filmowo blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2010

Odchodząc pomaleńku od działalności
forumowej, postanawiając skupić materializowanie przymusu pisania o filmach (na
szczęście nie wszystkich), które widziałam) głównie na blogach (niniejszym oraz www.baba-o-filmach.blog.p)) nawiążę do filmu produkcji francuskiej pod tym samym tytułem (oryg.
„Partir”).

Małżeństwo ok.37-40 lat,  on (Samuel) lekarz, ona (Susan)
 niepracująca zawodowo przez kilkanaście
lat fizjoterapeutka. Mają dwójkę nastoletnich dzieci, dla których wychowania  oraz podmaszczania na co dzień pracującemu i
dobrze zarabiającemu mężowi  ona
zrezygnowała ze swej pracy. Celowo nie piszę „poświęciła się”,
„poświęciła karierę zawodową dla dzieci „, bo to byłoby nie fair
wobec dzieci. Skoro zostały powołane na świat bez swej woli, rodzice mają
obowiązek, by je karmić, wychować, wyuczyć przez początkowe kilkanaście lat ich
życia. A że kobieta porzuciła pracę w tym celu – widać tak chciała. W każdym
razie, Susan czuje, że dzieci są już na tyle duże i samodzielne, że może już
teraz zająć się pracą, dla satysfakcji 
ale i dla pieniedzy, bo mąż raczej należy do oszczędnych. I to z tej jego
oszczę
dności bierze się pośrednio dramat jaki go czeka. Facet żałuje
kasy na remont gabinetu przeznaczonego na praktykę zawodową małżonki, zwalnia
robotników, pozostawiając tylko jednego – Ivana. A roboty pozostał jeszcze huk,
między innymi  mnóstwo ciężkich gratów do
wynoszenia. Susan nie mogła pozostać obojętna wobec tak przytłaczających
ciężarów, jakie spadły na niewątłe barki Ivana – postanowiła mu pomóc.  No i się zaczęło. Szalony romans gospodyni z przystojnym
 robotnikiem budowlanym. Ech,  czy jest tak, że jakaś kobieta, a już tym bardziej gospodyni domowa, wykształcenie
nie gra roli, która by nie marzyła o takim incydencie w swoim życiu? Susan się
udało! Co to był za romans! Niestety, nie skończył się ślubem,  ani żadnym  happy endem  i to z bardzo prozaicznego powodu  -  pan
domu, pan i władca, zablokował swej małżonce konto bankowe. Kobieta pozostała
bez środków do życia. A jej kochanka,  za
poleceniem męża, wyrzucono z pracy. Zakochani próbowali sobie radzić na różne
sposoby, żeby tylko mogli mieszkać razem, niestety, mąż jako osoba
ustosunkowana w miasteczku, zawsze był górą, pod każdym względem.  Nie zdawał sobie sprawy, biedaczek, że
kobieta żyjąca pod presją, a w dodatku zakochana kobieta, może być zdolna do
niebezpiecznych niespodzianek.

To tyle na temat treści. Oceniając film, powiem, że nie jest
to z pewnością wielkie dzieło na miarę Anny Kareniny , na przykład. Ale w
wolnej chwili można zerknąć. Kristin Scott Thomas jako Susanne ma bardzo duży
wkład we  wzmocnieniu tego filmu, jej
filmowy mąż, czyli Yvan Attal (bardzo dobry francuski aktor, mąż Charlotty
Gainsburg) również. Najsłabiej może w tym trójkącie prezentuje się jego trzeci e
ramię – hiszpański (robotnik jest emigrantem)  kochanek, grany przez Sergi Lopeza. Ale
podejrzewam, że on miał być taki trochę niemrawy w tym romansie. Chodziło o
pokazanie głownie namiętności kobiety, wzmocnionej przez ową presję,
jakiej  zostaje kobieta – żona  poddawana, żyjąc ileś lat na koszt męża. Na
koszt takiego męża, jakim jest Samuel, który w sposób niegodny prawdziwego
(honorowego) mężczyzny wykorzystuję swą  materialną i statusową przewagę, przywiązując
na siłę i wbrew jej woli niekochającą już żonę do siebie.  Samuel traktuje żonę jak własność. Wcześniej
może nawet nie miała okazji się o tym przekonać. Póki była cichą i pokornego
serca, poslusznie i bez zgrzytów wykonującą swe posługi domowe i małżeńskie,
było ok.  Najsmutniejsze jest to, że  nie możemy być pewni, czy Samuel wszystkie
niegodne postępki, by zatrzymać żonę w domu, uczynił z powodu jego miłośći
do żony, czy raczej z powodu urażonej dumy 
właściciela, któremu ukradziono drogocenną własność.  Tak, 
czy tak, przykro, bo finał tej historii mógł być zupełnie inny. Namietności
wszak tak jak szybko przychodzą, tak samo szybko odchodzą. A jeśliby nawet  ta prawda nie sprawdziła się tym razem,
to trudno, lepiej mieć żonę przyjaciółkę, niż żonę wroga.

A ileż to kobiet, słyszy od swoich rzekomo kochających je
mężów „jeśli mnie zdradzisz, to cię, albo was (tzn. żonę i kochanka)
zabiję”. Mam pytanie, kogo  bardziej kocha
mąż wypowiadający te groźby – żonę czy siebie?

T. Solondz Jest reżyserem
wyjątkowym, bezkompromisowym w ukazywaniu ciemnych stron
życia, intrygującym, na pewno pozostawiającym po sobie ślad, i to bardzo
charakterystyczny. Jego filmy mogą budzić skrajne uczucia – od uwielbienia do obrzydzenia.
Po
„Happiness”, i „Opowiadaniu” z niecierpliwością czekałam na moment, kiedy zdobędę
„Palindromy”. No i udało się.
Ten film jest zdecydowanie bardziej
zagmatwany w konstrukcji, trudniejszy w odbiorze i interpretacji,
wymagający więcej uwagi i czasu na refleksje.
Scenariusz, ktorego głónym tematem jest aborcja, nie jest prosty, budowa, pomysły na bohaterów takie, że można się czasem pogubić. Ale,gdyby to był taki sobie grzeczny filmik z
problemem aborcji w roli głównej, z pewnością wyszedł by kolejny banał,
wyświetlany ochoczo na lekcjach religii. A tak – zastanawiamy się jakie,
i czy w ogóle, jednoznaczne stanowisko zajmuje Solondz w tym temacie.
Bo czyż w ogóle może być ono takie? Może życie człowieka jest zbyt
skomplikowane, zbyt zaskakujące i nieprzewidywalne, aby można je było
ująć w zimne ramy przepisów, paragrafów i przykazań.

Dlaczego
Aviva, dziewczynka o imieniu palindromie, przybiera w filmie rózne
postaci? Od małej, z lekka niedorozwiniętej, Murzynki do dorosłej
inteligentnej białej kobiety? Może dlatego, że każda kobieta, bez wyjątku – biała, czarna, gruba, chuda, zdrowa, chora jest genetycznie zaprogramowana na macierzyństwo, co widać i czuć już od ich najmłodszych lat.
Dziewczynki od malego marzą o byciu matką. Ich pierwsze zabawy to markowanie jej czynności. Kołyszą do snu swoje lalki,
przewijają, tulą do piersi, gdy „płaczą”, chodzą z nimi do doktora itp.
Później dziewczynki dorastają i pod wpływem różnych okoliczności ich
instynkt macierzyński jest wypierany na dalszy plan, czasem zabijany.
W
tym momencie przychodzi mi na myśl postać pedofila, przekazującego w
rozmowie z jedną z „Aviv”, tą najbardziej świadomą i obolałą (J. Jason
Leigh) całą kwintesencję filmu o naszym /genetycznym/ zaprogramowaniu i
niemożnosci wskórania niczego przeciw temu, na co jesteśmy skazani
wskutek owego nas zafiksowania. Jesteśmy jak tytułowe palindromy,
brzmiące tak samo, niezmiennie, zarówno od początku, jak i od końca (życia?)
Poza
tym, pedofil oświadcza z „rozbrajajacą” szczerościa, że bardzo kocha
dzieci. Toż to zupełnie tak samo, jak kiedyś te małe dziewczynki,
później duże dziewczyny, młode kobiety, córki, ich matki, ojcowie,
narzeczeni itd. Wszyscy przecież kochają dzieci! Co wielu nie
przeszkadza te dzieci zabijać, albo… marnować im życie, skazywać je na
kalectwo, tak fizyczne jak i psychiczne. Dlaczego, jeśli dobijamy się o
karę dla pedofili, zabijających dzieci, dosłownie, czy w przenośni – ich niewinność i marzenia o
miłości, nie żądać jej dla tych, którzy zabijają dzieci w łonie matek,
także tych bardzo młodych, robiąc tym samym zamach na instynkt
macierzyński, ich niewinność i marzenia o matczynej miłości?

Ale
Solondz, mimo wszystko, nie chce być sędzią w sprawie. Jako kontrapunkt
szczytnych przeciwaborcyjnych idei, przedstawia widzowi szkołę i dom
Mamy Sunshine. Kobiety głęboko wierzącej w …. swoją szlachetność, że
robi świetną rzecz dla dobra osieroconych kalekich dzieci, stwarzając im
złudny raj na ziemi pod sztandarem Jezusa Chrystusa. Ułomne dzieci,
sztucznie karmione poczuciem szczęścia, tańczące i śpiewające w rytm
religijnej pieśni jakoś nie przekonują o autentyczności ich radości
życia. Może odczuwają brak rodzonych matek, które nie dokonały aborcji z
pobudek religijnych, ale nie czując się matkami z takich czy innych
powodów oddały swoje brzydkie kaczątka pod opiekę kościoła.

Zastanawiała
mnie jeszcze jedna rzecz w tym filmie, a mianowicie – seks, pozbawiony
kompletnie znamion namiętności i miłości. Seks w Palindromach jest
automatyczny, niczym kłopotliwa powinność rodzaju ludzkiego, którą
trzeba wypełniać, w celach rozrodczych, tak jak każe kościół.
Przerażający
i smutny jest świat u Solondza, nakazy i zakazy, a pomiędzy nimi
tłamszone ludzkie popędy. Na uczucia spuszczono tu zasłonę milczenia.
Odpowiada
mi trzeźwe podejście do świata i życia bez owijania w bawełnę (co nie
musi koniecznie oznaczać, że takowe posiadam), pogodzenia sie z jego
blaskami i cieniami, nieukrywanie faktu,że tych drugich jest zdecdowanie
więcej, a jednocześnie umiejętność radzenia sobie z taką świadomością.
Dlatego też podoba mi się Todd Solondz i jego filmy.


  • RSS