filmowo blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2010

Film z okazji święta górników i ich patronki – Barbary. Oryginalny
pomysł, na pokazanie w nietypowy sposób braci górniczej, tym razem na
galowo i od strony pielęgnowanych przez nich zwyczajów i tradycji.
Dyrekcja pewnej kopalni zaprasza na obchody Barbórki popularnego aktora
serialowego – Jakuba (Marcin Dorociński), który kompletnie nie wie (i nie ma
na to ochoty), jak się odnaleźć w roli chałturnika, jaka mu przypadła z
powodu braku innych propozycji filmowych. Popełnia on wiele błędów,
niezręczności, co wytyka mu bezlitośnie Basia, solenizantka, która
pracuje na kopalni. Basia jest wielbicielką Jakuba, bardzo przeżywa
wizytę aktora, tym bardziej, że jest oddelegowana do „komitetu
powitalnego” ekipy z Warszawy . Niestety, postawa jej idola bardzo ją
rozczarowuje. Aktor nie ukrywa swego znudzenia, rozdrażnienia, że musi
odwalać tak niewdzięczną robotę. Tym bardziej, że górnicy, co rusz,
płatają im jakiegoś psikusa, usprawiedliwiając się górniczą tradycją.
Jakub nie może się odnaleźć w środowisku prostych ludzi ciężkiej
pracy, lecz znających swą wartość i nie dającym sobie wcisnąć żadnej
ciemnoty. Dochodzi do konfrontacji Basi i Jakuba, podczas której
dziewczyna nie żaluje mu słów gorzkiej prawdy o tym, jak bardzo się na
nim zawiodła. Ta szczera lecz ostra rozmowa z dziewczyną oraz
niefortunny początek występu na akademii górniczej sprawiają, że idol kobiet zaczyna inaczej patrzeć swoje życie i co ważne –
zauważać i rozumieć ludzi wokół siebie. Porzuca stereotypy myślowe na
temat górników czy zwyczajnych niepozornych dziewczyn. Między znanym i
przystojnym aktorem a skromną robotnicą z kopalni zawiązuje się
autentyczna, choć wydaje się zupełnie magiczna, nieprawdopodobna, nić sympatii. Odnajduję
wspólny język, cieszą się sobą jak para nastolatków. Basia nigdy nie
zapomni tych imienin, ani Jakub swej barbórkowej chałtury, która
nauczyła go wartości bycia autentycznym, nie tylko na scenie życia.

Mały skromny film, może baśń, kolejny bardzo dobry z serii świąt polskich. Wyjątkowo udany cykl.

Atak na WTC do dnia dzisiejszego nie
doczekał się konkretnego wyjaśnienia, kto za nim stoi. I podejrzewam, że się
nie dowiemy, przynajmniej za życia administracji Busha i jego samego.  Czy Osama Ben Laden żyje czy nie, kto go tam
wie, nikt go nie widział, a nie ma to jak ganianie za duchem – fajny pretekst,
by wkroczyć do kraju w którym potencjalnie może się ukrywać. Czasem, w mediach,
pojawi się jakaś mrożąca krew w żyłach informacja, że oto planuje
on nowy zamach na społeczeństwo chrześcijańskie (pamiętacie czasy wąglika?), po czym przechwytuje się w
jakimś samolocie tajemniczy ładunek wybuchowy, nadany gdzieś na Bliskim
Wschodzie (ostatnio Jemen jest w modzie). Ale kim tak naprawdę jest osoba, ktora
go nadała, myśle, że też się nie dowiemy (a czy tak naprawdę kogokolwiek to
interesuje? Grunt, że była akcja).  Tak
jak nie dowiemy się, kto kilka lat temu wysadził kilka bloków na moskiewskim
osiedlu, na rachunek Czeczenów, rzecz jasna. Polityka, jeśli chodzi o zyski trzymających jej ster, nie zna i nie ma
litości, nawet nad swoimi najbliższymi bliźnimi, czego przykład dał nam ojczulek
Stalin, czy rzeź w Rwandzie. 

Szkody ataku są oczywiste, te ludzkie i
 moralne. A korzyści, bo przecież ktoś go
dla nich uczynił, jakie i dla kogo? Kontrola obywateli, całego świata,
przybywających w progi jakże gościnnych bram USA, o tym wiemy. Jak również
obywateli tam żyjących, ku radosnej uciesze ich samych, rzecz jasna, bo to
przecież dla ich dobra i bezpieczeństwa.  A najważniejsze, to podzielenie świata na dwa
obozy – źli islamiści i dobrzy chrześcijanie świetnie rokuje na długoletnie
podżeganie do wojen i sianiu strachu czy nienawiści oraz na długie rządy
Ameryki w świecie, a co za tym idzie błogie samopoczucie potentatów od
przemysłu zbrojeniowego, narkotykowego i innych rozkwitających w czasie wojen.

„Droga do Guantanamo” – film
dobry, ale nie robi już takiego piorunującego wrażenia, po filmach amatorskich,
robionych przez amerykańskich żołnierzy znęcających się nad więźniami w irackim
Abu Graib. Winterbottom nie postawił na szokowanie widza scenami przemocy, bardziej
skupił się na metodach, które i tak tu były dość łagodnie i oględnie
przedstawione, mających uwięzionych skłonić do podwyższenia wskaźnika
skuteczności amerykańskich służb śledczych w Guantanamo. Bo przecież w tym
wszystkim, w tej całej pogoni za króliczkiem, nie chodzi o prawdę, o
znalezienie winnych zamachu, współpracy z Ben Ladenem, etc. Chodzi o wykazanie
się skutecznością, statystykami mającymi zadowolić Biały Dom i Amerykanów, że
rząd tak pięknie walczy z muzułmanami.
Film stracił już trochę na atrakcyjności, sprawa chwilowo nieaktualna, USA mają
nowego prezydenta, prawie czarnego, mającego na drugie imię Hussein, który
zamknął więzienie w Guantanamo, a w pobliżu zburzonego WTC nie przeciwstawia
się pomysłowi, by postawić tam meczet… Pożyjemy zobaczymy, jak długo się
utrzyma… i jak długo on pożyje. Zobaczymy czy Amerykanie są naprawdę wolnym
narodem, czy tylko ulegają złudzeniu wolności, którą im sie wmawia. Póki co,
jego partia mocno straciła w ostatnich wyborach do Kongresu.
A poza tym, film jest pięknie realizowany – zdjęcia, montaż. Ładna była scena z
amerykańskim strażnikiem, który prosi jednego z więźniów by dla niego
zarapował, albo zabicie przez niego tarantuli, mogącej zagrozić życiu
pakistańskiego więźnia – taki małe przejawy przyjaźni między wrogami
ustanowionymi odgórnie przez rząd USA.

Właśnie, na dniach
nasz bohater od wydawania gabinetowych decyzji ważących o losie całego świata, pochwalił się swoją autobiografią, której nadał tytuł: „Decision Points” George W. Bush. Przyznaje
w niej, m.in, że nie żałuje żadnych swych decyzji politycznych, także tych o
torturowaniu więźniów, mimo iż teraz już wie (ha, ha!) , że z tym Irakiem i
bronią nuklearną chowaną w szufladach Saddama Husseina, to była ściema. I jeśli
by była taka potrzeba, podjąłby je powtórnie, a nawet je ciągle zaleca, gdy idzie o ratowanie ludzkości. 
Oczywiście w momencie zamachu na WTC z niewinną minką czytał książeczki
dzieciom w amerykańskim przedszkolu oddalonym o setki kilometrów od Washingtonu,
a jego coś dobrotliwego, na kształt uśmiechu, gdy dowiedział się o faktach, był
jeno  sprytnym  kamuflażem, żeby w
narodzie nie wzbudzić popłochu, że czuje się zagrożony. Dobry, troskliwy,
wujek Jurek.

Słowem, może
niekoniecznie najpiękniejszym, najdźwięczniej brzmiącym i wcale nie niosącym
przyjemnych wspomnień, ale za to najważniejszym, najpoważniejszym,
fundamentalnym wręcz jest dla mnie słowo „odpowiedzialność”. Słysząc
to słowo, widzę, niestety, tylko oczyma wyobraźni, beztroskie dzieci prowadzone
przez szczęśliwych rodziców, nie widzę bezpańskich psów i kotów, widzę za to
czyste chodniki, trawniki i piaskownice posprzątane ze śladów milusińskich.Widzę szlaki
turystyczne, lasy bez dzikich wysypisk śmieci, widzę czyste rzeki… Widzę
także świat bez wojen, a polityków winnych ich wywołania i śmierci milionów
ludzi widzę odbywających jakąkolwiek pokutę. Rządzą ci, którzy ważą, szanują i
są odpowiedzialni za słowa, nie wypowiadają ich nadaremno.

Jednym słowem,
„odpowiedzialność” kojarzy mi się z ładem i harmonią, tak rzadko już
dziś odczuwaną. Stronimy od tego słowa, zastępujemy je zwrotami „mam tylko
jedno życie”, „młodość jest taka krótka”, „niech każdy
martwi się o siebie”, „to nie moja sprawa”, „ja tego nie
chciałem”, „po mnie choćby potop”. Takie jedno małe, poważne
słowo, gdybyśmy tylko chcieli o nim częściej pamiętać i wypełniać jego
znaczenie, wtedy nadużywane powszechnie wielkie słowo „szczęście” nie
byłoby nic nie znaczącym banałem.

/Miałam tę przyjemność, że słowo, ktore uważam za najważniejsze (dlaczego -  próbowałam opisać jak wyżej), a tym samym i najpiękniejsze, bo jak napisał w komentarzu jeden z jurorów prof. Jan Miodek „Zamyka się w nim abosolutna większość dobrych, pozytywnych działań człowieka: odpowiedzialność za siebie, za innych ludzi, za rodzinę, za środowisko, za słowa, za uczucia, za… można by wymieniać bez konca…”, zostało wyróżnione w plebiscycie im. Krystyny Bochenek Gazety Wyborczej i Radia TOK FM na „Najpiękniejsze polskie słowo”/


  • RSS