filmowo blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2011

O tym filmie nie dowiedziałabym się, bo i skąd, gdyby nie
moje wędrówki po forach filmowych, o ktorych już tu wcześniej wspominałam.
„Angst” to skromny realizacyjnie film, powstały 28 lat temu (przy
współpracy Austrii i RFN),  jako pierwszy
i ostatni (przynajmniej narazie) film fabularny Geralda Kargla, przy sporym
współudziale znanego filmowca z Polski rodem – Zbigniewa Rybczyńskiego, współautora scenariusza
i autora rewelacyjnych zdjęć.

„Angst” ukazuje jeden dzień i jedną noc z życia mordercy,
który wyszedł na wolność po odbyciu wieloletniej kary za zabójstwo starszej
kobiety. Niestety, bohater jest psychopatą, którego chore emocje napędzane są
przez strach, upokorzenie, jakich doznawał od najwcześniejszego dzieciństwa.  Zafiksowany na te jedyne uczucia, przez dręczącą
go matkę, babkę, siostrę i ojczyma, niczym zaszczutego zwierzę, nawet wiele lat
po swych traumatycznych przeżyciach, będąc sam, z daleka od swych dręczycieli,
nie umie żyć na wolności, bez doznań jakich doświadczał będąc dzieckiem.  Lęk, nienawiść i ból,  który pokochał zadawać są jego przewodnikami  po życiu.

I cóż, porabia filmowy bezimienny psychopata, gdy zamykają
się za nim  więzienne bramy? Wyposzczony
przez lata odsiadki zaczyna poszukiwać ofiary, dzięki której osiągnie swe
spełnienie.  Jego mózg nie kala się jakimś
racjonalnym myśleniem. Mężczyzna kierowany impulsem, niczym zwierz, zaczyna węszyć
w poszukiwaniu żeru, ofiary.  Trafia na postój
taksówek,  wsiada do pierwszej, bo
przecież, nie może mordować pod samym więzieniem. Ku jego uciesze kierowcą
okazuje się być blondynka w średnim wieku. Prosi więc o kurs w stronę lasu… I
nie czekając na stosowną chwilę, niemal od razu, zabiera się do mordowania.
Żadnej logiki, planowania. Ale kobieta biznesu nie w ciemię bita, wypędza go z
samochodu.  Psychopata jak oszalały
biegnie przed siebie, na oślep, przez las. Zatrzymuje się w jakiejś
miejscowości i tu trafia na idealne miejsce dla siebie, zalęknionego tchórza
który bedzie mógł się znowu po swojemu zrealizować i zadać ból osobom niewinnym
i słabym, takim jakim on był kiedyś, gdy go dręczono.

KLAUSTROFOBIA – oto słowo, które najtrafniej charakteryzuje
atmosferę tego filmu. Już pierwsze kadry budują klimat zamknięcia, kiedy to, niczym
ptak, krążymy nad  dachami zabudowań
jakiegoś niedużego miasta.  Powoli
zjeżdżamy, wraz z kamerą, na dziedziniec więzienia,  z niego przenosimy sie do małej pojedynczej
celi, a z niej do umysłu mordercy, który to umysł jest dla niego
najokrutniejszym  więzieniem, nie
pozwalającym oderwać się raz na zawsze od przeszłości i zamkniętym w niej
ego.  Dlatego kara odizolowania nie jest
żadną karą, żadną resocjalizacją, dopóki jego umysł nie uwolni się od
natrętnych myśli. Odizolowanie jest konieczne tylko i wyłacznie w celu ochrony
społeczeństwa przed takimi jednostkami.  Wiele przecież ludzi jest niekochanych w
dzieciństwie, poniewieranych, tułających się po róznych kątach, które mają
udawać dom, ale nie wszyscy przecież zostają mordercami, mszczącymi się za swój
podły los. Tylko ktoś chory psychicznie, skupiony wyłącznie na sobie,  nie może znaleźć wyjścia z pułapki wiecznego
poczucia krzywdy i chęci irracjonalnej zemsty.

Na końcu filmu pada ciekawe zdanie, gdy z offu słyszymy
wyrok i jego uzasadnienie, padają słowa o genezie niesamowitej agresji
psychopaty. Niestety, trudne dzieciństwo nie stanowi usprawiedliwienia i,
jak mówi sędzia, skazany sam ponosi odpowiedzialność za swoje czyny. Niestety,
przyszło mu dźwigać, na swoich plecach bagaż odpowiedzialności, którzy powinni
ponieść jego rodzice.  Nie jest to na
pewno sprawiedliwe, on sam jest ofiarą swej słabej psychiki, a ma ją słabą, bo
był niekochany i tak w koło… Smutne i przerażające jednocześnie… No i rodzi się, w związku z tym,  jedna podstawowa życiowa refleksja – przez
głupotę i brak odpowiedzialności jednych (w tym konkretnym filmowym przypadku rodzice, ale także
sąd),  giną albo mają zmarnowane życie
inni. A mówi się, a wręcz trąbi wokół,  że dzieci to największy skarb.

Film nie piękny, bo nie ma tu ani jednego jasnego akcentu,
jakiejś nadziei, odrobiny człowieczeństwa jaką moglibyśmy znaleźć w tym osobniku.  Jest to człowiek stracony, tym bardziej, że nie skierowany na leczenie,
a na długoletnie więzienie. Jednym słowem, oglądając „Angst” nie
posilimy się nawet minimalną dawką optymizmu, wiary w  człowieka. Ale  można po niego sięgnąć, bo jest ciekawy
(wniknięcie do umysłu psychopaty) i świetnie zrealizowany. Trzyma porządnie w
napięciu, a przynajmniej na samym początku Z czasem, gdy jesteśmy świadkami
monstrualnie narastającego szaleństwa mordercy, ocieramy się już wręcz o
groteskę, o zabarwieniu horrorystycznym , a nawet parodystycznym.

Na zakończenie, warto wspomnieć o niesamowitej kreacji Edwina
Ledera, znanego niektórym z postaci maszynisty z „Okrętu”. Ja
widziałam go po raz pierwszy. Rola bardzo trudna, jak wiadomo, łatwo ją można
było przeszarżować i zamiast z groźnej, przerażającej uczynić ją śmieszną. Jemu
się udało, dobrze zagrał człowieka skazanego za życia na śmierć i zadawanie śmierci, bez żadnego sentymentalizmu, nadmiernego wzbudzania litości,  poznajemy jego historię, chcemy jego izolacji, żałujemy, że nie chce się go leczyć, jednocześnie wątpiąc i bojąc się, czy jest to możliwe?

No i muzyka  Klausa
Schulza, wspaniała, wcale nie agresywna, wręcz przeciwnie, bardzo subtelnie uzupełniająca obraz i przeżycia bohatera, tak jakby
chciała nieco ułagodzić jego skołatany umysł, a także nie zmęczyć, nie
nadwyrężyć wytrzymałości widza.
Obraz dopełniają zdjęcia Zbigniewa Rybczyńskiego. Jakże dobitnie ilustrują i
pogłębiają przerażenie, strach, klaustrofobię – omiatające przestrzeń wokół
bohatera, goniące jakby za nim i z nim, za ofiarami, za jego chorymi myślami.
Takie ogólne wrażenie rozedrgania dają. Film jest przykładem, że można zrobić
niedrogo całkiem przyzwoity psychologiczny horror, wystarczy
tylko, bagatela, umieć.

 

Dwie pierwsze części Trylogii o Apu, „Droga do miasta”
i „Nieugięty” (3 to „Świat Apu”) ,  w reżyserii
hinduskiego reżysera Satyajita Ray’a,  poznałam dzięki bywaniu na forach
filmowych i rekomendacji jednego z użytkowników.   No, i dzięk i TVP Kultura, która od czasu do
czasu raczy nas jakimiś specjałami z światowej kuchni filmowej, często tej
klasycznej nigdzie dla przecietnego widza, nie osiągalnej.  Zasiadłam sobie zupełnie nieobowiązująco
przed telewizorem wczorajszego popołudnia, nie wierząc, że dam radę przez blisko
4 godziny  wytrzymać w jednej pozycji. Na
wszelki wypadek, mam zawsze  pod ręką nagrywarkę,
z której często korzystam. A tu się okazało, że oczu nie mogłam oderwać
od obrazu Indii sprzed ponad pół wieku. Ale nie tylko Indii, także od portretu
tej wiejskiej bengalskiej rodziny, której życie śledzimy przez ponad 20 lat A
nie jest to taka sobie zwykła rodzina wieśniacza. Jej głowa, czyli ojciec
tytułowego Apu, jest braminem,  umie
czytać  i pisać,  marzy nawet by zostać sławnym pisarzem sztuk
dla wędrownych trup teatralnych. 
Niestety, wraz z małżonką, wskutek różnych długów rodzinnych, jak i
zbyt małej zaradności życiowej pana domu, należą do najuboższych mieszkańców wioski. Wioska, w której urodził się Apu i
spędził dzieciństwo, wraz ze swoją starszą siostrą Durgą, leży niedaleko od
torów kolejowych, wiodących wprost do Kalkuty. 
Kolej żelazna, podobnie  jak w
przypadku urbanizacji Indii (do dnia dzisiejszego jest naważniejszym środkiem
lokomocji),  będzie miała tak samo duże znaczenie w kształtowaniu marzeń i przyszłości
Apu.  Od małego spogląda na nią tęsknym
wzrokiem, jakby przeczuwając, że uniesie go w daleki świat.  Rodzice starają się jak mogą, aby dać
wykształcenie swojemu synowi (o córkę nie dba się w tym zakresie – ona ma już przyszłość ustaloną – pójdzie w ślady swej matki), posyłają go do szkoły, chłopiec uczy się także
angielskiego. W ogóle jest zafascynowany nauką,  zdobyczami technicznymi,  ale interesuje go , tak jak jego rodziców,
także sztuka, no i nauki humanistyczne.  

Trylogia
Apu  nazywana jest  przez niektórych trylogią śmierci. A to dlatego, gdyż, punkty
zwrotne w historii i tej rodziny stanowią śmierci. Tak to często bywa w życiu, że śmierć niesie ze sobą odrodzenie. Od/rodzenie w wielkim bólu i rozpaczy po
śmierci bliskiej osoby. W filmie,  najpierw odchodzi Durga siostra Apu. Rodzina przenosi się do
miasta nad Gangesem, ich byt ulega nieznacznej poprawie. Później umiera ojciec – matka z Apu
przenosżą się znowu na wieś, pomaga im bogatsza rodzina, a na końcu umiera
matka – Apu podejmuje stanowczą decyzję o zamieszkaniu na stałe w Kalkucie, gdzie wcześniej przyjechał na studia.  Jednym słowem historia jakich wiele na całym
świecie – wszyscy  jesteśmy ze wsi,  niektórzy, a właśćiwie większość,  w celu zdobycia wiedzy, pracy, polepszenia
bytu przenoszą się do miast i tam już zostają.

Te dwa filmy są piękną 
ilustracją znanego powiedzenia „panta rhei”, wszystko płynie,
jest w ruchu, świat ulega zmianom, wszystko…. tylko miłość matki jest
niezmienna. Na tle portretu przeobrażających się Indii mamy, oprócz
portretu Apu,  także portret jego
matki, kobiety która w samotności, mimo że w rodzinie i będąc jej opoką,
przetrwała wszystkie burze jakie nawiedzały jej dom. Zawsze skromna, cicha,
oddana mężowi i dzieciom, wyrozumiała, otwarta na ich potrzeby, ale niestety,
żyjąca w ciągłym oczekiwaniu na ich powrót.  I zdająca sobie już wtedy sprawę, z niesprawiedliwości  losu, jaki ją dotyka, lecz godząca się z
takim stanem rzeczy, iż męską rzeczą jest wyjeżdżać, a kobiecą wiecznie czekać.

Tak się zastanawiałam, dlaczego ten film ciągle urzeka
współczesnych widzów. Może dlatego, że oglądając go,  musimy się zatrzymać, dać sobie czas i spokój,
by móc  chłonąć atmosferę tamtych czasów, gdy
dni płynęły wolno i tylko na czynnościach zaspokajających głód i pozostałe
najważniejsze potrzeby egzystencjalne rodziny.  Gdy się tak wyciszymy, możemy  poczuć, te wszystkie podstawowe  emocje ludzkie, jakimi żyją tamci bohaterowie,
mieszkańcy jednej z bengalskich wiosek, ktore nie są również obce nam.  Odczuwamy je, 
nie dzięki  wykrzykiwanym
słowom,  wyrzucanymz szybkoscią
karabinu maszynowego dialogom, czy monologom. 
Nie – słowa są tu oszczędne, ale dzięki temu mamy  czas i spokój, by wniknąć w twarze bohaterów,
w wyraz ich oczu, kształt ukladających się w grymas czy uśmiech ust i już
wiemy, czujemy prawie na własnej skórze, jak, na przykład, bardzo cierpi matka,
gdy sąsiadki obrzuca niewyszukanymi epitetami jej dzieci, albo jak strasznie
niepotrzebna czuje się stara ciotka, jedyna przedstawicielka swego pokolenia na
wsi. A propos – piękny jest motyw ze starą ciotką i jej relacji z małą Durgą,
która tak bardzo troszczy się o staruszkę, i jakże odmiennych relacji z matką
Durgi i Apu, która zmęczona troskami, nie ma tyle cierpliwości ani serca dla
starej kobiety.  Film ciągle przypomina,
że życie ma swoje nieubłagane prawa, którym chcąc nie chcąc musimy sie poddać,
a wcześniej z nimi się pogodzić. Także takie, że dzieci nie rodzimy, ani nie wychowujemy dla siebie.

Do urody filmu, oprócz bardzo prostej, niewyszukanej, ale jakże każdemu
bliskiej treści, dokłada się w ogromnym stopniu uroda czarno-białych zdjęć i pejzażu samych
Indii – te ich przepiękne wielusetletnie a może i wielotysiącletniedrzewa ! +
specyfika zabudowań , ale przede wszystkim muzyka Ravi Shankara, która jest
odrębnym bohaterem filmu. Ona nie jest tylko tłem, uzupełnieniem, ona JEST,
istnieje,  w trzasku pocieranych zapałek,
w krzyku matki po śmierci dziecka, w oczekiwaniu dzieci na wędrownego handlarza
słodyczami, w opowieści innego handlarza o cudownej maści na wszytko etc.
Jednym słowem – piekny film. Polecam jako podróż nie tylko w przeszłość Indii,
także jako podróż i refleksję nad swoją przeszłością, przodkami, dzięki którym
jesteśmy kim jesteśmy.

 

 


  • RSS