filmowo blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2010

Kolejny film F. Ozona, świetny, w jego klimacie, opowiadający jak zwykle o
relacjach rodzinnych, o nieuniknionej stracie, która wpisana jest w ludzki los.

Już w pierwszej scenie filmu dowiadujemy się, że nasz bohater, przystojny, 34-letni
gej,  bardzo obiecujący fotografik ( moda ), o imieniu  Romain (bardzo dobry Melvil Poupaud) skazany
jest na rychłą śmierć. Ma bardzo złośliwego, mocno zaawansowanego raka.  Szanse na wyleczenie są poniżej 5%. Decyzję co
do leczenia lekarze zostawiają swojemu pacjentowi. Romain rezygnuje, zamiast
leżeć w szpitalu, tracić włosy, wagę, woli jeszcze trochę pożyć i uregulować
pewne sprawy ze swymi bliskimi, nie wtajemniczając ich absolutnie w swój
problem. Wyjątek czyni tylko dla babci, z którą jest najbardziej zaprzyjaźniony.
To właśnie jej powie o śmierci, której spodziewa sie lada moment, bo tylko
babcia, mimo, że w bardzo dobrej formie, ale jednak stojąca nad grobem
(ma już grubo powyżej 80-ki, a ludzie przecież nie żyją 100lat), może wiedzieć,
tak naprawdę, co on czuje.

Tak więc, Romain zaczyna ostatnią podróż przez swoje życie. Odwiedz
rodzinny dom, spotyka sie z rodzicami i siostrą, z którymi ostatnio nie miał
najlepszych relacji. Jest „innej” orientacji, a to jak wiadomo, nie sprzyja
rozkwitowi uczuć rodzinnych. Choć stosunki w rodzinie, trzeba to przyznać, osiągnęły
już stopień poprawności, rodzice wyglądają na pogodzonych z niezręczną
sytuacją, to jednak ciągle jeszcze skrzy na linii siostra i brat, między rodzeństwem dochodzi do scysji.Nieprzyjemna rozmowa ma także miejsce miedzy Romain’em a jego partnerem
Sashą. Romain – podejmuje decyzję zerwania z kochankiem. Z takim zamiarem nosił
się juz od dawna, wizja śmierci tylko decyzję przyspieszyła. Ogólnie atmosfera
robi się przykra, smutna.
Ktoś może się oburzać, nazwać Romaina egoistą, 
postanawia umierać w samotności. Egoizm? A być może odwaga?  Cały bagaż strachu i niepewności dźwigać
samemu. Nie obciążać bliskich swoją traumą. Śmierć i tak przyjdzie, dlaczego nie
stawić jej czoła nie rozpaczając, dlaczego by nie wykorzystać czasu, który
pozostał, na rozliczenie się z życiem (później Romain szuka jeszcze raz zbliżenia
z siostrą i Sashą), albo nawet na danie komuś nowego życia? Ale, być może,
faktycznie, bliscy będą  mieli żal, że nie
uprzedził o swoim odejściu – być może oni też by mu chcieli coś powiedzieć na odchodnym, za coś przeprosić, przytulić ostatni raz. Bardzo ciekawy
problem, czy jest jakiś jeden cudowny hipotetyczny przepis, jak go rozwiązać?
Wielu z nas przekona się kiedyś na własnej skórze, jakie wyjście jest
najlepsze. Bo jedno jest pewne – strata, odejścia, są wpisane w los człowieka, można
się buntować, można to przyjąć na klatę. Jest w filmie piękna opowieść babci
Romaina, o tym jak ona poradziła sobie ze swoją stratą (śmierć męża), dała
radę, przeżyła, ale okaleczyła przy okazji całą rodzinę, głównie swego syna, czyli ojca Romaina. Każdy wybiera swoją drogę,
którą będzie podążał na spotkanie ze śmiercią.
Film warto także zobaczyć dla pewnej sceny – jak pięknie można rozwiązać
problem niepłodności męża w małżeństwie, które pragnie mieć dziecko – scena
trójkąta w hotelu, czegoś takiego jeszcze nie było. Wielkie brawa dla twórców.

Tę krótką filmową opowieść dedykuję innemu, trzydziestoparoletniemu
fotografikowi, Irkowi-Erykowi, bardzo utalentowanemu, który podobnie jak Romain, musiał niespodziewanie opuścić, w
pełni życia i sił twórczych, swoją żonę i córeczką. 

Film prowokacja, swoisty performance. Renzo
Martens, z urody wypisz wymaluj Klaus Kinski, holenderski dziennikarz udaje sie
z kamerą do Konga i próbuje z potwornej biedy jaka panuje w tym kraju, „uczynić”
dobro narodowe. A dlaczegóż by nie? – wydaje się pytać, skoro przychody z darów
pieniężnych, płynących z całego świata na „biedne dzieci”, przewyższają
znacznie dochód z rocznego eksportu złóż mineralnych. Czy warto więc rządzącym
starać się o poprawę bytu, a co za tym idzie i świadomości, narodu, będącego
pod ich „pieczą”, który mogą niewolniczo wyzyskiwać na plantacjach i kopalniach
bogaczy, mających takie czy inne powiązania z ludźmi trzymającymi władzę?

Widzowie, którzy w porę nie przejrzą przewrotności
Martensa, mogą odnieść wrażenie niemoralności dziennikarza.  Jego happening czyli
neon z napisem Enjoy poverty zainstalowany w
zabitej dechami wiosce, napędzany rowerowym dynamem, i osobliwy wykład w jego blasku  dla tubylców, budzi początkowo niesmak. Jak to? Jak można cieszyć się biedą? Z
biedą – tak zawsze nas uczono, należy walczyć. A Jolanta Kwaśniewska, kiedy
jeszcze nie była panią prezydentową rzekła w jakimś wywiadzie nieopatrznie, że
biedy należy się nawet wstydzić (teraz zapewne ugryzłaby się wcześniej w język).
 A tu nagle peany na cześć biedy. No tak,
wydaje się mówić Martens – skoro przynosi ona takie dochody państwu tylko
dlatego, że jest, to dlaczego się z niej nie cieszyć? A na uboczu dodaje, że 70%
kwoty pochodzącej z darów, wraca do darczyńców (niestety już nie objaśnia w
jaki sposób to sie dzieje), bo dobro darczyńcy liczy sie najbardziej. Nie od
dziś przecież wiadomo, że datki pieniężne, czy jakieś żywieniowe zrzuty, są
pomocą doraźną i na dłuższą metę wiele nie zdziałają w krajach afrykańskich. Są
one z miejsca rozdrapane, przez ludzi którzy mają do nich bezpośredni dostęp.
Skuteczna pomoc to budowanie szkół, czyli wykształcenie, a co za tym idzie
zmiana świadomości i umożlwienie dostępu rdzennym mieszkańcom do administracji,
do zarządzania firmami, uczynienie ich właścicielami majątku kraju, w którym
mieszkają. I teraz pytanie „czy to jest możliwe?, czy biały człowiek
kiedykolwiek zrezygnuje dobrowolnie ze swej władzy i afrykańskiego dobrobytu?
Czy tylko wykurzenie siłą białych sprawi, by czarny nie był niewolnikiem na swej
ziemi?

Jest taka jedna świetna sekwencja, która może powalić
wątpiących, iż film Martensa jest rodzajem happeningu, mającym ukazać
hipokryzję białych ludzi. Otóż Martens odkrywa w jakimś kongijskim mieście małą
usługową firemkę – dwójka chłopaków robi i sprzedaje ludziom zdjęcia z imprez
okolicznościowych – są to imprezy radosne, jakieś rodzinne święta itp. Martens uświadamia
tym młodym, że o wiele lepiej mogą zarobić robiąc i sprzedając mediom zdjęcia
umierających biednych dzieci. Zabiera ich więc do jakiegoś szpitala
(wyglądającego bardziej na przytułek), tam inscenizuje scenki żywcem takie, nad
jakimi płacze cały nażarty i litościwy Zachód, a więc – płaczące z głodu
dzieci,  wielkie brzuszki, chudziutkie
kończyny, zaropiałe oczy, muchy łażące po wychudzonych maleńkich twarzach,
które wyglądają bardziej na twarze starców, umęczone błagalne spojrzenia, albo
zupełnie już zobojętniałe. Ok, zdjęcia wychodzą super! Po czym z Martensem
przeprowadza ostrą rozmowę jeden z lekarzy bez granic, obwieszczając, że
robienie takich zdjęć przez Kongijczyków jest niemoralne i zabrania dalszego
fotografowania. A czym jest w takim razie robienie takich zdjęć i zarabianie na
nich przez białych dziennikarzy z Nowego Jorku czy Paryża? A to co innego -
odpowiada pan doktor – biały fotograf, przyjeżdża tu po informację. Czyli
zdjęcie wykonanego przez czarnego nie niesie żadnych informacji, nie może być
źródłem zarobku, mimo, że wygląda tak samo, jak zdjęcie białego, który zarobi
na nich krocie i na dodatek może zyskać międzynarodowa sławę.

Marten „załatwia” także w swym filmie kwestię dokarmiania
biednych Afrykanów przez przybyłych dziennikarzy – owszem, na zakończenie swej
wędrówki częstuje zaprzyjaźnioną wygłodzoną rodzinę garnkiem warzyw z rybą i
drugim garnkiem z mięsem. Rodzina wcina aż jej się uszy trzęsą, a wokół pełno
gapiów, którzy przełykają śline. Niestety, choćby nie wiadomo jakie miękkie
serce miał fotograf, może on nakarmić jednorazowo jedynie swych modeli, reszta
Afryki i tak pozostanie głodna.

W tym okrutnym, brudnym filmie pojawia się jedno piękne,
wręcz poetyckie, zdjęcie – jest wieczór, rzeka Kongo, a po niej płynie łódź z
neonowym napisem „Enjoy Poverty” – klimat niczym z „Jądra ciemności” – nigdy
nie będzie porozumienia między białym władcą i czarnym poddanym, a w tle
piosenka J. Brela o wierze w miłość między ludźmi która przenosi przysłowiowe
góry.

Moim zdaniem bardzo ciekawy film, a jego twórca to odważny
prowokator. Ryzykując niezrozumienie, potępienie widza za próżność i narcyzm,
czemu zresztą nie zaprzecza, przyznając się do tej jednej z podstawowych
ludzkich cech, prowokuje do przemyśleń i oceny dobroczynności białych –
najłatwiej jest bowiem biednemu rzucić pieniądze, pojechać i poeksperymentować
na nim medycznie, i czerpać z tego samosatysfakcję, trudniej jest, albo jest to
wręcz niebezpieczne dla białego, podzielić się z czarnym swoim mieszkaniem,
stanowiskiem, własnością, wpływając tym samym na jego wyższą świadomość, którą
wcześniej nadszarpnął przez lata kolonializmu.

Polecam ten film i radzę wytrzymać do końca. I nie uważać
Martensa za idiotę!


  • RSS