filmowo blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2011

Przepiękny film
o tańcu godowym życia i śmierci, walczących nawzajem ze sobą o posiadanie  człowieka. Nie bez powodu Jacek Malczewski, jego
obrazy, są malarskim motywem przewodnim filmu. Malarz, po śmierci ojca, stworzył
cykl dzieł poświęconych śmierci, z tym, że w przeciwieństwie do innych artystów –
symbolistów, nie przedstawia jej w sposób makabryczny. U Malczewskiego Śmierć
jawi się jako pełna erotycznego uroku, dorodna kobieta z kosą w ręku. Oto co
napisał sam reżyser (na swoim blogu) na temat inspiracji motywem śmierci w
obrazach Malczewskiego „Jarosław Iwaszkiewicz był zdumiony, kiedy oglądając
film Brzezina dostrzegł w nim obrazy zaczerpnięte z malarstwa Malczewskiego.
Dla niego, piszącego Brzezinę w latach trzydziestych, był to już tylko malarz
przeszłości: dawno wyschnięte źródło jakiejkolwiek inspiracji.
Były to lata, kiedy Malczewski, ten niezwykły w polskiej sztuce artysta,
zniknął całkowicie z pola widzenia, aby powrócić do nas dopiero razem z poznańską
wystawą w roku 1968. Ale dla mnie, studiującego w Krakowie, tych kilka płócien
wystawionych w Sukiennicach wystarczyło, aby nie ulec powszechnemu wtedy
przekonaniu, że Malczewski przestał istnieć w naszej sztuce. Czyż mogłem
filmując Brzezinę nie dostrzec obrazu śmierci w pełnych życia przedstawieniach
młodych kobiet?”.

Myślę, że nie powiem nic mądrzejszego, czy oryginalniejszego, na temat tego
filmu, czego by już nie napisano. Ale nie mogę nie oddać hołdu naszym wielkim
polskim aktorom Olgierdowi Łukaszewiczowi i Danielowi Olbrychskiego (kolejnośc
wg alfabetu). Jak oni to robią, że gdy się słucha, patrzy na nich, chce się
człowiekowi płakać. I to nie z rozpaczy, a ze wzruszenia. Oto zostaje
spełniony cel artysty, gdy doprowadza odbiorcę do łez szczęścia. Wspaniali
aktorzy, każda ich kreacja to majstersztyk gry, że wspomnę choćby „Dzieje
grzechu”, czy „Wierną rzekę” w przypadku Łukaszewicza, a „Ziemię Obiecaną” czy
Trylogię przy nazwisku Olbrychski. Nie można pominąć Emilii Krakowskiej, jako
kuszącej Maliny, czy Marka Perepeczko, który jako Michał, szczery i prosty
chłop (konkretnie drwal), z krwi i kości, stanowi przeciwieństwo dwóch braci, starannie wychowanych
i wykształconych, ale za to spętanych konwenansami, nie potrafiących otworzyć
się przed drugim człowiekiem. A i kilkunastoletnia Ela Żołek, jako Ola, córka
Bolesława (?), czy Danuta Wodyńska, jako gosposia Katarzyna, te dwie kobiety,
mała i duża, krążące w ciszy, podszytej strachem, wokół Bolesława, jeszcze
bardziej podkreślają przepaść, jaką sobie wykopał, oddzielając się od ludzi i
życia, zbolały po śmierci żony, pogrążając się w samotności i wyrzutach
sumienia.
„Brzezina” nie jest tylko pieśnią na cześć życia, któremu jeszcze bardziej ma
się na życie (o czym daje znać  wzmocnione libido) gdy śmierć zagląda życiu w
oczy. Jest także filmem bardzo dobitnie ukazującym brak porozumienia między
ludźmi, którzy wydawałoby się, nie mogą być już bardziej bliżej siebie, będąc
braćmi, z krwi i kości. Stanisława i Bolesława, głównych bohaterów filmu,
dzieli prawie wszystko. Mają zupełnie odmienne charaktery, usposobienie. Wybrali
zupełnie różna drogi życiowe. Bolesław to skromny leśniczy, Stanisław zaś
bon vivant, obracający się towarzysko w zamożnej Szwajcarii, snobujący i używający
życia ile się da. O bracie, jego żonie i córce, przypomina sobie dopiero wtedy,
gdy podczas ostatniego etapu suchot, szwajcarski lekarz zaleci mu wieś i świeże powietrze.
Braci łączy tylko, oprócz wspólnych korzeni, 
zamiłowanie do muzyki i do kobiet. Obaj są sobie obcy i tacy pozostają
do samego końca, mimo wielokrotnych prób, a raczej ich pozorów, zbliżenia się
do siebie.
Jest tylko jedna jedyna scena, gdy bracia uśmiechają się szczerze do siebie, są
przez chwilę szczęśliwi, gdy obaj wspolnie pochylają się nad raną brata Maliny.
Ale to dlatego, że w obliczu nieszczęścia, ratując zdrowie mężczyzny, nie mają
czasu, nie zdążyli pomyśleć, tak jak wcześniej to miało miejsce, by zniszczyć zawczasu
rodzącą się więź.

„Brzezina”
to także obraz człowieka cywilizowanego, który nauczył się kontroli swych uczuć
czy emocji.  Tu świetna scena, gdy
Staszek gra na fortepianie strojąc miny, ćwicząc jakbyśmy to dzisiaj
powiedzieli – „keep smiling”, ćwiczy grymas, z jakim chce się pokazywac
ludziom, na przekór, albo mimo, rozpaczy i bólu, zarówno fizycznego jak i
psychicznego, z powodu śmiertelnej choroby. Taki człowiek bywa zimny ,
wystudiowany i tak naprawdę niedostępny dla ludzi. W przeciwieństwie do Maliny
i Michała, wieśniaków,  którzy poddają
się uczuciom, podążają za nimi, są przykładem ludzi wyzwolonych, szczęśliwych,
nawet jeśli mają powody do smutku. Żyją tu i teraz, zgodnie z rytmem natury, przyjmując
z pokorą ale i radością to wszystko czym ich obdarza, dobre i złe, i na dobre i
na złe.

Tak się
świetnie złożyło, że tuż po filmie, przeczytałam wywiad z filozofem, Janem
Hartmanem, gdzie odnalazłam dobre sformułowanie na jedno z, moim zdaniem, przesłań „Brzeziny”,
ku któremu się jak najbardziej skłaniam i popieram. Oto co J.H. mówi o żonie:  Jest „radykalnie przywiązana do przyrody, przekonana, że ucywilizowana
ludzkość jest nieautentyczna. Prawdziwe życie to życie ze zwierzętami,
roślinami. Nie chodzi o jakieś „powracanie do natury” – żona pochodzi ze wsi i
obca jest jej mieszczańska egzaltacja. Dla niej przyroda ma wartość etyczną, a
człowiek nie jest w niej wyróżniony.”

I dalej filozof
mówi: „Człowiek to istota przynależna do przyrody, krzątajaca się wokół swoich
spraw, zabiegająca o przetrwanie, o rozmnażanie. Widząc w człowieku zwierzę
jest się wolnym od złudzeń. Sprawy ludzkie stają się od razu prostsze i naturalniejsze.  Nie trzeba tak bardzo sytuować drugiego
człowieka w jego kulturowych manifestacjach, personach, które wytwarza, które musi
wytwarzać, żeby utrzymać swą tożsamość i swoje role społeczne. Dzięki tej
postawie wiem, że miejsce człowieka nie jest w raju, w zaświatach, tylko tutaj
wśród tej przyrody, w tej pianie, która pokrywa kamienną kulę”.


Takie filmy, jak „Passione” Johna Turturro mnie uszczęśliwiają. Wędrówka po mieście, wsłuchiwanie się w jego rytm, a przede wszystkim poznawanie jego mieszkańców, bo czymże byłoby miasto, choćby z najciekawszą i najpiękniejszą i najcenniejszą architekturą, zabytkami muzeami, bez ludzi, dzięki którym ono pulsuje, oddycha, żyje? Gdybym była filmowcem – podróżnikiem to właśnie takie filmy bym robiła – ludzie i miejsca, gdzie żyją, muzyka i pieśni, żywe słowne zapisy ich wzlotów i upadków, opisy namiętności, lęków, emocji i uczuć w najróżniejszych odcieniach, będących odzwierciedleniem dziejów ich ukochanego miasta na przestrzeni wieków. A łatwo Neapolowi nie było – ciągłe najazdy obcych plemion, wojny, w tym także ostatnia światowa, odcisnęły piętno nie tylko na psychice kolejnych pokoleń, ale także na ich wyglądzie. Neapol to mieszanka wpływów różnych ras, kultur (arabskich, hiszpańskich, portugalskich, afrykańskich, czy północno-amerykańskich), tak, że niektórzy, jak sami powiadają, w istocie nie mogą się identyfikować tylko jedną z nich. Najwyraźniej widać to, i słychać, w muzyce i śpiewie, który w Neapolu rozbrzmiewa całą dobę, na każdej ulicy czy zakątku. A wszystko to w oryginalnym neapolitańskim języku, różniącym się dość mocno od standardowego włoskiego. A pieśni śpiewane w Neapolu, czy w rejonie Campanilii, gdzie jest położone miasto, wyróżniono także ze względu na ich oryginalność, nazywając je po prostu „pieśniami neapolitańskimi”. W filmie każda z nich przedstawiona jest w formie krótkiego widowiska, scenki rodzajowej, czy musicalu. W myśl, czy na pamiątkę dawnych zwyczajów, bo jak przypomina Turturro, będący nie tylko reżyserem, ale i narratorem filmu, kiedyś neapolitańscy pieśniarze płacili wyższe podatki w porównaniu z aktorami, tak więc postanowili swe występy aranżować w mini przedstawienia, by zakwalifikowano ich w podatkowe aktorskie widełki. Włoch, tak jak Polak, potrafi!
Film nakręcono w najbiedniejszych, ale i urzekająco pieknych, mimo brudu, zniszczonych fasad kamienic, oszpeconych na domiar złego kiepskim graffiti, dzielnicach miasta, tam gdzie ludziom żyje się najciężej. Bo to właśnie tu, gdzie jest bieda, muzyka jest najbardziej autentyczna, stanowi bowiem, najważniejszą część życia tych ludzi. Tam gdzie ludzie nie mają za dużo pieniędzy, mają w zamian więcej czasu i mogą smakować życie na inne sposoby – uciekając w marzenia, tęsknoty, albo cieszyć się po prostu, tym co mają. A mają rzeczy zawsze niezbywalne, swoje uczucia, emocje, pasje, namiętności, z miłością i cierpieniem ale i euforią, jaką ona niesie, na czele. Dlatego muzyka w „Passione” jest taka rewelacyjna. Bo niesamowicie, podkreślam jeszcze raz NIESAMOWICIE, ekspresyjna i bardzo różnorodna, naznaczona owymi, wspomnianymi już, historycznymi wpływami, od elementów flamenco, fado, poprzez rytmy arabskie, czy starą pieśń praczek (ta szczególnie pięknie sfilmowana), aż do bluesa czy całkiem współczesny hip-hop (też jeden z najlepszych fragmentów filmu).
Oczywiście nie mogło się obejść bez sztandarowej pieśni neapolitańskiej, a mianowicie „O, Sole Mio”, w oryginalnym wykonaniu Sergio Bruni, którego możemy podziwiać w archiwalnym nagraniu z koncertu. Ale także w ciekawych i jakże odmiennych interpretacjach od pierwowzoru, m.in. w wykonaniu wokalistki tunezyjskiego pochodzenia M’barki Be Taleb. Ale mnie jednak najbardziej przypadł do gustu stary dobry Sergio Bruni. Może dlatego, że to jego „O Sole Mio”, pobrzmiewające ze szpanerskiego (jak na tamte czasy) radia „Opera” pamiętam z dzieciństwa. Tak tak, kiedyś dzieci otrzymywały poprzez radio staranną muzyczną edukację, wychowywały się na Faithfull (jeszcze wtedy nie ochrypła), Aznavourze, Adamo, Elli Fitzgerald, Franku Sinatrze czy właśnie na Bruni i Marino Marinim. :)
Warto jeszcze dodać, że oprócz nagrań z żywiołowych koncertów neapolitańskich klasyków, historię miasta w filmie wzbogacają fragmenty nagrań z jego bardziej burzliwych zdarzeń – wybuch Wezuwiusza, czy bombardowanie w czasie II wojny i moment jego wyzwolenia – bezcenne kadry.
Jestem bardzo zadowolona z seansu. Odleciałam do Neapolu, zobaczyłam go i nie umarłam, może dlatego, że na ekranie kina. Ale za to, jakiego kina! Poznańskiego Rialto, przedostatni seans przed wielkim remontem (później już była tylko „Melancholia”). Kino Rialto, już nigdy nie będzie takie samo. Mam nadzieję, że Neapol, pozostanie takim jakim jest na wieki, nie zatraci swego klimatu, swej witalności na przekór prztyczkom, jakich nie szczędzi mu los… Turturro nic nie wspomina o społeczno-polityczno-gospodarczych problemach miasta, i dobrze!. I w związku z tym, życzę jego mieszkańcom, choćby ociupinki poprawy bytu, ale nie tak strasznie dużo, by nie zatracili swego „passione”, by nadal wzruszali i budzili w ludziach uśpione tęsknoty.
(Przepraszam za brak akapitów, jakieś niedomagania techniczne występuja, raczej nie z mojej strony, chociaż kto wie, ja należę do tych, których gubi nawet najmniejsza ilość techniki. One, te odstępy, są w oryginale, i na podglądzie, ale niestety, na stronie głównej blogu ich brak). :( :( :( :(

W pierwszych słowach mojej recenzji chciałabym ostro zaprotestować i zaapelować: skończcie drodzy Polacy filmowcy z produkowaniem filmów otematyce lustracyjnej. Skończcie z obsadzaniam w roli grzebiących w przeszłości byłych współpracowników z SB 
Borysa Szyca! Ludzieeee! Więcej fantazji w pisaniu scenariuszy 
i więcej pomysłowości w zakresie obsady. Mamy tyle pięknych i ciekawych tematów, leżących wręcz na ulicy, w sensie dosłownym (bezdomni, żebrzący Rumuni, pobici geje, zgubione pieniądze, zwiędły kwiatek na mrozie, po który sięga kobieta w latach przejściowych – sama widziałam! … itd.) i przenośnie leżących – na przykład powodzie,dręczące ostatnio nasz kraj. A wy ciągle tylko lustracja, lustracja. Temat wyobracany i wykorzystany  już
na wszystkie strony. No chybaaaa, że ktoś odważy na film o jakimś prominentnym duchownym, skuszonym przez diabła.  Protestując i złorzecząc w duchu na monotematyczność kina polskiego, jednak wybrałam się na „Kreta”. Bo akurat miałam chwilę czasu, bo liczyłam na cud, bo lubię, jeszcze,  Borysa
Szyca,  bo ciekawią mnie nowe nazwiska naplakatach, w tym przypadku – Rafael Lewandowski. „Kret”, jak się dowiedziałam, to debiut fabularny tego pana. Do tej pory nakręcił kilka dokumentów. Mając w pamięci niedawny wspaniały debiut innego dokumentalisty Borysa Lankosza i jego „Rewers”, miałam nadzieję, że ten będzie równie udany. Niestety. „Kret” co prawda nie jest beznadziejny, ale nie porywa, nie olśniewa, nie budzi większych emocji, a
także nie odkrywa Ameryki w temacie lustracji. Mnie już nie podnieca już kolejne biadolenie nad jej brakiem tuż po roku 1989. Wiadomo, przecież, nie od dziś, że Polak mądry po szkodzie, a i to rzadko.  Już dawno przestało być
sensacją, że czym bardziej znana i ceniona postać życia publicznego, tym większe prawdopodobieństwo, że był „umaczany”. 
Nie grzeszyli z SB najczęściej ci, którzy za czasów komuny żyli jak mysz pod miotłą, nic
ciekawego nie robili, nigdzie nie jeździli, nie działali, nie tworzyli, a chodzili grzecznie do pracy i zarabiali zgodnie z regułą:  „czy się stoiczy się leży 1000 zł się należy” na skromne i spokojne życie. Oczywiście były sławne wyjątki „nieumaczania”, jak choćby Piotr
Fronczewski, który niczego nie podpisał, gdy go milicja złapała na jakims złym uczynku, ale być może wcale im na nim aż tak nie zależało. 
W „Krecie” podobało mi się jedno – w końcu pokazano  jasno metody naboru do służb:  straszenie, szantaże, groźby zemsty na najbliższych. Trzeba było być człowiekiem ze stali, żeby się nie ugiąć. Zresztą w filmie pada kilka razy wyraźne „Ty też takim mogłeś być”. Jednym słowem, ukazano ludzką twarz człowieka sprzedanego SB i, co najważniejsze -  nieludzką tych, którzy nękali. Tu świetna kreacja Wojciecha Pszoniaka, jako Garbarka,  etatowego
esbeka, który momentami przybierał znamiona demona. Trochę może przerysowano tę postać, ale przecież „oni” takim, szatanem, jawili się tym, których
gnębili. Jasne, winni są i ci i ci, ale ich winy nie są równoważne, świat nie składa się tylko z czarnych i białych charakterów czy  barw w ogóle, tak jak to niektórym wygodnie jest głosić. Świat zwyczajnych ludzi, takich jak rodzina Kowalów z filmu, nie jest nawet kolorowy, jest przede wszystkim bury i szary. Do zalet filmu zaliczam więc to, że w finale, choć wygląda to na ekranie bardzo  naiwnie (co z kolei jest wielka wadą filmu) karę ponoszą ci, którzy na nią szczególnie zasłużyli.

Podsumowując, warto czy nie warto zobaczyć? Jeśli ktoś jeszcze nie czuje się zaspokojony w temacie lustracji, niech popatrzy, może trochę ochłonie. Jeśli ktoś chodzi do kina „na aktorów” – warto iść przede wszystkim na Mariana Dziędziela – jest genialny jako sterany życiem mężczyzna w średnim wieku, kochający mąż i ojciec, rozpaczliwie broniący dobrego
imienia, swego i Solidarności oraz na Wojciecha Pszoniaka, czyli tego, który na
tym jego marnym losie korzysta. Warto odnotować także małą rólkę Jerzego Janeczka, słynnego Witii
Pawlaka z trylogii „Samych swoich”. To miłe zobaczyć kogoś znajomego na ekranie
po wielu latach. Co do Borysa Szyca, który w znacznym stopniu zdopingował mnie
do pójścia do kina na „Kreta”, mam mieszane uczucia. Nie poraził mnie swą
kreacją, zagrał poprawnie, ale chwilami miałam takie odczucie, jakby nie do
końca był pewny tego co robi, jakby go coś uwierało, jakby się źle czuł
w skórze swej postaci, albo nie był przekonany do scenariusza. Scenariusza, który
uważam, miał duże wady, np. sporo było waty w dialogach, szczególnie tych,
prowadzonych na łonie rodziny młodego Kowala (Szyc właśnie). Te scenki rodzinne
z nim, jego żoną Ewą i synkiem Tomkiem były mocno drętwe i o niczym. Głównie
skupiono się na karmieniu dzieciaka jogurtem. Można to było dopracować, albo w
ogóle z tych martwych scen zrezygnować, bo podczas nich wkradała się nuda i
zwyczajnie człowiek czuł, że jest w kinie i miewał poczucie marnowania czasu na oczywiste oczywistosci.  I znowu powtarza się kolejny grzech,
tak jak w przypadku „Erratum”, gdy dokumentalista bawi się w „Zosię samosię”
przy kręceniu fabuły, porywa się i na reżyserię i na scenariusz. Może trzeba było wziąć przykład z Borysa Lankosza
i jego „Rewersu”.

Na zakończenie, warto wspomnieć jeszcze o ciekawym wątku w filmie, a mianowicie
ukazanie środowiska polonijnego we Francji. Bardzo dobra sekwencja,  poprowadzona
brawurowo przez Sławomira Orzechowskiego, jako lidera polonusów w departamencie
Nord – Pas – de – Calais (jedno z większych skupisk Polaków we Francji – tam też
zadomowiła się kiedyś rodzina I sekretarza PZPR Edwarda Gierka, stamtąd prawdopodobnie pochodzi także sam reżyser filmu, pół Francuz pól Polak). Trochę smutno było patrzeć, że oni,
Polacy, kochają się tam i są radośni na tej obczyźnie bardziej niż my w ojczyźnie, ale
jednocześnie cieszyło, że rodzina Kowalów, ojciec i syn, mimo problemów, mimo dźwigania wielkich moralnych bagaży, przekazywanych z ojca na syna,  jednak
nie zrezygnowała z życia w kraju. Chociaż… kto wie, czy z czasem nie zmienią
zdania?  A dlaczego, dowiedzą się ci miłośnicy polskiego kina pod wezwaniem „mimo wszystko”,
którzy wybiorą się na „Kreta”.

Dlaczego taka duża Karen płacze w autobusie? Może jest
chora? Właśnie dowiedziała się o śmierci kogoś bliskiego? A może rozstała się
na zawsze z kochankiem? A może mąż ją pobił? Może się czegoś boi? Może czegoś
żałuje? Może, może, może… ileż pytań bez odpowiedzi ciśnie się na usta, gdy
widzimy kogoś pochlipującego w środku transportu publicznego. Jeśli ktoś nie
może się opanować i daje upust swoim emocjom nie bacząc na miejsce, otoczenie,
sprawa może być poważna…  Przejechawszy
kilka przystanków, Karen wysiada. Jest już późny wieczór, ulice miasta, daleko
poza centrum, są puste. Karen łomocze do drzwi zaniedbanej kamienicy, prosi
o pokój. Z głębi domu odzywa się głos gospodyni, że takim nie dysponuje. Karen
obiecuje, że zapłaci za trzy miesiące z góry. Zostaje zakwaterowana. Domyslamy się,
że bohaterka filmu nie jest biedna (na co wskazuje także duże obrzydzenie do brudu i karaluchów), ale może być
nieszczęśliwa.  I nie mylimy się, o czym przekonujemy się nazajutrz, gdy
telefonuje ona do swojej matki, z prośbą o pomoc.  Lecz nie znajduje Karen zrozumienia u rodzicielki. Wręcz przeciwnie,  namawia ją ona do powrotu do domu, do męża, albo choćby na
spotkanie z nim.  Znamy, więc już powód łez Karen.  Tylko nie wiemy jeszcz, czy są to łzy szczęścia, czy radości. Karen godzi się na spotkanie z mężem, dzięki temu
mamy okazję przekonać się, że jest on dobrze ubranym, przystojnym i  kulturalnym mężczyzną w
średnim wieku, przyzwoicie sytuowanym, mogącym sobie pozwolić na utrzymanie
domu i żony. Oczywiście, mąż namawia grzecznie żonę do powrotu, ale  Karen nie ma już
ochoty służyć jako szatniarka, pomoc
kuchenna, pokojówka oraz pani do towarzystwa w jednym.  Ma ochotę
sama zarobić na swoje utrzymanie, żyć na własny rachunek. Podjęła to ryzyko, mimo
nie pierwszej młodości, średniej urody i takiejż figury, zaczynając „od zera”, ale za to z
kilkoma tysiącami pesos w portfelu. Niestety, o pracę dla takiej kobiety, jak ona nie
jest łatwo, a torebkę z pieniędzmi ukradziono. Na szczęście za pokój zapłaciła
z góry. Aby przeżyć zaczyna żebrać. To znaczy prosić na przystankach autobusowych
o parę drobnych monet na przejazd. Ludzie są współczujący i litościwi, dzięki temu Karen
egzystuje, cierpliwie szukając pracy. Jej upór zostaje nagrodzony.
Karen znajduje jakąś marną pracę, ale i nowych znajomych, i to z całkiem przyzwoitych kręgów,
zarówno mężczyzn jak  i kobiety, które śmiało zadają Karen pytanie „czym się
zajmujesz”? A ona ciągle jeszcze odpowiada z zakłopotaniem, jak do tej pory: „czytaniem książek”, np.
Ibsena. Trudno przecież chwalić sie pracą rozdawacza ulotek. Dzięki znajomej z wynajmowanego obok pokoju, Patricii, osóbki nader wyzwolonej, zaprzyjaźnia się z miejscowym dramatopisarzem, zaczyna bywać, w
teatrze, na bankietach, zostaje jego kochanką, dostaje od niego propozycję wyjazdu do
Argentyny (sztuki przyjaciela zyskują rozgłos w krajach ościennych) zwieńczoną
prośbą o podanie marynarki. Czy Karen ją poda, czy nadal będzie jeździła
autobusem, i czy będzie jeszcze w nim płakać? Zobaczcie debiut fabularny kolumbijskiego,
34-letniego reżysera Gabriela Rojas Vera. Film nie poraża tempem akcji, bo i w
życiu Karen, która postanowiła być „kimś”, nic specjalnego się nie dzieje, ale cały
czas utrzymuje stały poziom zainteresowania zmaganiem Karen z codziennością,
jakże różniącą się od tej, którą wiodła u boku męża, i… oczekiwaniem na odpowiedź na pytanie, czy Karen będzie teraz szczęśliwa?  


  • RSS