A dalej, jak to
idzie? Nie chce, nie dba, żartuje. O! I teraz jest ok. Twórcy polskich tytułów
tym razem się spisali, oczywiście, pod warunkiem, że ludzie znają treść wróżby
jaką zakochani uskuteczniają latem, urywając kolejno z łodyżki pojedyncze
listki akacji, i to co wypadnie przy ostatnim urwanym liściu, znaczy, że
ukochany czuje do ciebie. Jakie to romantyczne! Grał ktoś w to coś? I jak
dobrze pasuje do tego filmu, którego niemal wszyscy bohaterowie, a szczególnie
ci rodzaju męskiego, tkwią w owej niepewności uczuć ze strony przez nich ukochanych.
Tak, tak, tym razem szaleństwu miłości i związanych z nim wszelkimi rozterkami,
ulegają panowie. Kto by to pomyślał, oni także pragną miłości i głupieją pod
jej wpływem. :). Wreszcie ktoś temu dobitnie daje wyraz!  Paniom też się to zdarza w tym filmie, ale tym razem są one
przesunięte na plan drugi. A teraz proszę, oto prezentacja rzeczonych
zakochanych twardzieli. Najstarszy z nich to ponad 40-letni Cal (Steve Carell) – zapracowany
urzędnik, żonaty z Emily (Julianne Moore). Mają dwoje dzieci, dziewczynkę i
chłopca gimnazjalistę (gra go 14-letni Jonah Bobo) o imieniu Robbie. jest on nieszczęśliwie
zakochany w swej niani, starszej od niego o zaledwie 3 lata. No i trzeci z
nich, to Jacob (cudowny Ryan Gosling), modelowy podrywacz i łamacz damskich
serc. A wszystko, cały problem, zaczyna się od feralnego wieczoru, kiedy to Emily
oznajmuje swemu mężowi, że dawno się już pogubili, pogrążeni w swoim życiu zawodowym
i codziennej domowej rutynie, zatracili swe dawne wzajemne zainteresowanie, namiętność i oto
ona, zapomniała się pewnego razu ze swym kolegą z pracy, księgowym Davidem Lindhagenem
(świetny epizod Kevina Bacona). Co robi prawdziwy mężczyzna, mąż, gdy spada na
niego taki grom z nieba? Oczywiście, idzie do knajpy się upić. I Cal też tak czyni. Tam poznaje Jacoba,
który postanawia mu pomóc metodą „klina klinem”, czyli, jak twierdzi ów znawca sztuki miłosnej, najlepszym sposobem by
zapomnieć, czy znaleźć ukojenie po zdradzie żony, jest jej zdradzenie.  Wcześniej, obrzuciwszy krytycznym spojrzeniem Cala,
stwierdza, że ze swym wyglądem na własnego ojca nie ma szans u dziewczyn i bierze
go w obroty - siłownia, masaże, całkowita
zmiana garderoby i Cal wygląda jak nowy i prawie jak z Photoshopu.

W tym samym
czasie, gdy małżonkowie Cal i Emily pracują, a po pracy szarpią się w miłosnych
konwulsjach, ich dzieci spędzają czas w szkole, a później pod opieką swej młodej
niani (córka sąsiadów). A syn Robbie snuje marzenia, także pod kołdrą, o ich
wspólnym pożyciu. Niestety, 17-letnia dziewczyna rzadko zwraca uwagę na swych
rówieśników, a co dopiero na takiego 14letniego smarkacza. Robbie jest załamany
i bez szans. Podobnie zresztą, jak niania, która podkochuje się w jego ojcu,
czyli Calu.  I tak oto jesteśmy świadkami
miłosnych podbojów i porażek zakochanych, jest śmiesznie, czasem smutno, ale
najważniejsze, że cała akcja spiętrzając się z minuty na minutę zmierza ku
arcyśmiesznemu finałowi, kiedy to okazuje się jaki świat jest mały, a ludzie
skostniali w swych poglądach, opiniach, nawykach. Wszyscy okazują się normalnymi istotami,
spragnionymi uczuć, a jeśli zachowują się, czy prowadzą życie w odchyleniu od
tzw. normy, to znaczy, że po prostu ich nie otrzymali tak, jak tego
oczekiwali i gaszą to pragnienie, na różne sposoby. A na końcu, dostają lekcje
od najmłodszego, Robbiego, który jako jedyny ( bo jeszcze bardzo młody), nie wstydzi, ani nie boi
się, głośno i wyraźnie, a nawet publicznie, mówić o swych uczuciach, a nawet
pożądaniu, co przecież idzie w parze. Bo o to chodzi, by rozmawiać i wyraźnie
artykułować swoje potrzeby jakie mamy wobec bliźnich i swoich bliskich, a nie
obrażać się i robić im na złość, bo nie są jasnowidzami i nie odczytują w
myślach naszych pragnień. W ten sposób zniszczono niejedną dojrzałą milość,
niejedno kiełkujące świeże uczucie.

Jednym słowem,
polecam.  „Kocha, lubi szanuje” to bardzo
dobra, a nawet wzruszająca komedia romantyczna (tak, tak, znam takich co się nawet popłakali
i to nie ze śmiechu). Bardzo zadbana  - dialogi,
scenki sytuacyjne, będące nośnikiem humoru i rewelacyjna obsada. Do już wcześniej
wymienionych dodam jeszcze Marisę Tomei i ciekawą z urody, ale i utalentowaną aktorsko,
Emmę Stone. Po tym filmie mam zamiar interesować się jej karierą.  Wreszcie coś inteligentnego, bez ani
krztyny niesmacznego humoru, film z dbałością o każdy epizod, nie ma
tu żadnych niepotrzebnych sekwencji czy sekwencjontek.
A dlaczego tak dobrze się na niej bawimy? Ponieważ najlepsze komedie to te, w
których śmiejemy się z samych siebie.