Fascynację,
czy zainteresowanie,  twórczoscią
Almodovara, jak i jego filmy, odłożyłam, jak widać, już do lamusa. Jakiś czas
temu przemknęło mi przez myśl, że dobrze by było przypomniec sobie  te jego stare klimaty i specyficzną pogodę
ducha wynikającą z  akceptacji i
bezwarunkowej miłości człowieka. I czyż może być lepszy przykład filmu
spełniającego te wymagania, jak 
„Wszystko o mojej matce”? Matka, jej miłość do dziecka, kojarzy się
bowiem z miłością bezwarunkową. I taka też miłość, bezwarunkowa  - bez względu na płeć, śmiertelne choroby,
różnego rodzaju  dziwactwa, starość, a
nawet gatunek żyjącej istoty  – pies Sapik
też jest bardzo kochany – przepełnia ten obraz Almodovara, który kończąc swój
film, składa dedykację wszystkim (sic!), którzy pragną być matkami, życząc im
spełnienia, by mogli doznać tego właśnie matczynego uczucia, czystego bezinteresownego, zdolnego
przenosić góry.

 Almodovar w zasadzie nie pokazuje nigdy w
czystej formie przemocy, prześladowań, a już szczególnie  ze względu na orientację seksualną swych
bohaterów.  Tak jakby  w ogóle przemocy na świecie nie było.. A jeśli już
pokaże, to raczej w zabawnej, często gorszącej widzów, formie (np. Kika).  Transwestyci i transseksualiści – każdy ma prawo do życia, skoro
zostali do niego powołani.  Jeśli już
pokazuje problemy tej grupy ludzi, to są to zazwyczaj problemy
miłosne.  Czasem delikatnie zaznaczy
brak ich akceptacji, wyrzucenie poza nawias (ich miejsca schadzek) postrzegania
jako monstra – reakcja matki, gdy zauwazyła, że Lola tuli jej wnuka „To to monstrum
przyczyniło się do śmierci mojej córki”. Jednak odżegnuje się od scen stricte
okrutnych – w jego filmach króluje miłość i radość życia, na przekór jego
smutkom.

„Wszystko
o mojej matce” to królestwo kobiet – które również, jak wszyscy ludzie, bywają
wobec siebie nieprzyjazne, zazdrosne (Nina), ale w obliczu prawdziwego
nieszczęścia budzi się w nich owa tzw. 
solidarność jajników”, której tak zazdroszczą im mężczyźni, czego dowodem
jest ów złośliwy, ukuty przez nich termin, na kobiece współodczuwnaie i współdziałanie.
Jeśli w tym filmie pojawia się mężczyzna, to jest to typowy macho, prostak Kowalski ze
sztuki „Tramwaj zwany pożądaniem”, przekładający się w życiu realnym na
podobnego do siebie faceta, aktora, błagającego jak pies o „laskę” tę,  która ma na imię „przyjemność” – Agrado. Albo – jest nim
zniedołężniały, także umysłowo, ojciec Rosy. No, niestety…

Kilka
słów o wspomnianej/wspomnianym Agrado. Jej ukierunkowanie siebie tylko i
wyłącznie na przyjemnosć, przeradza się 
w misję i powołanie,. A zabawna opowieść, wygłoszona w teatrze,o tym jak budowała swój
kapitał czyli ciało, może, ale nie musi, rozwiać wątpliwości tych, którzy
traktują operacje plastyczne, jako wyłącznie 
spełnianie pustych zachcianek.

Najpiękniejsza
scena to scena triumfu miłości -  dwie
kobiety, jedna straciła syna w wyniku jego fascynacji tą drugą kobietą, ta
śmierć obróciła się w koleją miłość i fascynację tych obu kobiet sobą nawzajem.

Miłość bliźniego do bliźniego wręcz wylewa się z ekranu (że dorzucę jeszcze temat
transplantologii). To nawet może zakrawać na kicz, ale jeśli przyjmiemy, że
kicz jest zaprzeczeniem istnienia gówna („Nieznośna lekkość bytu”), 
to wyjdzie nam, że Almodovar poddaje nas, i siebie, nieustannej
psychoterapii.