W każdym
razie, Susan czuje, że dzieci są już na tyle duże i samodzielne, że może już
teraz zająć się pracą, dla satysfakcji 
ale i dla pieniedzy, bo mąż raczej należy do oszczędnych. I to z tej jego
oszczę
dności bierze się pośrednio dramat jaki go czeka. Facet żałuje
kasy na remont gabinetu przeznaczonego na praktykę zawodową małżonki, zwalnia
robotników, pozostawiając tylko jednego – Ivana. A roboty pozostał jeszcze huk,
między innymi  mnóstwo ciężkich gratów do
wynoszenia. Susan nie mogła pozostać obojętna wobec tak przytłaczających
ciężarów, jakie spadły na niewątłe barki Ivana – postanowiła mu pomóc.  No i się zaczęło. Szalony romans gospodyni z przystojnym
 robotnikiem budowlanym. Ech,  czy jest tak, że jakaś kobieta, a już tym bardziej gospodyni domowa, wykształcenie
nie gra roli, która by nie marzyła o takim incydencie w swoim życiu? Susan się
udało! Co to był za romans! Niestety, nie skończył się ślubem,  ani żadnym  happy endem  i to z bardzo prozaicznego powodu  -  pan
domu, pan i władca, zablokował swej małżonce konto bankowe. Kobieta pozostała
bez środków do życia. A jej kochanka,  za
poleceniem męża, wyrzucono z pracy. Zakochani próbowali sobie radzić na różne
sposoby, żeby tylko mogli mieszkać razem, niestety, mąż jako osoba
ustosunkowana w miasteczku, zawsze był górą, pod każdym względem.  Nie zdawał sobie sprawy, biedaczek, że
kobieta żyjąca pod presją, a w dodatku zakochana kobieta, może być zdolna do
niebezpiecznych niespodzianek.

To tyle na temat treści. Oceniając film, powiem, że nie jest
to z pewnością wielkie dzieło na miarę Anny Kareniny , na przykład. Ale w
wolnej chwili można zerknąć. Kristin Scott Thomas jako Susanne ma bardzo duży
wkład we  wzmocnieniu tego filmu, jej
filmowy mąż, czyli Yvan Attal (bardzo dobry francuski aktor, mąż Charlotty
Gainsburg) również. Najsłabiej może w tym trójkącie prezentuje się jego trzeci e
ramię – hiszpański (robotnik jest emigrantem)  kochanek, grany przez Sergi Lopeza. Ale
podejrzewam, że on miał być taki trochę niemrawy w tym romansie. Chodziło o
pokazanie głownie namiętności kobiety, wzmocnionej przez ową presję,
jakiej  zostaje kobieta – żona  poddawana, żyjąc ileś lat na koszt męża. Na
koszt takiego męża, jakim jest Samuel, który w sposób niegodny prawdziwego
(honorowego) mężczyzny wykorzystuję swą  materialną i statusową przewagę, przywiązując
na siłę i wbrew jej woli niekochającą już żonę do siebie.  Samuel traktuje żonę jak własność. Wcześniej
może nawet nie miała okazji się o tym przekonać. Póki była cichą i pokornego
serca, poslusznie i bez zgrzytów wykonującą swe posługi domowe i małżeńskie,
było ok.  Najsmutniejsze jest to, że  nie możemy być pewni, czy Samuel wszystkie
niegodne postępki, by zatrzymać żonę w domu, uczynił z powodu jego miłośći
do żony, czy raczej z powodu urażonej dumy 
właściciela, któremu ukradziono drogocenną własność.  Tak, 
czy tak, przykro, bo finał tej historii mógł być zupełnie inny. Namietności
wszak tak jak szybko przychodzą, tak samo szybko odchodzą. A jeśliby nawet  ta prawda nie sprawdziła się tym razem,
to trudno, lepiej mieć żonę przyjaciółkę, niż żonę wroga.

A ileż to kobiet, słyszy od swoich rzekomo kochających je
mężów „jeśli mnie zdradzisz, to cię, albo was (tzn. żonę i kochanka)
zabiję”. Mam pytanie, kogo  bardziej kocha
mąż wypowiadający te groźby – żonę czy siebie?


  • RSS