filmowo blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2011

Nie ma to jak film mistrza dokumentu, jednego z mistrzów dokładnie mówiąc, w tym przypadku Andrzeja Fidyka.
Ekipa
filmowa TVP zostaje zaproszona na uroczystości obchodów trzeciej
rocznicy śmierci Chomeiniego. Niestety, po przyjeździe okazuje się, że
są pewne trudności z wejściem na imprezy czy różne okolicznościowe
uroczystości i co za tym idzie z filmowaniem ich. Udaje się zrobić tylko
kilka ujęć zza ogrodzenia głównej nawy największej świątyni w mieście,
gdzie zgromadziło się tysiące wiernych, by oddać hołd i wyrazić swój
głeboki żal, a raczej ekstatyczną rozpacz, z powodu śmierci przywódcy.
Tak
więc, panowie filmowcy, prawdę mówiąc, nudzą się w hotelu i gorączkowo
główkują jaki by tu, i jakim sposobem (są na każdym kroku kontrolowani),
zrobić jakikolwiek materiał, aby wyjazd i taka wyjątkowa okazja jak pobyt w
Iranie, nie okazała się być bezowocną. Obserwując z okien pokoju
hotelowego na 8 piętrze ulicę Teheranu i pobliskie bloki wpadają na
pomysł, by utrwalić na taśmie codzienną krzątaninę jakiejś przeciętnej irańskiej
rodziny. Tym bardziej, że jej życie w dużej części koncentruje się na
dachach budynków, jesli oczywiście mamy na myśli rodziny żyjące na 
ostatnich piętrach. W ten sposób bohaterem filmu Fidyka zostaje
pięcioosobowa familia, mąż i żona oraz trójka ich małoletnich dzieci.
Gdy, dla urozmaicenia filmu, kamerzysta próbuje bezskutecznie zresztą, nawiązać z głową rodziny kontakt
na ulicy, tytułowy Staszek, dźwiękowiec, zapada w tym czasie w „sen”.
Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, bohaterem jego snu staje się
Irańczyk, którego życie Polacy upatrzyli sobie za cel swego filmu. A że w śnie wszystko jest możliwe, Irańczyk zwierza mu sie, że tak
naprawdę to nie jest Irańczykiem z krwi i kości. Jest Rosjaninem
przybyłym tu przed laty na kontrakt, budować elektrownię. W ZSRR
zostawił żonę, która zresztą namawiała go na ten wyjazd, i dwójkę
dzieci. Jego losy w Iranie tak się jakoś pokrętnie potoczyły, że obecnie
jest pełnoprawnym obywatelem tego kraju. Później Staszek przenosi się
do ZSRR, odwiedza wraz z filmowcami żonę bohatera filmu, ktora pozostała
samotna w Moskwie. Tym razem to z jej ust wysłuchuje historię swego
rozstania z mężem i jego zakotwiczenia sie w Iranie. Przy okazji
Rosjanka zabiera go na seans pewnego uzdrowiciela, który nawiedził
Moskwę. I tu zbliżamy się do clou filmu, przynajmniej moim zdaniem.
Jeśli kiedykolwiek przyszłoby nam na myśl podśmiechiwać się z
ekstatycznych religijnych uniesień muzułmanów, przypomnijmy sobie sceny z
seansów różnego rodzaju uzdrowicieli, szarlatanów, czy nawiedzonych
kaznodziejów. My, biali, nie jesteśmy lepsi. jesteśmy takimi samymi
ludźmi, tak samo podatnymi na manipulację, jak inni ludzie na świecie.
Rozpacz, zagubienie, ból nie tylko fizyczny, ale ogólnie ból istnienia, w
połączeniu ze ŚLEPĄ WIARĄ powoduje, że wszyscy jesteśmy w stanie wpaść
pod wpływem różnych zewnętrznych czynników działających na naszą
psychikę, w taką samą ekstazę czy trans.

Film kończy
przebudzenie się Staszka i radość z powrotu do rzeczywistości, a co za
tym idzie i do kraju, naszej ojczyzny, gdzie, jak „cieszy się” Staszek,
politycy, nie tak jak gdzie indziej, myślą tylko o obywatelach i o państwie,
kościół prowadzi swoje odrębne interesy, nie wtrąca się do polityki
państwowej, a jeśli zdarzają sie jakieś niesnaski między politykami,
wiadomo zgoda i jednopartyjność się skończyła, wtedy kościół delikatnie
wkracza i godzi skłóconych. :) :) :)
Ostrze ironii jest cienkie, ale sięga bardzo celnie i głeboko.

Jeśli
będziecie mieli okazję zobaczcie, co śniło się Staszkowi w Teherenie, w
roku 1992. Warto, jego sen ogląda się wyśmienicie, mimo, że przyśnił
mu się już 17 lat temu. Świetny pomysł na film z  kraju, gdzie
zaprasza się filmowców na herbatkę w hotelu.

Z opisu filmu podanym na filmwebie, wynika, że
„Bohaterką filmu jest kobieta, którą mąż porzuca dla młodszej, wskutek
czego  przeżywa ona załamanie nerwowe. Z
czasem jednak zaczyna na nowo odkrywać w sobie zmysłowość. „

 Powiem jedno, głupie są czasem to opisy filmów,
czy to na filmwebie, czy na innych portalach. Gdybym natrafiła wcześniej na
takie streszczenie filmu, na pewno nie wzięłabym go do ręki, bo by mnie
zemdliło od banału. Bo ten film wcale nie jest o załamaniu nerwowym z powodu
zdrady męża, choć po trosze też jest. Jest to przede wszystkim film o poczuciu
winy, jakie czasem nosimy w sobie, i jego destrukcyjnym wpływie nasze życie. A
bywa przecież czasem  tak, że aby
przetrwać, żyć, ocalić siebie musimy zrobić coś, co może kogoś zranić. Na
przykład dziecko kochane przez matkę chorobliwą zaborczą miłością, by nie
zostać zadławionym przez nią na śmierć, musi wynieść się z domu, mimo, że wie, iż taka decyzja, to
wyrok powolnej śmierci na tę matkę.  Ale
tak to już w życiu jest, że zazwyczaj nam ono samo licznik wyzerowuje i tak
naprawdę nie ma się co zadręczać latami poczuciem winy, czasem zupełnie
nieuzasadnionym.

Na film o życiu Pippy Lee trafiłam zupełnie
przypadkowo. W bibliotece. Nie wiem, czy u was też tak jest, że biblioteki
prowadzą darmowe wypożyczenie płyt dvd? Chyba już o tym kiedyś na blogu wspominałam. I to na cały tydzień, tak więc cała
rodzina, łącznie z żonami i teściowymi, które lubią opowieści w type melodramatów,  może sobie go spokojnie i godnie, na ekranie telewizora zobaczyć.  Zaczęłam więc sobie przeglądać szereg tych płytek i wyłowiłam tę
oto opowieść. Tytuł nic mi kompletnie nie mówił, za to zestaw aktorów w obsadzie,
owszem. Robin Wright – wiem, że ona nie bierze udziału w żadnej szmirze, jej
nazwisko było gwarantem, że film, może być udany. Poza tym, Winona Ryder, Keanu
Reeves, Monica Bellucci, Maria Bello, Julianne Moore, Alan Arkin. Czego chcieć
więcej? No i pani reżyser – Rebecca Miller, żona samego Daniela Day-Lewisa (
której już kiedyś widziałam usatysfakcjonowana „Balladę o Jacku i
Rose”).   I nie zawiodłam się. Film
jest całkiem niezły. Na pozór spokojna narracja, skrywa opowieść o niełatwym
życiu kobiety, która po burzliwej młodości, znalazła przystań u boku znanego
wydawcy, starszego od siebie mężczyzny, w którym się autentycznie, i z
wzajemnością,zakochała. Niestety, wody przystani, nie zawsze bywały spokojne.

W roli tytułowej wspomniana Robin Wright (była
żona Sena Penna) i Alan Arkin jako jej mąż. Pozostałe gwiazdy w mniejszych lub
większych epizodach, niektóre są wręcz doskonałe, np. Bellucci. A moim prywatnym odkryciem została młodziutka
Blake Lively, grająca Pippę nastolatkę. Bardzo ładna dziewczyna i wydaje mi
się, że dosyć utalentowana, będę to jeszcze musiała sprawdzić w jakimś innym
filmie.

Ogólnie film oceniam na 7/10. Być może nie każdemu
przypadnie do gustu ta dosyć refleksyjna narracja, ale urozmaicona jest kilkoma
prawdziwymi fajerwerkami, zapewniam!!! Na pewno daje materiał do przemyśleń, no i te
perełki, jakimi są gwiazdorskie epizody. Jest to obraz kawałka życia,  który na pewno zapamiętam na dłużej. Producentem
jego jest Brad Pitt.  Czyżby w decyzji
produkcji filmy o poczuciu winy miały wpływ wspomnienia aktora co do
Jennifer Aniston?

Patrząc na
ostatnie produkcje kinematografii polskiej, o debiucie fabularnym Pawła
Borowskiego można rzec, że wbrew tytułowi, „Zero” to zupełnie przyzwoity film, a nawet bardzo przyzwoity, choć opowiada
o nie do końca przyzwoitym życiu. Mnóstwo wątków, postaci,  z których jedne splatają się ze sobą, jedne
się tylko mijają. Bardzo mi się to podobało – samo życie, które jest niczym
innym jak właśnie taką plątaniną ścieżek, którymi podążają zajęci sobą ludzie.
Wielkie miasto, jakieś, w którym samochody mają tablice rejestracyjne
zaczynające się od trzech liter: DOE, tak jak w amerykańskiej nomenklaturze
kryminalnej oznacza się niezidentyfikowanego denata. I o to chodzi, żeby sobie
głowy nie zawracać lokalizacją miasta, bo po co? Każde duże miasto to jedno i
to samo ( mozna w nim znaleźć przekrój moralno-etycznych problemów ludzi z wielu środowisk). W środku przeszklone wieżowce, w nich ekskluzywne apartamenty,
korporacje, biura, mieszkania jakby wyjęte wprost z katalogów. A w nich
„gnój” – seks pozamałżeński, seks płatny, seks przygodny, a nawet
porno-seks. A poza śródmieściem, w małych ubogich mieszkankach, obskurnych
hotelikach,  seksu zazwyczaj brak, tu nie
ma nadwyżek energii, tu się myśli głównie o pieniądzach, ale nie na co je
wydać, a jak je zarobić. A wszędzie za mało miłości. Albo inaczej, miłość gdzieś jest, głęboko ukryta, pod skorupą trosk, zmartwień, urojonych uczuć, własnych zahamowań itd.

Na
szczęście, jak to mówią Hindusi, najpiękniejsze kwiaty rosną na gnoju,
i w tym filmie mamy tego dowód – fałszywi elektrycy okazują się prawymi
obywatelami i, ryzykując życie, zgłaszają policji fakt ohydnego przestępstwa, a
obrzydliwie bogaty i zajęty prezes w końcu odkrywa prawdziwą wartość życia, i
nie jest to wartość pieniądza itd. Każdy człowiek otrzymuje tu szansę, by
wyzerować swój licznik i spróbować zacząć żyć od nowa. Inna sprawa, czy każdy
chce z tego skorzystać. I czy to się może w ogóle udać, takie życie od nowa. Wspaniałe, jakże optymistyczne
przesłanie i jak niebanalnie przekazane.

Podczas filmu miałam także skojarzenie
ze znaną myślą, i jakże wszędzie eksploatowaną, ale niekoniecznie wdrażaną w
życie, księdza Twardowskiego: „Spieszcie się kochać ludzi, tak szybko
odchodzą” – film bardzo dobitnie, wieloma scenami ukazuje kruchość
ludzkiego życia i rolę przypadku, czy zbiegu okoliczności, ktoś inny powie
„ręki boskiej” w jego ocaleniu, bądź nie. 

Warto zauważyć, że reżyser, będący
jednocześnie autorem scenariusza, każdego z bohaterów filmu pokazał w taki mistrzowski
sposób, że na podstawie kilkuminutowego ich wystąpienia, widz otrzymuje jego portret. Orientuje się jakimi są ludźmi, domysla się ich statusu społecznego, poznaje
ich psychikę i problemy moralne. Wielkie brawa także dla polskich aktorów, że
potrafili w takich krótkich  scenkach
zawrzeć tyle wiarygodnych danych o czlowieku. ktorego przyszło im odtwarzać. To dzięki aktorom przejmujemy
się losem ich bohatera, a z każdego poszczegolnego wątku można by zrobić
kolejny film, by zaspokoić ciekawość widza, co z nim dalej? Na przykład, co się
stało z matką i ojcem młodego barmana ( Rafał Mohr) – jak dla mnie to jeden z
najtragiczniejszych losów ukazanych w filmie. Zresztą, los (tragiczny) każdej
postaci został tak dobitnie nakreślony, że nie sposób nie myśleć o niej jeszcze
długo po filmie i zacząć snuć swoje domysły na temat jego kontynuacji. Mnóstwo
pytań, najlepszy dowód, że film jest bardzo dobry. I z powodzeniem, można by
nakręcić „Zero -dwa”.

Wielu malkontentów narzeka, że film
przypomina kilka innych zachodnich produkcji, typu „Na skróty”, czy
„Amores Perros”. Pewnie, że przypomina, kompozycją, ale co z tego,
skoro, ogląda się go z wielkiem przejęciem i napięciem, no i refleksją.
Mam tylko
jeden zarzut, od strony technicznej, mianowicie – dźwięk. Nie zawsze na tym
samym poziomie głośności, czasem nie słychać dokładnie dialogów. A myślałam, że ta
realizacyjna bolączka polskiego kina odeszła już w niesławetną przeszłość. I muzyka,
Adama Burzyńskiego, choć świetna, to miejscami jednak zbyt nachalna, za
głośna, za agresywna, zaczyna w drugiej połowie filmu męczyć, a nawet nudzić.

Poza tym
bomba!

 


  • RSS