filmowo blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2010

Czekałam
z niecierpliwością na ten film, bowiem „Propozycja” Johna Hillcoata urzekła
mnie całkowicie – jeden z piękniejszych filmów, choć taki brudny – zarówno pod
względem obrazów jakie nam się przewijają przed oczyma, jak i marności
człowieczej. „The Road” pod 
względem owego właśnie brudu na pewno dorównuje „Propozycji”. Oglądamy
fragment świata po zagładzie. Jakiej – dokładnie nie wiemy. Widzimy jedno – jest
brzydko, totalna degrengolada  -
kataklizm pod każdym względem, przerażająca pustka, a jeśli gdzieś pojawią się
ludzie, to raczej tylko w charakterzy kanibali, polujących na coś do zjedzenia.  Smutek, rezygnacja, brak wiary w jakąkolwiek
przyszłość, nawet fundament do tej pory nienaruszalny czyli rodzina – ulega
prawie rozpadowi. Prawie, bo jednak ojciec (Viggo Mortensen), nie matka (sic !),
nie poddaje się, nie ulega post apokaliptycznemu marazmowi, wprawia siebie i ocalałe
dziecko w nieustający ruch – wędrując bez celu, cały czas przed siebie,  aby tylko żyć. Czy warto było się tak męczyć?
W końcu i tak na każdego u kresu drogi czeka  śmierć.  Czy nie lepiej było skrócić cierpienia,
jak matka (Charlize Theron) i odejść nie podjąwszy próby życia, nawet jeśli sięgnęło ono dna.  Na to pytanie, każdy
musi odpowiedzieć sobie sam.
Przemierzających dziesiątki kilometrów ojca i syna
spotykały zarówno dobre jak i złe chwile. Syn dzięki wędrówce poznał dokładnie
swego ojca – doświadczył jego wielkiej miłości, ale jednocześnie był świadkiem
jego wielkiego okrucieństwa i desperacji, gdy zaszła potrzeba bronienia życia
dziecka. Chłopiec zobaczył po raz pierwszy morze, wielkie i niepokonane, a ojciec,
nie bacząc na nic, rzucił się niczym w czasach wakacji, w jego głębię, ale…
tym razem nie wyłowił dla syna pięknej muszelki. Niestety, często bywało, że mały
człowiek doznawał na własnej skórze, albo był świadkiem wielkich
nikczemności. W końcu przyszło mu także  przekonać się , że człowiek tak czasem
bezduszny może być także bezinteresowny i szlachetny . Bywały chwile, gdy odzywał
się w chłopcu zew istoty stadnej, gdy czuł bezbrzeżną niczym pustkowie, po którym
krążyli,  tęsknotę za  kimś podobnym sobie – dla chwili, by pobyć
choć trochę ze swym rówieśnikiem był gotów do walki z własnym ojcem. Jednym
słowemchłopak przeszedł szkołę
życia, u boku ojca, mężczyzny. Co w dzisiejszym świecie, naszej cywilizacji,
nie zdarza się przecież tak często. Dzieci, synowie, zazwyczaj wychowywani są
pod okiem matki, podczas, gdy ojcowie zajmują się wszystkim, tylko nie
przyuczaniem do życia swych synów. Apokalipsa zmieniła o 180 stopni bieg rzeczy.
 „The Road”  to niesamowita opowieść o ojcu i synu w drodze,
mężczyźnie i chłopcu, będących blisko siebie, i życia, tak jakby nigdy nie
byli, gdyby nie trzeba było o życie walczyć.

Nie jestem miłośniczką horrorów, to sie wie,
patrząc choćby na spis filmów przeze mnie opowiedzianych. Horrory natomiast
lubi A.,  tak więc w ramach zbliżania pokoleń, od czasu do czasu zerknę
na produkcję spod znaku gore. No i tak trafiło któregoś wieczoru na
„Frontiere(s)”. Wcześniej, na forach obijały mi sie o oczy strzępki jakże
skrajnych opinii, z przewagą tych, że film beznadziejny. A moim zdaniem, nie
było tak źle, czego dowodem może być fakt, iż wytrzymałam do końca bez
zmrużenia oka, czasem tylko z lekka podśmiechując sie pod nosem, jak to
zazwyczaj na horrorach. Podejrzewam, że twórcy mieli ambicję, by przekazać
widzom coś więcej, niż tylko bezmyślną jatkę. Akcję filmu umieszczono bowiem w
konkretnych politycznych realiach, czyli podczas rozruchów  na przedmieściach Paryża, w dzielnicach  zamieszkanych głównie przez imigrantów –
muzułmanów, które wybuchły tuż po wyborze Nicolasa Sarkozy’go.  Punktem zapalnym zajśc było zabójstwo przez
francuskich policjantów  młodego motocyklisty. Scenami, jakie pamiętamy z telewizyjnych sprawozdań – ulicznych potyczek i podpalanych samochodów, zaczyna się
przygoda czwórki bohaterów – trójki śniadolicych młodzieńców i ich koleżanki Yasmine,
będącej w ciąży z jednym z nich. W zamieszkach zostaje postrzelony jeden z
kumpli, trzeba go zawieźć do szpitala, ale to nie jest bezpieczne – w Paryżu
wre, każdy ranny, a tym bardziej wyglądający na imigranta ze Wschodu, będzie
miał, można przypuszczać, kontakt ze służbami bezpieczeństwa.  A to jak wiadomo, wiąże się z poniesieniem
konsekwencji za udział w poważnej, nabierających politycznych rumieńców,
rozróbie. Zapada decyzja – rannego podrzucić do szpitala, po czym dać nogę za
granicę, a dokładnie do Holandii (drugiego sporego skupiska muzułmańskich przybyszów)

Oczywiście, jak na horror przystało, uciekinierzy
natykają się na swej drodze na podupadłe, opuszczone obiekty.  Tym razem mamy do czynienia z nieczynną
kopalnią, a wcześniej z podejrzaną gospodą, którą zawiaduje szalona rodzinka, z
siostrami erotomankami i bucem z wielkimi mięśniami, ich bratem, na czele. No i
się zaczyna – „goście” przybyli do zajazdu tak dostają za swoje, że pewnie zazdroszczą w duchu
„poległemu” w walkach ulicznych koledze (bo w końcu zmarł tuż po spotkaniu z
personelem szpitalnym)  tak spokojnej
śmierci. Chłopcy, przed katuszami jakie zgotował im papcio rodziny,  nazista z zamiłowania i przekonania, zamieszkujący pobliskie
podziemia kopalni, otrzymują z rąk (i nie tylko) dziewczyn, kilka chwil
seksualnej rozkoszy, po czym trafiają pod rzeźnickie noże personelu nazisty. Stamtąd część ich członków ląduje na stole w postaci pieczeni, reszta zaś w
zamrażarkach. Ciężarna Yasmine ma więcej szczęścia.  Ojciec Von Geisler, czyli wspomniany nazista-
kanibal, postanawia ochronić ją, a raczej jej brzuch, w celach hodowlano-
eksperymentalnych (pewnie spodziewał się wyhodować w przyszłości rasową
mieszankę piorunującą).

Film w kontekście zetknięcia starego, stojącego
nad grobem faszysty z dorodną latoroślą pochodzenia muzułmańskiego nabiera
szczególnych smaczków. Szczególnie, że piękna Yasmine musi się taplać w
świńskiej gnojówce, a młodzieńcy jeden po drugim wieszani są na hakach głową w
dół i sprawiane niczym wieprzowe tusze przed trafieniem na rzeźnicki stół.

Nie będę już więcej nawiązywać do fabuły, bo to
byłoby bardzo nie fair wobec tych, którzy jeszcze tego filmu nie znają, a może
pokuszą się na seans po przeczytaniu tej recenzji. Podsumowując więc –
„Frontiere(s)” to film typowy  w swym gatunku. Było i śmieszno, i straszno, i
obrzydliwie, czyli jak na prawdziwy horror przystało. Ale nie tylko… Było
także uwodzicielsko. No tak, naprawdę. W końcu nie wygasiłam filmu po 15-20
minutach, a to głównie za sprawą pięknych kobiet cierpiących rany zadane im przez
brzydkich, opasłych i obleśnych mężczyzn. Te niesamowite kobiety – trzy siostry
Eva, Klaudia I Gilbert , będące na usługach zidiociałego ojca oraz Yasmine,
która wpadła w ich sidła tworzyły uroczy kwartet, złożony z dwóch duetów –
Klaudia i Gilbert to dziwki -siepacze bez skrupułów wypełniające polecenia
męskiej części rodziny oraz Yasmine – matka in spe i kaleka Eva, wielkooka, z
wydatnym garbem matka dwójki niedorozwiniętych nazistowskich pociech, ukrytych
w podziemiach kopalni.

I jakże optymistyczny, chrześcijański wydźwięk na
zakończenie!  A co tam, zdradzę, bo muszę jakoś zgrabnie wykończyć tę moją notkę
– matki wygrywają, pokonują tych zabawnych białych facetów, te góry mięcha do
zabijania (ci śniadzi, zostali wcześniej przez nich zjedzeni). Jedna z nich
będzie nadal trwać przy swych nieszczęśliwych dzieciach w kopalni, a druga,
śniadoskóra Yasmine … i tu zawieszę palec nad klawiaturą.


  • RSS