Ho Po-wing
(Leslie Cheung ) i  Lai Yiu-fai  (Tony Leung) to para kochanków z Hongkongu,
rzuconych przez los, a może bardziej przez marzenia i pogonią za nimi, na
drugi koniec świata, do Buenos Aires (zabijając tęsknotę za ojczystą metropolią
bawią się czasem  wyobrażeniami o niej
stojącej dosłownie na głowie). Motorem napędowym ich karkołomnych życiowych poczynań
staje się nie tylko przemijająca namiętność, ale także przypadkowo zakupiona przez jednego z nich kiczowata lampka
nocna z widokiem baśniowego wodospadu Iguazu. Wyprawa marzeń nie okazuje się łatwa, a
mężczyźni dochodzą do wniosku, że czas zacząć wszystko od nowa. Bieda tylko w
tym, że każdy z nich inaczej rozumie zwrot „od nowa”. Dla jednego z nich
oznacza on odnowę ich związku, a dla drugiego początek życia od nowa każdego z
nich z osobna. Miłość nie jest równoznaczna bowiem z porozumieniem czy
zrozumieniem, a co najważniejsze, z czasem i związanym z nim przemijaniem nie
gwarantuje wiecznego natężenia emocji i napędu do życia. Wiadomo, wszystko co
się narodzi musi kiedyś umrzeć. Miłość nie stanowi w tym względzie wyjątku.
Można próbować ją regenerować, jak każdy silnik, i jak próbują to czynić
chińscy kochankowie na obczyźnie,  ale
wiemy, że żadna regeneracja nie zastąpi nówki. Czas robi swoje, a przemijanie
tego co najpiękniesze boli  tym
bardziej.

Takiego klimatu wszechogarniającego smutku i tęsknoty dawno w filmie nie
widziałam . Lars von Trier może się schować ze swoją „Melancholią”. I tym lepiej,
że wyprodukowano go tu między mężczyznami, bo to (chyba) oni skazani są bardziej
na samotność, to ich ciągle gdzieś gna, to oni wstydzą się mówić wprost o
swoich uczuciach i emocjach i przez to jeszcze bardziej cierpią, zabijając
poczucie osamotnienia i pragnienia miłości przypadkowymi i powierzchownymi związkami, albo romantyczno-męskimi
wędrówkami przed siebie, w poszukiwaniu nowych miejsc, nowych zajęć, pasji, nowych
związków (scena pożegnania w Yiu-Faia z nowopoznanym przyjacielem kucharzem, tuż przed
jego wędrówką na inny koniec świata – tym razem jest nim miasteczko Usuaia).

A może my wszyscy, tak jak mówił S. Lem w jednym ze swoich wywiadów już tak
mamy, że jako ludzie „różnimy się od innych naczelnych przede wszystkim tym, że
wiecznie dokądś zmierzamy i jesteśmy wiecznie niezaspokojeni. Człowiek jest już
tak skonstruowany, że nasze najwieksze szczęście jest zawsze między wyciągniętą
ręką a owocem z drzewa”. I z tym się zgadzam w 100%. Zawsze i wszędzie mówiiłam,
że wiekszą rozkoszą jest czekanie niż samo spełnienie ( w filmie mamy tego
dowod w scenie nad Iguazu). Być może mężczyźni bardziej odczuwają ów niepokój, a może nawet
w takim samym stopniu jak kobiety, tylko kobiety spętane narzuconą im /przez
mężczyzn, rzecz jasna :)/, rolą służebną, wiekowymi kulturowymi przypisaniami  do domu, męża,
dzieci ogniska domowego itd. itd., jeszcze do niedawna, nie śmiały,
bały się, nie czuły się godne, jako przyszłe i obecne, matki rodzicielki,  rościć sobie pretensji ku temu ludzkiemu prawu
poszukiwania nowych doznań, ciągle nowego mocno bijącego blasku (oryginalny
tytuł filmu brzmi podobno mniej więcej „krótki moment blasku”) życia. Wszelkie wyprawy wiążą
się z niewygodami, destabilizacją, niepokojem, ryzykiem, czasem cierpieniem, ale
jak się to ma proporcjonalnie do perspektywy radości  odkrywania  nowych, nieznanych bijących kuszącym blaskiem, obszarów – to już każdy musi sobie określic sobie sam.

A film polecam. Nie wszystkim. Głównie nałogowcom melancholikom, znajdą
tu, jak to u Kar Waia Wonga, sporo pożywki, za którą przepadają.