filmowo blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2011

Treść tego fillmu można ująć w kilku słowach – Babcia przyjechała w
odwiedziny do wnuka. Zważywszy, że wnuk stacjonuje w obozie wojennym na
terenie Czeczenii, czymni te odwiedziny wyjątkowymi, zarówno dla samej
babci, jaki i wnuka oraz jego wojskowych kompanów. Myliłby się ten, kto
by sądził, że babcia Aleksandra, podczas gdy wnuk udaje się na rózne
akcje wojenne, siedzi w tym czasie na pryczy i ceruje mu spodnie, albo
gotuje budyń na wieczór. Nic z tych rzeczy. Babcia chadza swoimi drogami
i poznaje smutną rzeczywistość, zarówno tej małej społeczności
rosyjskich żołnierzy, jak i tych, którym przyszło żyć pod ich okupacją,
czyli Czeczenów. ,
Zero wojennej rozwalanki, ale
za to mnóstwo refleksji, rzecz jasna niewesołych, jak to na wojnie. Na
pierwszy plan wysuwa się szara codzienna bida, jaką klepią rosyjscy
żołnierze. Byle jakie jedzenie, byle jakie zaplecze sanitarne, byle
jakie namiotowe izby mieszkalne, byle jaka broń i całe wyposażenie –
stare karabiny czyszczone używaną po dziesięciokroć oliwą, czołgi
zamykane na sznurki. Czy takiej armii można się bać? Pytając, utyskuje wnuczek
Denis, rozmawiając z babcią o swojej niekończącej się służbie.
No i z
drugiej strony, za bramą bazy, widzimy (dzięki babci, która udaje się
na samowolkę do pobliskiego czeczeńskiego miasta), podobne ogromne
ubóstwo miejscowej ludności – żyją w ruinach domów zniszczonych przez
Rosjan, piją i jedzą byle co (herbata ze słomy), nie mają ani środków
ani sił, by cokolwiek naprawiać, zresztą po co, skoro Rosjanie w każdej
chwili mogą to zniszczyć. Aż się prosi przysłowie „prowadził ślepy kulawego”….
Kompletny bezsens, widziany przez kobiety,
które w przeciwieństwie do wojujących mężczyzn, potrafią się do siebie
zbliżyć, ale czy na pewno jest to takie prawdziwe zbliżenie? Scena
wizyty babci w zrujnowanym mieszkaniu Czeczenki Maliki jest jedną z
najważniejszych i bardzo znamiennych dla filmu. Każda z kobiet skarży
się na swoje krzywdy i nieszczęścia, a Aleksandra szczególnie. Jakoś
brakuje jej empatii i współczucia dla kobiety, która straciła rodzinę.
Dla niej ważniejszy jest jej ból nóg i mąż pijak, którego zostawiła w
Rosji. Mam wrażenie, że Sokurow nie wierzy w porozumienie, zrozumienie,
jakiekolwiek zbliżenie, między tymi narodami, a szczególnie ze strony Rosjan.  Zresztą, kobiety
rozmawiając wcześniej na targu wymieniają fundamentalne różnice między
swoimi nacjami.
Piękna i wymowna też była scena, gdy młody Czeczen
odprowadza Aleksandrę do bramy bazy. Rosjanie cieszą się, że babcia ich
kolegi wróciła na miejsce cała i zdrowa, ale nikt, z nich, ani jeden
żołnierz, ani Aleksandra nawet, już się chłopakiem nie interesuje,
żadnego szacunku, słowa podziękowania za gest odprowadzenia – Czeczen
stoi chwilę samotny i odchodzi do siebie.
W tym filmie jest sporo
takich wiele mówiących symbolicznych scen przedstawiających obcość
między tymi narodami, jeśli pojawiają się jakieś przyjazne gesty, to są
one raczej grzecznościowe, naznaczone tradycją, zwyczajem, dobrym
wychowaniem.
Bardzo ciepło natomiast i wzruszająco były ukazane
wzajemne relacje między babcią Aleksandrą i rosyjskimi zołnierzami.
Świetnie się nawzajem rozumieli, byli dla siebie bardzo tolerancyjni i
wyrozumiali.  Mnóstwo kadrów ze zbliżeniami ich twarzy i oczu,
tęskniących za ciepłem i rozmową. Aż żal, że takich więzi, choćby w
kilku procentach, nie mogą nawiązać między sobą ludzie z odmiennych
nacji, mający przecież takie same ludzkie potrzeby względem uczuć i
emocji, a różniący się tylko, czy aż, pochodzeniem, kulturą i
zwyczajami.
Naprawdę, wyjątkowy film, inny, głęboki, mądry, bez
stereotypów właściwych temu gatunkowi, wojna bez krwi i śmierci na
ekranie, ale mimo to porusza bardzo. Tym bardziej, że reżyser, nie
opowiada się za żadną ze stron, stara się obiektywnie spojrzeć na racje
obu. A może trochę nawet wstydzi się za swych rodaków, którzy ciągle
kopią leżącego. Choć z pewnością, nie ma w filmie wyraźnych sygnałów ich
potępienia. Jest za to coś w rodzaju zazdrości o niektóre dobre
zwyczaje, jak na przykład tradycja szacunku i opieki nad ludźmi
starszymi, co prowadzi do braku takich smutnych instytucji jak domy
starców,
No i świetne aktorstwo, głównie Galiny Wiszniewskiej, ileż pokładów subtelności potrafiła ta kobieta, jako Aleksandra, wyzwolić z tych umorusanych, twardych, ruskich, wulgarnych na co dzień chłopców, bardzo to pokrzepiające,  zastanawiające, czy aż nie za bardzo. Może, może, w końcu nie ma to jak przy babci, szczególnie takiej, ktora nie marudzi „załóż ciepłą czapkę”, „włożyłeś ciepłe kalesony” albo „nie pij tyle”, a wręcz przeciwnie, wymknie się w nocy za płot bazy i wróci jak niepyszna odprowadzona przez ustanowionego politycznie wroga. :)

Idą święta, a wraz z nimi perspektywa wielkiego żarcia. Może więc kilka słów na temat filmu Marco Ferreri pod tymże tytułem – „Wielkie żarcie”? Proszę mi wybaczyć, że nie będzie jakoś bardzo wzniośle, jak na okres przedświąteczny przystało, ale przecież, człowiek, to nie tylko duch, ale także materia, od której stan ducha w bardzo dużym stopniu zależy.

I tak, jak wiemy, życie w sensie biologicznym, to odżywianie (połączone z wydalaniem) i spółkowanie. Kimże byłby człowiek, gdyby skupił się tylko na tych dwóch namiętnościach, nieodzownych dla przedłużania gatunku. Ano tym, czym, jak widzimy, stają się bohaterowie filmu – nieokiełznanym monstrum, umierającym bynajmniej nie z rozkoszy, na jaką być może liczą ci, ktorzy poddali się eksperymentowi konsumpcji.

Czterach zamożnych mężczyzn i zapewne szanowanych obywateli:  restaurator i kucharz Ugo (Tognazzi), pilot Marcello (Mastroianni), producent telewizyjny Michel (Piccoli), sędzia Philippe (Noiret) -  bohaterowie filmu noszą imiona aktorów -  postanawiają popełnić samobójstwo, oddając się orgii jedzenia, a przy okazji i seksu. Starają się przy tym, nie tracić nic ze swej elegancji, wpojonej im przez zacne zapewne wychowanie, podobnie zresztą jak i nauczycielka, która dołączyła do nich z ciekawości, albo może raczej z żądzy oddania się  utajonym pragnieniom. Wszyscy, na czas orgii, zamieszkują w obszernymi domu z ogrodem, a także co oczywiste, z dobrze wyposażoną kuchnią oraz obszernymi sypialniami, w których swą powinność mają czynić zaproszone prostytutki – kobiety, wyuzdane, lecz obdarzone instynktem przetrwania, które czym prędzej żegnają panów i oddalają się w siną dal. Na placu boju pozostaje więc ze strony żenskiej, tylko wspomniana nauczycielka. Jak się można domyśleć, z rękami pełnymi roboty. 
Posiłki przyrządzane są zgodnie z wszelkimi regułami sztuki kulinarnej, dania są bardzo estetyczne i wyszukane, nakrycia stołowe – bardzo gustowne, biesiadnicy zasiadają do posiłków ubrani bardzo starannie, wręcz wieczorowo. Panowie nie pozwalają sobie na jakąkolwiek bylejakość. Chcą umrzeć godnie i z honorem, aczkolwiek przyjemnie. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie ta fizjologia…
Film na pozór skandalizujący, a na pewno prowokujący do wielu przemyśleń na temat człowieczeństwa, dziś dodalibyśmy jeszcze – rozpasanego konsumpcjonizmu, zaniku duchowości, etc. Mimo pozornej dionizyjskości bardzo smutny i gorzki. Jeśli ktoś nie widział, naprawdę polecam. Smacznego! Oczywiście, także ostrzegam, nie zawsze to życzenie się spełni. :)

Jeszcze
nieprzeciętna polska rodzina. Ona, matka i pani domu (Agata Kulesza) -
bezkompromisowa bizneswoman, twarda, pewna siebie i nieprzejednana na obu
polach swej działalności. On, ojciec i pan domu (Krzysztof Pieczyński) -
wysokiej rangi urzędnik państwowy, starający się ze wszech sił o posadę w
ministerstwie, dobre, bogate pochodzenie – obszerny dom odziedziczył po
przodkach. Ono, o imieniu Dominik (Jakub Gierszał), dziecko obydwojga wcześniej
wspomnianych – zagubiony życiowo 19-latek, tuż przed maturą. Najprawdopodobniej
spłodzony z przypadku, albo „bo tak wypada”, lub w celu by „na starość miał kto podać szklankę wody”
. A skoro jest, trzeba mu zapewnić porządne
wykształcenie, porządne ubranie, porządną opiekę, oczywiście przez osoby obce,
bo my – rodzice mamy swoje ukochane kariery, a nasz syn jest po to, by spełnić
nasze oczekiwania. Pewnie go i nawet po swojemu kochają i, wg swoich kryteriów,
spełniają oczekiwania.  Niestety, darowane ciuchy, prywatny szofer, gosposia
Ukrainka nie dają chłopakowi poczucia pewności, własnej wartości, oparcia w
ciężkich chwilach. A takie właśnie dla Dominika nadeszły. Nie dosyć, że do
matury tylko 100 dni, to jeszcze okazuje się, iż być może ma skłonności
homoseksualne…  W każdym razie, na takiego go wykreowano na portalu społecznościowym.
Wydawałoby się, cóż wielkiego? Gejów ci u nas już dostatek, niedługo nikogo to
już nie będzie dziwić, a że się ludzie trochę pośmieją? Niech im będzie na
zdrowie. No, ale w ten sposób pomyśli tylko ktoś, kto ma już ukształtowaną
mocną osobowość i charakter. Dominik jest ciągle jeszcze rozchwiany, nie czuje się
ani dzieckiem, ani dorosłym. Nie znajdując zrozumienia dla swych problemów u
rodziców, którzy nie wyobrażają, że ich syn mógłby być gejem ( skoro oni już
mają zamiar swatać go z córeczką ministra), nie mając przyjaciół w szkole
(skoro punkt po skończonych lekcjach zajeżdża pod szkołę błyszcząca limuzyna i
odwozi go do domu, by mógł się pilnie przygotowwywać do matury), nie mając ich
na przysłowiowym podwórku (bo podwórek już dawno nie ma), Dominik zamyka się w
sobie i w swoim pokoju uruchamiając wcześniej internet. Przypadkowe kliknięcie
i wyskakuje ikonka „Sala samobójców”, a wraz z nią zaproszenie.
Dlaczego by nie skorzystać? Tym bardziej, gdy człowiek czuje się zgnojony,
wykluczony i sam?

Można przypuszczać,
że być może Komasa zainspirował się ociupinkę przy pisaniu scenariusza
holendersko- belgijskim filmem „Ben X”, traktującycm o uzależnieniu
od internetu i zacieraniu się granic między życiem wirtualnym a rzeczywistym. I
muszę przyznać, że „Sala samobójców” wcale nie jest gorsza od
„Bena X” (choć Ben X jest bardziej zwarty, może bardziej pomysłówy i
zaskakujący). Chłopaków z obu filmów różni pochodzenie – Dominik jest synem
bogatych, ale bardzo skupionych na sobie rodziców, natomiast Ben ma dobry
kontakt z matką, lecz niestety, jest dzieckiem lekko autystycznym. Obydwoje
mają podobne problemy w szkole, są wyautowanymi uczniami, Ben z powodu choroby,
Dominik ze względu na status rodziców (to fatalne podwożenie i odwożenie ze
szkoły do domu), także na pewne cechy osobowościowe, być może jest gejem, czyli
ma już dwa powody, by czuć sie innym. Oba filmy zmierzają ku podobnemu
finałowi. Oprócz tego, jak
czytałam w wywiadzie z Komasą, do pewnych sytuacji w scenariuszu zainspirowało
go samo życie, a dokładniej rozmowa zamieszczona w”Wysokich
Obcasach”  (też ją pamiętam) matki
dziewczyny, której niczego na pozór nie brakowało – spokojny, opiekuńczy dom,
uroda, inteligencja, kontakt z rówieśnikami, a jednak – pewnego poranka wyszła
z domu, by się zabić.

Kilka uwag formalnych w kierunku filmu.
Tak gdzieś do połowy nie można „Sali samobójców” wiele zarzucić.
Dobre tempo, cały czas coś się dzieje, trzyma w napięciu na maksimum.  Niestety, akcja zaczyna siadać, gdy Dominik
całkowicie pogrąża sie w internecie, żyje drugim, wirtualnym, życiem. Ta sekwencja
trąci zdecydowanie dłużyzną.  Wtedy też
Gierszał zaczyna trochę gorzej pracować, tak jakby był już zmęczony graniem na
jednej, płaczliwej, nucie. Poczułam wtedy znużenie, na szczęście końcówka znowu
podrywa nas na równe nogi. Kolorystyka filmu bardzo
charakterystyczna, świat blichtru mimo, że bogaty, tchnie jedną wielką
szarością. Domyślamy się, że chodzi o szarość mentalną. A świat gry, sala
samobójców, na odwrót, nęci i kusi, przyprawiając o mdłości, pod względem kiczu. Film zdecydowanie mógłby być krótszy o
20 minut, może 15, byłby jeszcze mocniejszy. Ale wiadomo, że najtrudniejsza
filmowa robota, to cięcia i pozbywanie się scen. Myślę, że przy następnym
filmie, Komasa będzie bardziej bezwzględny i obetnie to co trzeba.  Jest za to kilka scen bardzo dobrych,  krótkich, dowcipnych, soczystych, wiele
mówiących, i wnoszących sporo świeżości: 
pocałunek z rzeźbą w teatrze, natychmiastowe znikanie avatarów w grze
(końcówka film), rozmowa matki z psychiatrą (Kinga Preiss – taka mała rólka
Kingi, a jak cieszy), rozmowa rodziców z ordynatorem szpitala, no i oczywiście
walka judo, od której sie wszystko zaczęło (o „uroku” internetu).

Po części rozumiem, że tematyka filmu,
jego główny bohater, może być denerwująca dla młodych ludzi, którzy okres
dojrzewania emocjonalnego mają tuż poza sobą, albo przeszli go bezkonfliktowo,
albo mogą się wkurzać, na bohatera, bo sami tacy niedawno byli, ale nie można
odmówić z tego powodu filmowi jego atutów, że jest dobrze zrealizowanym obrazem
naszych czasów. Jest to tak na dobrą sprawę, film nie tylko o sali samobójców,
ale i o świecie samobójców w ogóle (patrz rodzice Dominika).  Ludzie wariują, tracą samokontrolę w
zaspokajaniu swoich ambicji, wszelakich: zawodowych, materialnych, własnej prezencji,  form wypoczynku, posiadania drugiego życia, i
nie chodzi tu o życie w grze komputerowej, lecz życie intymne itd. Pędzą na
zbity pysk w zdobywaniu pieniędzy, stanowisk, zaszczytów, gadżetów i kochanków.
Pędząc zapominają czym jest w rodzinie rozmowa, dotyk, wydają sobie tylko polecenia, zdają
krótkie relacje, jak minął dzień (najczęściej „bardzo dobrze”, żeby
nie było za dużo gadania) i tak na okrągło. W końcu zaślepieni, trafiają na
jakąś ścianę i giną, albo giną ich dzieci, w sensie dosłownym, albo przenośnym.

„Sala samobójców” wywołała
sporawe (jak na polski film) poruszenie. Reakcja niektórych ludzi jest dla mnie
świetnym polem do obserwacji pewnych postaw, które są tak charakterystyczne dla
młodego wieku. Wiele osób śmieje sie z Dominika, wyzywa od smarkaczy, który
zamiast cieszyć się życiem, zamyka się w domu i szlocha do ekranu, ma myśli
samobójcze. Reagują dokładnie tak jak robią to rodzice filmowego Dominika, a
wcześniej określają tychże rodziców jako kompletnych głupców. Wystarczy
pogratulować takim krytykom i życzyć im, by, dopóki nie zmądrzeją i nie nabędą pokory,  nigdy przenigdy nie płodzili, ani
nie adoptowali żadnych dzieci.

 


  • RSS