Jacek Mróz (świetny, jak zawsze M.
Dorociński)– były piłkarz reprezentacji Polski wskutek kontuzji nogi i
alkoholizmu związanego z degradacją w branży, wyrzucony z domu przez żonę Ewę
(naprawdę ciekawie prezentujaca się Maria Seweryn), chcącą w ten sposób
nakłonić męża do terapii, ląduje, wiedziony róznymi zbiegami okoliczności, na
warszawskim Dworcu Centralnym. Włócząc się po peronach i przejściach
podziemnych trafia na podobnych sobie, grupę mężczyzn usiłujących zabić czas
kopaniem czegoś, co ma wygląd piłki. Przewodzi im niejaki Indor, były marynarz
żeglujący na statkach towarowych czyli Eryk Lubos,  aktor budujący spokojnie i
konsekwentnie swą karierę od czasu występu w sztuce P. Wojcieszki „Made in
Poland” (gdzie brawurowo zagrał rolę naiwnego buntownika Bogusia). Jacek
początkowo nie przyznaje się przed swymi nowymi znajomymi do swego piłkarskiego
życiorysu.  Przystaje natomiast na
propozycję przespania się w noclegowni. Oczywiście, jest jeden warunek – trzeźwość.
Tam poznaje resztę swej przyszłej drużyny, której niebawem zostanie trenerem i
doprowadzi na międzynarodowy  turniej
piłki nożnej odbywający się w Niemczech. Nie będzie to łatwa praca.  Każdy z mężczyzn to jakaś indywidualność,
mający swoje przyzwyczajenia, nawyki, fobie, niełatwo poddający się rozkazom, w
końcu to często brak pokory przywiodł ich w miejsce, w którym mamy przyjemność
ich poznać.  A wachlarz zawodów,
środowisk, z jakich się panowie wywodzą, jest dość różnorodny:  ksiądz alkoholik (tu przewrotnie
zaangażowano Jacka Poniedziałka), jest Minister, jest Wariat, Mitro (Ukrainiec
z pochodzenia), Górnik, a wraz z nimi cała parada naprawdę dobrych aktorów
polskich – oprócz wspomnianych wyżej Poniedziałka, Lubosa, Dorocińskiego mamy
B. Topę (porucznika Mroza z „Domu Złego”), jest M. Kalita,  K.Kiersznowski i Maciej Nowak –bardziej  znany jako smakosz i tester polskich
restauracji niż aktor, radzący sobie całkiem dobrze przed kamerą.

Fabuła filmu
nie jest specjalnie skomplikowana. Jej atrakcyjnośc zasadza się głównie na
bogactwie i barwności  typów ludzkich,
jakie przewijają się przez ekran, czyli boisko, bardzo dobrze zagtranych, bez
cienia fałszi czy sztuczności. A także na rozmaitych scenkach rodzajowych
związanych z życiem codziennym, i niecodziennym – treningi, wyjazd za granicę,
ludzi wyrzuconych na margines.. Oczywiście postaci są tak skonstruowane, że
mimo swych dziwactw, niepochlebnych życiorysów, potknięć, a nawet pewnej
degrengolady w niektórych przypadkach, budzą naszą niekłamaną  sympatię. Kibicujemy tym dużym chłopakom
ćwiczącym na boisku, ale takż w  ich
walce z alkoholizmem, w której zdani są tylko na własne siły, nie stać ich
przeciez na terapię. Różne są skutki tych zmagań, ale ważne, że w ogóle im się
chce,  ważne, że od czasu do czasu dają radę,
czego widocznym i całkiem miłym, zaskakującym ich samych także, efektem, jest
wyjazd na międzynarodowy turniej bezdomnych.

Bardzo sympatyczny film, z jasnym i
pozytywnym przesłaniem –  każdy z nas
nie zna dnia ani godziny, dziś mamy i jesteśmy, jutro możemy nie mieć, ale
nadal możemy być. Czasem koniec, wyznacza początek nowego.

Dobre aktorstwo, dobra muzyka (Antoni
Łazarkiewicz), zupełnie przyzwoite, często dowcipne dialogi – to trzeba
podkreślić – „Boisko bezdomnych” posiada sporą dawkę dobrego humoru. Uważam, że
jak na drugi film początkującej reżyserki Kasi Adamik, córki świetnej reżyserskiej
pary, A. Holland i L. Adamika – wyszło bardzo dobrze. Niektórzy malkontenci
mogą się krzywić, że znowu bida z nędzą na ekranie, Marud, a szczególnie wśród
polskich widzów polskich filmów nie brakuje. Mnie ten film dał dużo radości i
pozytywnej energii i za to twórcom (wszystkim) bardzo dziękuję.