filmowo blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2010

Dokument autora takich głośnych (no, powiedzmy, w miarę głośnych)
ostatnio fabuł jak „Upały” czy „Import-Export”.  Tytuł „Zwierzęca miłość” działa dwustronnie, może określać miłość zwierzęcia do człowieka, lub przenośnie (choć
niekoniecznie – patrząc na człowieka jako na ogniwo w łańcuchu ewolucji),
miłość człowieka do zwierzęcia.  Autor
filmu przedstawia ludzi z bardzo różnych środowisk, na pierwszy rzut oka wcale
nie samotnych, bo żyjących w rozmaitych związkach, którzy jednak największą i
prawdziwą głębię uczuć znajdują w obcowaniu ze zwierzętami.  Przeważnie są to psy, czasem inne, na
przykład królik. Poznajemy przeróżne typy ludzkie.  Na przykład dwoje młodych bezdomnych
mężczyzn, żyjących razem z  kundlem 
w jakimś nędznym składziku, kupujący za ostatnie grosze do swego stada
jeszcze królika, który ma pomagać im zarabiać na życie, to znaczy teraz na dworcu
kolejowym, zamiast o datek dla siebie, będą prosić o grosz na karmę dla
„kicka”. Jest też para mężczyzn w średnim wieku, żadnych gejów,  pragnących część potencjału  miłości jaki posiadają wyładować na psie.
Przygarniając  go, posiłkują  się wiedzą fachową, czytają książki z zakresu
hodowli psów , czy przysposabiania ich do życia w ludzkim stadle.  Nie brakuje w tym towarzystwie i pań. Jedna z
nich – piękna kobieta,  chyba jakaś
artystka (śpiewaczka), traktuje swego rasowego husky, jak prawdziwego przyjaciela,
czyta mu listy od swych kochanków i wielbicieli, ubolewając przed zwierzęciem,
że wszyscy widzą w niej tylko atrakcyjne ciało, nikt nie widzi duszy.

I tak przez dwie godziny przewijają się przed naszymi oczami
portrety ludzi zawiedzionych  przez
bliskich, przez życie, ktorzy nie dostali miłości w takiej postaci jakiej się
spodziewali, ale nie pozbyli się jeszcze potrzeby jej dawania. A któż jak nie
zwierzę, może być najwdzięczniejszym biorcą miłości i jej przejawów?  Tylko ono może słuchać
wielogodzinnych zwierzeń człowieka, nie komentując i nie żądając w zamian
niczego, oprócz miski karmy i wyprowadzenia na spacer za potrzebą.

Interesujący jest sposób realizacji filmu. Najczęściej są
to luźne, pojedyncze, pozbawione logicznego ciągu scenki rodzajowe, jakieś  spacery,  dialogi  ludzkich par mieszkających wspólnie pod jednym
dachem razem z psem, a jeszcze częściej monologi  panów i pańć zwierząt skierowane do swoich
milusińskich. A tak nawiasem, jacy oni tam panowie i panie!  Są to wierni
poddani swych podwładnych, uzależnieni od nich całkowicie.   Scenki owe, poprzetykane są licznymi, wyraźnie aranżowanymi na
użytek dokumentu  ujęciami stricte  portretowymi. Bardzo pięknymi, refleksyjnymi,
melancholijnymi  mimo scenerii nędzy  życia.  Na
przykład – dwie stare kobiety z kotami na podołkach. Albo bardzo nieprzystojny
mężczyzna w średnim wieku, przed chwilą rozmawiający przez sekstelefon, za
chwilę ukazuje się nam nagi w całej swej niekrasie wraz z psem trzymanym na
smyczy. Odważny portret, dwóch dumnych samców, i tak naprawdę nie wiemy, kto  kogo na tej smyczy trzyma. Bardzo mocne
wrażenie wywołuje portret  z domu starców
(to jeden z ulubionych leitmotivów Seidla) 
- szereg łóżek z  ułożonymi w nich
jeszcze  żywymi, lecz nieruchomymi, ciałami
staruszków i biegającymi po pościeli małymi króliczkami,  figlarnie trącającymi noskami stare twarze, budząc na nich cień uśmiechu – znowu jedyną radość
daje człowiekowi nie drugi człowiek, lecz zwierzę.

Filmy Seidla kojarzą mi się czasem z dokumentami
naszej Ewy Borzęckiej. Obydwoje zajmuja się tą marniejszą stroną ludzkiego
istnienia. I teraz pytanie, dlaczego tak lubię filmy Austriaka, a  nie znoszę filmów Polki? Przecież ukazują podobne
światy używając przy tym  często gęsto
(Seidl nawet częściej i gęściej) celowej inscenizacji . Różnią ich cele, myśl
przewodnia ich filmowych przedsięwzięć. Borzęcka
zdaje
się działać ku zaspokojeniu niezdrowej sensacji, oczekiwaniu widza na obraz
zła, nędzy, brudu, by mógł nakarmić głód zobaczenia życia skrajnie innego od
swojego, a więc poczuć samozadowolenie ” jeszcze nie jest ze mną tak źle”.
W obrazach Borzęckiej, wyczuwa się jakimś siódmym zmysłem kalkulację, chęć zaszokowania widza dla swej korzyści, jako autorki
filmu.   Seidl, natomiast, pochyla się nad
człowiekiem i oprócz powierzchownej nędzy jego istnienia, stara się wydobyć także
głębię jego tęsknot, jego pragnień, ale także straszną wobec nich bezradność . Patrząc
na  filmy Seidla, w przeciwieństwie do
filmów Borzęckiej, widzimy, że  mimo
wszystko oglądamy człowieka, rozumiemy jego emocje, ba,  czujemy wręcz  pewną więź, dzielimy z nim jego rozpacz i
pustkę istnienia. Jednym słowem, filmy Seidla poruszają, po uprzednim wbiciu w
fotel (bezkompromisowy sposób filmowania), a filmy Borzęckiej czynią z nas jedynie zimnych obserwatorów pod okularem
mikroskopu-kamery pełzania czegoś (?), kogoś(?), co(?), kto (?) nazywa się człowiekiem.

Do zobaczenia tego filmu, oprócz recenzji na blogu Czarnego Kota, zachęciło mnie take poprzednie dzieło tego reżysera


,
a mianowicie „Okna”. „On, ona i on” podobnie jak i tamto dzieło, opowiada o tym, jak bardzo
możemy być daleko od siebie żyjąc z kimś wiele lat w bliskim i zupełnie
przyzwoitym związku. To także filmy o kobietach, które takie związki
usypiają – dobry mąż, codzienność bez żadnych wiekszych wstrząsów,
ale i uniesień, sprawiają, że zamykają się one w swym małym świecie, w
małych smuteczkach i radościach, nie zdając sobie sprawy, że życie obok, poza szerokimi plecami
męża, tętni i ma wiele różnych barw. Różne odcienie życia, a są to kolory
tęczy, poznaje właśnie mąż Antonii, Massimo, wiodący, jak się okazało po jego śmierci,
przez siedem lat drugie sekretne życie, w najgłębszej tajemnicy przed żoną i pozostałą rodziną. To w gejowskiej komunie (choć
nie tylko gejowskiej, bo w tej wspólnocie żyją obok siebie także
lesbijki, ale i transseksualiści, oraz ludzie nieokreślający się do
końca seksualnie) tak naprawdę rozkwitał, był prawdziwym sobą, duszą
towarzystwa, czlowiekiem uwielbianym wprost przez tę całą małą
społeczność. Takiego męża Antonia wcześniej nie znała. Zawsze był miły,
elegancki, serdeczny, dbający o nią pod każdym względem, ale raczej powściągliwy w ujawnianiu emocji i absolutnie nie
wzbudzający podejrzeń o jakimś „niemoralnym”, wg powszechnie uznanych
norm, prowadzeniu się. Dopiero po jego śmierci, Antonia, robiąc porządek w jego
rzeczach, natyka sie na obraz podarowany mężowi przez tajemniczą
kochankę, ktora okazuje się kochankiem o imieniu Michele. Początkowo ta
wiadomość staje sie dla niej ciosem, ale jak wiadomo, co nas nie zabije,
to nas wzmocni. I tak jest tym razem – to dzięki Michele i jego
współmieszkańcom Antonia poczuje smak prawdziwej przyjaźni, otwarcia się
na drugiego człowieka, doceni wagę szczerości w relacjach międzyludzkich, z
czasem lepiej pozna także samą siebie,  swoje prawdziwie pragnienia i
potrzeby. Może nawet zapyta w duchu (i zrozumie), dlaczego Massimo, jej
mąż, prowadził drugie życie w ukryciu przed nią, czy byłaby wcześniej
zdolna i gotowa udźwignąć ciężar wiedzy, że jest on mężczyzną biseksualnym? Czy stać by
ją było na gest wybaczenia, a może jeszcze lepiej – akceptacji tego faktu?
Polecam,
szczególnie tym, ktorzy nie lubią Almodovara, a chcieliby zobaczyć coś z
klimatów, którym on poświęca swą twórczość. Ci, którzy lubią, też mogą
popatrzeć i porównać na jakie różne sposoby można robić filmy na podobne
tematy i wybrać, który się bardziej podoba. Mnie odpowiada styl, zarówno
Hiszpana, jak i przysposobionego na Włocha Turka. Każdy z nich mówi o
bardzo delikatnych sprawach swoim językiem, jeden kwieciście i bez ogródek,
drugi stonowanie, prawie szeptem, ale obaj równie dobitnie przekonują,
że ludzi nie powinniśmy dzielić według tego, kogo kochają, najważniejsze
bowiem jest, że są w ogóle zdolni do miłości


.


  • RSS