Przepiękny film
o tańcu godowym życia i śmierci, walczących nawzajem ze sobą o posiadanie  człowieka. Nie bez powodu Jacek Malczewski, jego
obrazy, są malarskim motywem przewodnim filmu. Malarz, po śmierci ojca, stworzył
cykl dzieł poświęconych śmierci, z tym, że w przeciwieństwie do innych artystów –
symbolistów, nie przedstawia jej w sposób makabryczny. U Malczewskiego Śmierć
jawi się jako pełna erotycznego uroku, dorodna kobieta z kosą w ręku. Oto co
napisał sam reżyser (na swoim blogu) na temat inspiracji motywem śmierci w
obrazach Malczewskiego „Jarosław Iwaszkiewicz był zdumiony, kiedy oglądając
film Brzezina dostrzegł w nim obrazy zaczerpnięte z malarstwa Malczewskiego.
Dla niego, piszącego Brzezinę w latach trzydziestych, był to już tylko malarz
przeszłości: dawno wyschnięte źródło jakiejkolwiek inspiracji.
Były to lata, kiedy Malczewski, ten niezwykły w polskiej sztuce artysta,
zniknął całkowicie z pola widzenia, aby powrócić do nas dopiero razem z poznańską
wystawą w roku 1968. Ale dla mnie, studiującego w Krakowie, tych kilka płócien
wystawionych w Sukiennicach wystarczyło, aby nie ulec powszechnemu wtedy
przekonaniu, że Malczewski przestał istnieć w naszej sztuce. Czyż mogłem
filmując Brzezinę nie dostrzec obrazu śmierci w pełnych życia przedstawieniach
młodych kobiet?”.

Myślę, że nie powiem nic mądrzejszego, czy oryginalniejszego, na temat tego
filmu, czego by już nie napisano. Ale nie mogę nie oddać hołdu naszym wielkim
polskim aktorom Olgierdowi Łukaszewiczowi i Danielowi Olbrychskiego (kolejnośc
wg alfabetu). Jak oni to robią, że gdy się słucha, patrzy na nich, chce się
człowiekowi płakać. I to nie z rozpaczy, a ze wzruszenia. Oto zostaje
spełniony cel artysty, gdy doprowadza odbiorcę do łez szczęścia. Wspaniali
aktorzy, każda ich kreacja to majstersztyk gry, że wspomnę choćby „Dzieje
grzechu”, czy „Wierną rzekę” w przypadku Łukaszewicza, a „Ziemię Obiecaną” czy
Trylogię przy nazwisku Olbrychski. Nie można pominąć Emilii Krakowskiej, jako
kuszącej Maliny, czy Marka Perepeczko, który jako Michał, szczery i prosty
chłop (konkretnie drwal), z krwi i kości, stanowi przeciwieństwo dwóch braci, starannie wychowanych
i wykształconych, ale za to spętanych konwenansami, nie potrafiących otworzyć
się przed drugim człowiekiem. A i kilkunastoletnia Ela Żołek, jako Ola, córka
Bolesława (?), czy Danuta Wodyńska, jako gosposia Katarzyna, te dwie kobiety,
mała i duża, krążące w ciszy, podszytej strachem, wokół Bolesława, jeszcze
bardziej podkreślają przepaść, jaką sobie wykopał, oddzielając się od ludzi i
życia, zbolały po śmierci żony, pogrążając się w samotności i wyrzutach
sumienia.
„Brzezina” nie jest tylko pieśnią na cześć życia, któremu jeszcze bardziej ma
się na życie (o czym daje znać  wzmocnione libido) gdy śmierć zagląda życiu w
oczy. Jest także filmem bardzo dobitnie ukazującym brak porozumienia między
ludźmi, którzy wydawałoby się, nie mogą być już bardziej bliżej siebie, będąc
braćmi, z krwi i kości. Stanisława i Bolesława, głównych bohaterów filmu,
dzieli prawie wszystko. Mają zupełnie odmienne charaktery, usposobienie. Wybrali
zupełnie różna drogi życiowe. Bolesław to skromny leśniczy, Stanisław zaś
bon vivant, obracający się towarzysko w zamożnej Szwajcarii, snobujący i używający
życia ile się da. O bracie, jego żonie i córce, przypomina sobie dopiero wtedy,
gdy podczas ostatniego etapu suchot, szwajcarski lekarz zaleci mu wieś i świeże powietrze.
Braci łączy tylko, oprócz wspólnych korzeni, 
zamiłowanie do muzyki i do kobiet. Obaj są sobie obcy i tacy pozostają
do samego końca, mimo wielokrotnych prób, a raczej ich pozorów, zbliżenia się
do siebie.
Jest tylko jedna jedyna scena, gdy bracia uśmiechają się szczerze do siebie, są
przez chwilę szczęśliwi, gdy obaj wspolnie pochylają się nad raną brata Maliny.
Ale to dlatego, że w obliczu nieszczęścia, ratując zdrowie mężczyzny, nie mają
czasu, nie zdążyli pomyśleć, tak jak wcześniej to miało miejsce, by zniszczyć zawczasu
rodzącą się więź.

„Brzezina”
to także obraz człowieka cywilizowanego, który nauczył się kontroli swych uczuć
czy emocji.  Tu świetna scena, gdy
Staszek gra na fortepianie strojąc miny, ćwicząc jakbyśmy to dzisiaj
powiedzieli – „keep smiling”, ćwiczy grymas, z jakim chce się pokazywac
ludziom, na przekór, albo mimo, rozpaczy i bólu, zarówno fizycznego jak i
psychicznego, z powodu śmiertelnej choroby. Taki człowiek bywa zimny ,
wystudiowany i tak naprawdę niedostępny dla ludzi. W przeciwieństwie do Maliny
i Michała, wieśniaków,  którzy poddają
się uczuciom, podążają za nimi, są przykładem ludzi wyzwolonych, szczęśliwych,
nawet jeśli mają powody do smutku. Żyją tu i teraz, zgodnie z rytmem natury, przyjmując
z pokorą ale i radością to wszystko czym ich obdarza, dobre i złe, i na dobre i
na złe.

Tak się
świetnie złożyło, że tuż po filmie, przeczytałam wywiad z filozofem, Janem
Hartmanem, gdzie odnalazłam dobre sformułowanie na jedno z, moim zdaniem, przesłań „Brzeziny”,
ku któremu się jak najbardziej skłaniam i popieram. Oto co J.H. mówi o żonie:  Jest „radykalnie przywiązana do przyrody, przekonana, że ucywilizowana
ludzkość jest nieautentyczna. Prawdziwe życie to życie ze zwierzętami,
roślinami. Nie chodzi o jakieś „powracanie do natury” – żona pochodzi ze wsi i
obca jest jej mieszczańska egzaltacja. Dla niej przyroda ma wartość etyczną, a
człowiek nie jest w niej wyróżniony.”

I dalej filozof
mówi: „Człowiek to istota przynależna do przyrody, krzątajaca się wokół swoich
spraw, zabiegająca o przetrwanie, o rozmnażanie. Widząc w człowieku zwierzę
jest się wolnym od złudzeń. Sprawy ludzkie stają się od razu prostsze i naturalniejsze.  Nie trzeba tak bardzo sytuować drugiego
człowieka w jego kulturowych manifestacjach, personach, które wytwarza, które musi
wytwarzać, żeby utrzymać swą tożsamość i swoje role społeczne. Dzięki tej
postawie wiem, że miejsce człowieka nie jest w raju, w zaświatach, tylko tutaj
wśród tej przyrody, w tej pianie, która pokrywa kamienną kulę”.