filmowo blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2011

Fascynację,
czy zainteresowanie,  twórczoscią
Almodovara, jak i jego filmy, odłożyłam, jak widać, już do lamusa. Jakiś czas
temu przemknęło mi przez myśl, że dobrze by było przypomniec sobie  te jego stare klimaty i specyficzną pogodę
ducha wynikającą z  akceptacji i
bezwarunkowej miłości człowieka. I czyż może być lepszy przykład filmu
spełniającego te wymagania, jak 
„Wszystko o mojej matce”? Matka, jej miłość do dziecka, kojarzy się
bowiem z miłością bezwarunkową. I taka też miłość, bezwarunkowa  - bez względu na płeć, śmiertelne choroby,
różnego rodzaju  dziwactwa, starość, a
nawet gatunek żyjącej istoty  – pies Sapik
też jest bardzo kochany – przepełnia ten obraz Almodovara, który kończąc swój
film, składa dedykację wszystkim (sic!), którzy pragną być matkami, życząc im
spełnienia, by mogli doznać tego właśnie matczynego uczucia, czystego bezinteresownego, zdolnego
przenosić góry.

 Almodovar w zasadzie nie pokazuje nigdy w
czystej formie przemocy, prześladowań, a już szczególnie  ze względu na orientację seksualną swych
bohaterów.  Tak jakby  w ogóle przemocy na świecie nie było.. A jeśli już
pokaże, to raczej w zabawnej, często gorszącej widzów, formie (np. Kika).  Transwestyci i transseksualiści – każdy ma prawo do życia, skoro
zostali do niego powołani.  Jeśli już
pokazuje problemy tej grupy ludzi, to są to zazwyczaj problemy
miłosne.  Czasem delikatnie zaznaczy
brak ich akceptacji, wyrzucenie poza nawias (ich miejsca schadzek) postrzegania
jako monstra – reakcja matki, gdy zauwazyła, że Lola tuli jej wnuka „To to monstrum
przyczyniło się do śmierci mojej córki”. Jednak odżegnuje się od scen stricte
okrutnych – w jego filmach króluje miłość i radość życia, na przekór jego
smutkom.

„Wszystko
o mojej matce” to królestwo kobiet – które również, jak wszyscy ludzie, bywają
wobec siebie nieprzyjazne, zazdrosne (Nina), ale w obliczu prawdziwego
nieszczęścia budzi się w nich owa tzw. 
solidarność jajników”, której tak zazdroszczą im mężczyźni, czego dowodem
jest ów złośliwy, ukuty przez nich termin, na kobiece współodczuwnaie i współdziałanie.
Jeśli w tym filmie pojawia się mężczyzna, to jest to typowy macho, prostak Kowalski ze
sztuki „Tramwaj zwany pożądaniem”, przekładający się w życiu realnym na
podobnego do siebie faceta, aktora, błagającego jak pies o „laskę” tę,  która ma na imię „przyjemność” – Agrado. Albo – jest nim
zniedołężniały, także umysłowo, ojciec Rosy. No, niestety…

Kilka
słów o wspomnianej/wspomnianym Agrado. Jej ukierunkowanie siebie tylko i
wyłącznie na przyjemnosć, przeradza się 
w misję i powołanie,. A zabawna opowieść, wygłoszona w teatrze,o tym jak budowała swój
kapitał czyli ciało, może, ale nie musi, rozwiać wątpliwości tych, którzy
traktują operacje plastyczne, jako wyłącznie 
spełnianie pustych zachcianek.

Najpiękniejsza
scena to scena triumfu miłości -  dwie
kobiety, jedna straciła syna w wyniku jego fascynacji tą drugą kobietą, ta
śmierć obróciła się w koleją miłość i fascynację tych obu kobiet sobą nawzajem.

Miłość bliźniego do bliźniego wręcz wylewa się z ekranu (że dorzucę jeszcze temat
transplantologii). To nawet może zakrawać na kicz, ale jeśli przyjmiemy, że
kicz jest zaprzeczeniem istnienia gówna („Nieznośna lekkość bytu”), 
to wyjdzie nam, że Almodovar poddaje nas, i siebie, nieustannej
psychoterapii.

Ho Po-wing
(Leslie Cheung ) i  Lai Yiu-fai  (Tony Leung) to para kochanków z Hongkongu,
rzuconych przez los, a może bardziej przez marzenia i pogonią za nimi, na
drugi koniec świata, do Buenos Aires (zabijając tęsknotę za ojczystą metropolią
bawią się czasem  wyobrażeniami o niej
stojącej dosłownie na głowie). Motorem napędowym ich karkołomnych życiowych poczynań
staje się nie tylko przemijająca namiętność, ale także przypadkowo zakupiona przez jednego z nich kiczowata lampka
nocna z widokiem baśniowego wodospadu Iguazu. Wyprawa marzeń nie okazuje się łatwa, a
mężczyźni dochodzą do wniosku, że czas zacząć wszystko od nowa. Bieda tylko w
tym, że każdy z nich inaczej rozumie zwrot „od nowa”. Dla jednego z nich
oznacza on odnowę ich związku, a dla drugiego początek życia od nowa każdego z
nich z osobna. Miłość nie jest równoznaczna bowiem z porozumieniem czy
zrozumieniem, a co najważniejsze, z czasem i związanym z nim przemijaniem nie
gwarantuje wiecznego natężenia emocji i napędu do życia. Wiadomo, wszystko co
się narodzi musi kiedyś umrzeć. Miłość nie stanowi w tym względzie wyjątku.
Można próbować ją regenerować, jak każdy silnik, i jak próbują to czynić
chińscy kochankowie na obczyźnie,  ale
wiemy, że żadna regeneracja nie zastąpi nówki. Czas robi swoje, a przemijanie
tego co najpiękniesze boli  tym
bardziej.

Takiego klimatu wszechogarniającego smutku i tęsknoty dawno w filmie nie
widziałam . Lars von Trier może się schować ze swoją „Melancholią”. I tym lepiej,
że wyprodukowano go tu między mężczyznami, bo to (chyba) oni skazani są bardziej
na samotność, to ich ciągle gdzieś gna, to oni wstydzą się mówić wprost o
swoich uczuciach i emocjach i przez to jeszcze bardziej cierpią, zabijając
poczucie osamotnienia i pragnienia miłości przypadkowymi i powierzchownymi związkami, albo romantyczno-męskimi
wędrówkami przed siebie, w poszukiwaniu nowych miejsc, nowych zajęć, pasji, nowych
związków (scena pożegnania w Yiu-Faia z nowopoznanym przyjacielem kucharzem, tuż przed
jego wędrówką na inny koniec świata – tym razem jest nim miasteczko Usuaia).

A może my wszyscy, tak jak mówił S. Lem w jednym ze swoich wywiadów już tak
mamy, że jako ludzie „różnimy się od innych naczelnych przede wszystkim tym, że
wiecznie dokądś zmierzamy i jesteśmy wiecznie niezaspokojeni. Człowiek jest już
tak skonstruowany, że nasze najwieksze szczęście jest zawsze między wyciągniętą
ręką a owocem z drzewa”. I z tym się zgadzam w 100%. Zawsze i wszędzie mówiiłam,
że wiekszą rozkoszą jest czekanie niż samo spełnienie ( w filmie mamy tego
dowod w scenie nad Iguazu). Być może mężczyźni bardziej odczuwają ów niepokój, a może nawet
w takim samym stopniu jak kobiety, tylko kobiety spętane narzuconą im /przez
mężczyzn, rzecz jasna :)/, rolą służebną, wiekowymi kulturowymi przypisaniami  do domu, męża,
dzieci ogniska domowego itd. itd., jeszcze do niedawna, nie śmiały,
bały się, nie czuły się godne, jako przyszłe i obecne, matki rodzicielki,  rościć sobie pretensji ku temu ludzkiemu prawu
poszukiwania nowych doznań, ciągle nowego mocno bijącego blasku (oryginalny
tytuł filmu brzmi podobno mniej więcej „krótki moment blasku”) życia. Wszelkie wyprawy wiążą
się z niewygodami, destabilizacją, niepokojem, ryzykiem, czasem cierpieniem, ale
jak się to ma proporcjonalnie do perspektywy radości  odkrywania  nowych, nieznanych bijących kuszącym blaskiem, obszarów – to już każdy musi sobie określic sobie sam.

A film polecam. Nie wszystkim. Głównie nałogowcom melancholikom, znajdą
tu, jak to u Kar Waia Wonga, sporo pożywki, za którą przepadają.
 


  • RSS