filmowo blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2009

Jeśli do tej pory nie wiedziałeś,
kto kryje się pod nazwiskiem Timothy Treadwell, to dzięki Wernerowi Herzogowi poznasz
człowieka, który postanowił żyć i umrzeć inaczej. Polska Wikipedia lakonicznie informuje, iż TT: „ urodzil się w Nowym Jorku
29 kwietnia 1957 roku a zmarł 5 października 2003. 46 lat życia. W tym kilka
miesięcy z ostatnich 13 lat nasz bohater spędził w surowym  klimacie Parku Narodowego Katmazi na Alasce.  Stał się sławny w całych Stanach
Zjednoczonych, chętnie dzielił się swoimi odkryciami, udzielał wywiadów, robił
też wykłady w wielu szkołach. Pod koniec trzynastego sezonu, w nocy z piątego na
szóstego października, niedźwiedź grizzly podszedł do obozowiska Treadwella. On
i jego dziewczyna, Amie Huguenard, zostali przez
niego zabici i częściowo pożarci. Podczas ataku włączona była kamera
Timothy’ego, która zarejestrowała dźwięki.Wraz z Jewel Palovak napisał książkę Among
Grizzlies: Living with Wild Bears in Alaska. Razem z nią i Jonathanem Byrnem założył
organizację Grizzly People.W 2005 roku Werner
Herzog
, wykorzystując obszerne fragmenty nagrań Timothy’ego, nakręcił film Grizzly
Man
.” Ot, i wszystko.

13 jesiennych sezonów w niedźwiedzim labiryncie zakończonych tragiczną
śmiercią. Na szczęście, powstał wspomniany film Herzoga, wielkiego entuzjasty
ludzi z pasją, kochających dziką przyrodę, który przybliża tę tragiczną, bądź
co postać, pozwala go zroumieć, ale czy polubić, docenić, zafascynowac się (?).  Wątpię, wypowiedzi i
zachowanie bohatera przed kamerą obnażają jego infantylizm, brak autentyzmu, niedojrzałość
emocjonalną, skazanie się na życie w ułudzie, w przeświadczeniu, że świat
drapieżników można obłaskawić i dostosować do swoich marzeń. Nie potrafił dostosować się do świata drapieżników w Nowym Jorku, spróbował w leśnej tajdze?  Również poniósł klęskę?

Timothy Treadwell postanowił na pewnym etapie życia zainteresować sie niedźwiedziami grizzly, uczynić
z tego swoją pasję, poświęcić się jej… bezgranicznie? Może, chyba, ale raczej
wątpię. Bardziej, wydaje mi się,  postanowił uczynić z tego sposób na życie,
by wypełnić pustkę, w jakiej być może spostrzegł, że się znalazł, by uciec do
bezludnej krainy i na nowo budować tam swoje marzenia i zamki z piasków.  Nie dowiadujemy się bowiem, skąd się nagle
wzięła jego miłość do niedźwiedzi, facet nie potrafi o nich nic interesującego powiedzieć, jedyne co
potrafi, to płakać nad ich losem, wzruszać się ich odchodami, wołać je po
imieniu i biegać w zachwycie i sprawnie po ścieżkach (może stąd to przybrane
nazwisko, bo prawdziwe brzmi inaczej), wydeptanych przez zwierzęta.
Na szczęście, Tim potrafił
także filmować. I tej oto czynności, mam wrażenie, oddał się bezgranicznie. Co
zaowocowało blisko 100 godzinami filmu z życia niedźwiedzi na tle pięknej
dzikiej przyrody. Nie są to jednak zdjęcia jakoś dogłębnie analizujace zwyczaje
tych zwierząt, które wymagałyby jakichś specjalnych przedsięwzięć czy poświeceń
ze strony operatora. Ot, filmy odważnego człowieka, zauroczonego ogromem,
surowością przyrody. Trzeba przyznać, odwagi mu nie brakowało, a może to była
jakaś rozpaczliwa desperacja? Ale i pokorą również się nie wykazał.

Dokument
Herzoga ma także tę zaletę, iż ukazując tak dziwaczną postać, jak Timothy
Treadewell, stara się być w miarę obiektywny. 
Nie ocenia tego człowieka, choć przytacza różne, czesto skrajne opinie
przyjaciół, współpracowników i bliskich z rodziny oraz przyjaciół. Co ciekawe,
mężczyźni na ogól wypowiadają się na jego temt sceptycznie i dość krytycznie,
kobiety są zachwycone.  Film opatrzony
jest także komentarzem reżysera, pełniącego jednocześnie rolę narratora, łączacego
fragmenty filmów Treadwella, składających się w wiekszej części na filmową
opowieść  Herzoga. Reżyser co rusz podkreśla
zasługi Treadewella w zakresie sfilmowania pięknej dzikiej przyrody.
Niestety, bardzo często, za często, na pierwszym planie tych filmów pojawia się
jęczący albo płaczący nad losem niedźwiedzi /lub lisów/Timothy, z obwiązaną malowniczo
głową kolorową bandaną., twarzowymi ciemnymi okularami na nosie i zastanawiący
się od czasu do czasu, jaki kolor okrycia lepiej wyjdzie na zdjęciu. Ale w
momencie przybycia na zamieszkane przez niego tereny ludzi fotografujących
jakiś obiekt (on ich nazywa kłusownikami), ktorzy obrzucają zbliżającego sie do
nich niedźwiedzia kamieniami, ich dzielny obrońca w ogóle nie reaguje, tylko
bierze nogi za pas.

Przerażający
brak pokory i świadomości swego miejsca, granic, ktorych w przyrodzie nie można
przekraczać. Są obszary, gdzie rządzą zwierzęta, oczywiście za zgodą czlowieka,
ale jednak. I tu należy się szacunek dla Timothy’ego, że nie korzystał z
przywileju bycia cywilizowanym człowiekiem, nie miał broni.  A popularonośc jaką zdobył, dzięki rozlicznym
programom, wywiadom w telewizji, służyła mu bardziej dla satysfakcji, zaspokojenia
jakichś psychicznych potrzeb, niż do budowania dobrobytu.

Mimo wszystko, trudno mi było wykrzesać, dla tego
bądź co bądź miło wyglądającego lecz naiwnego, mężczyzny choćby iskierkę
podziwu, fascynacji. Wbudzał raczej zdziwienie, 
zniecierpliwinie, litość. Nie chcę go oceniać na podstawie tego filmu. Mogę jedynie zrozumieć, że z jakichś powodów, postanowił porzucać na parę miesięcy
w roku cywilizację, by później do niej wrócić i robić za gwiazdę w mediach czy
gdzieś tam. Jak sam mówił, nie potrafił utrzymać przy sobie dziewczyny,
żałował, że nie jest gejem (bo oni, jak twierdził nie mają potrzeby miłości, co
komplikuje życie), opuścił dom rodzinny, wyrzekł się swego nazwiska,
pochodzenia.  Może miał jakieś zaburzenia
emocjonalne, osobowości, czort wie jeszcze czego, czuł się niedoceniony,
odrzucony, ale dlaczego akurat musiał szukać przyjaciół wśród jednych z
najbardziej niebezpiecznych zwierząt na ziemi? Niechby sobie nawet i szukał,
jeśli to mu dawało szczęście, czy potrzebną do funkcjonowania ekscytację, ale
po co zwał się obrońcą tych zwierząt, jeśli one tak naprawdę nie były na tych
bezludnych terenach aż tak zagrożone? Z filmu wynika, że nie był ani obrońcą
ani badaczem, może co najwyżej entuzjastą, nie był nawet samotnikiem, raczej
zagubionym samotnym człowiekiem, poszukującym rozpaczliwie pasji, nadającej
sens życiu. Tragiczna postać.

Żal, że czasy prawdziwych podróżników, badaczy
dzikich ostępów przyrody już dawno minęły. Glob ziemski został zjechany wzdłuż
i wszerz.  Teraz świat objeżdżają jedynie ludzie mediów, przykladający
się bardziej do swego wizerunku, niż do wizerunku obiektów, które wzięli na
tapetę (dosłownie, tapetę – tło ich wasnej prezentacj) masowych produkcji telewizyjnych.

 

Do sklepu spożywczego wpada
zdenerwowana dziewczynka, no, żeby nie było wątpliwości – nastolatka, o imieniu
Juno, prosząc sprzedawcę o test ciążowy. „To już dziś trzeci!” – woła zaniepokojony
mężczyzna. „Muszę mieć 100% pewność” – odpowiada małolata, po czym, przy aplauzie zgromadzonych klientów, udaje się do toalety. Po kilku minutach wychodzi
zdruzgotana i obwieszcza wszem i wobec – „jestem w ciąży”. I tu
się zaczyna. Dramat? Skądże. Po prostu – problem, ktory trzeba rozwiązać. Na
szczęście Juno, której paradoksalnie, imienną patronką jest,  zapewne, rzymska bogini Junona,
opiekunka kobiet, macierzyństwa i ich seksualności, ma bardzo wyrozumiałych i
liberalnych rodziców. A dokładniej – ojca i macochę –  jej rodzona matka odeszła do innego mężczyzny,
gdy Juno była  malutka ( być może stąd w
niej tyle sarkazmu i zdroworozsądkowego myślenia).  Rodzice nie rzucają mięsem, nie wyganiają jej
z domu, jednym slowem, nie histeryzują, oznajmiają tylko, nie bez poczucia
humoru, że jednak woleliby inny rodzaj nieszczęścia, ot żeby choć kogoś
potrąciła samochodem, albo niechby wylali ją ze szkoły. Ale, cóż, sami nie mają
zamiaru zostać dziadkami, uważają, że Juno jest zecydowanie za młoda, trzeba
więc, w tej sytuacji, przedsięwziąć jakieś stosowne kroki. Na szczęście aborcja nie jest brana
pod uwagę, choć Juno wcześniej miała i taki zamiar, w tajemnicy przed rodzicami. Poszła nawet do odpowiedniego miejsca (nazwanego bodaj, „Women now”), ale po drodze dowiedziała się od koleżanki, że
jej dziecko ma już paznokcie, a poza tym w poczekalni, nazwijmy to „kliniki”,
było brudno i były nieświeże gazety – postanowiła więc wziąc nogi za pas i
pójść po radę do „starych”.

Wspólnie uchwalono, że dziecko trzeba oddać do
adopcji.  I bardzo dobrze, odetchnęli
wszyscy z ulgą, zarówno przed ekranem, jak i na nim. To trafna decyzja.
Jeśli
Juno nie czuje się na siłach, by być matką, ani jej rodzice, by ją do tego
nakłonić i wspomóc, dlaczego by nie miała uszczęśliwić kobiety, ktora czuje się
powołana  do macierzyństwa, a nie może
mieć dzieci. Zaczynają się poszukiwania ogłoszeń i co za tym idzie,
odpowiednich rodziców. Poszukiwania nie trwają dlugo. Anonsów chętnych do
przysposobienia dziecka w swej rodzinie, jest mnóstwo.  I tu po raz pierwszy pojawia się 
wyraźna, czytelna, nie stłumiona humorem,  krytyka współczesnego wyzwolonego społeczeństwa. Adopcja? To takie proste!  Jak wymiana zlewu czy zakup sadzonek do ogródka (a
przecież chodzi o decyzję  (czyjegoś) życia i na całe życie) – właśnie wśród takich banałów
Juno napotyka ogłoszenie pewnego małżeństwa, ktorego treść oraz  fotografia chętnych na jej dziecko, wzbudza u
niej zaufanie.  Wraz z ojcem udaje się na
spotkanie z Markiem i Vanessą Loring.

I od tego momentu wchodzimy jakby w druga
warstwę filmu, w drugi bieg wydarzeń, w których na pierwszy plan wysuwa się
życie owego bezdzietnego małżeństwa i ich wpływ na tożsamość, poglądy
Juno.  Juno, zaprzyjaźnia się z
potencjalnym adopcyjnym ojciem jej dziecka – łączą ich wspólne zainteresowania
(muzyka, filmy), on imponuje tej małej 
swoim zawodem – jest muzykiem i kompozytorem, ona jemu – poczuciem wolności
i odwagą . Spotkanie Juno z tym małżeństwem będzie
miało brzemienne skutki dla wszystkich, i nie chodzi tu tylko o ciążę i
dziecko.  To dzięki rozmowom z Markiem i
decyzjom jakie wkutek nich on podejmie względem swego życia,  Juno zada ojcu pytanie : „Czy
możliwe jest być z kimś, w sensie kobieta z mężczyzną, na zawsze?” Ojciec
na to – „Jesli znajdziesz kogoś kto pokocha cię taką, jaka jesteś, ładną i
brzydką, głupią i mądrą, smutną i wesołą, jednym slowem z wszystkimi twoimi
zaletami, ale przede wszystkim z wadami, wtedy jest na to szansa”. I to
też, mam wrażenie jest jednym z przesłań tego filmu – pozwólmy ludziom żyć wg
swoich wartości, pozwólmy im być sobą, niech idą dokładnie swoimi własnymi
drogami, a nie drogami, które wyznacza im „przykładne”, zadufane w
swojej nieomylności, społeczeństwo. I nie oceniajmy ludzi pochopnie wg swojego
widzimisię.

Koniec końców -  niechciany stan błogosławiony Juno, okazał się, jak na ironię,
prawdziwym błogosławieństwem przede wszystkim dla … małżeństwa Marka i
Vanessy Loringów, którzy, choć oddzielnie, 
będą od teraz kroczyli każdy swoją, właściwą, ścieżką życia;  dla Ojca i macochy Juno – których związek
jeszcze bardziej się scementował, a dla samej Juno i Pauliego?  No cóż, Juno
przekonała się jak cudowną ma rodzinę i, że prawdopodobnie znalazła miłość
swego życia, którą gdyby nie ciąża, mogłaby normalnie przegapić. Może trochę
szkoda, że nad ich związkiem, być może, będzie ciążył błąd beztroskiej, a
raczej bezmyślnej, młodości. Oby, po czasie, Juno nigdy nie znalazła się w
sytuacji, pragnącej bezgranicznie dziecka, Vanessy.  Oby, im sie udało, być ze sobą jak najdłużej,
może nawet do końca życia, o czym tak marzy, by nigdy nie porzuciła Pauliego i
ewentualnie ich dzieciaka, jak sama została porzucona.  Takie są
nasze życzenia, bo przecież polubiliśmy Juno, tę rezolutną 16-tkę z
amerykańskiego przedmieścia, może trochę nieodpowiedzialną, ale na pewno mającą
dobre i wrażliwe serduszko, i oby takie zachowała do końca swych dni. 

Film kończy sie totalnym happy- endem. Wszyscy wydają się być szczęśliwi, na czele ze świeżo powitym niemowlakiem,
ktoremu prawdopodobnie ptasiego mleczka nie zabraknie pod skrzydłami przybranej
mamy. Od tej chwili,  każdy będzie się beztrosko oddawal swemu ulubionemu zajęciu –
tata będzie instalował klimatyzacje, macocha 
zacznie hodować swoje ulubione pieski, Mark Loring – utworzy rockową
kapelę, Vanessa będzie hodować swego świeżonabytego malucha,  a Juno i jej chłopak będą nadal uczęszczać na lekcje,
a w wolnych chwilach śpiewać sobie ładne piosenki, takie jaką uslyszeliśmy na
koniec filmu.

No właśnie, czy to nie jest
zastanawiające, jak wszyscy łatwo i z radością przeszliśmy nad tak poważnymi
sprawami jak seks, a co za tym idzie – macierzyństwo, ojcostwo… do porządku dziennego.  A! Ojcostwo! O
ojcostwie w ogóle się tu nie wspomina. Bleeker nie ma tu nic do gadania,
potraktowany jest przez wszystkich jak kompletny dzieciak, stosownie zresztą do stanu jego
psychiki.

Mimo wszystko, mimo pozornego happyendu, pogodnej finałowej pioseneczki – ja wyczuwam tu drugie dno, czyli zadumę
- gdzieś tu się wszyscy w tym dzisiejszym świecie pogubiliśmy. Nasze dzieci,
przedwcześnie „aktywne seksualnie” (jakże często te słowa pojawiają się w
filmie), są przecież, mimo dojrzałości fizycznej i ochoczego podejmowania
współżycia dla tzw,. sportu, kompletnie nieodpowiedzialne społecznie i
niedojrzałe psychicznie, by się temu oddawać i ponosić tego konsekwencje. Wyedukowani
seksualnie (internet, media, szkoła – ale nie w Polsce), mający na tacy
wszystko czego dusza w tym względzie zapragnie (szeroki asortyment  prezerwatyw, filmy, i nie tylko,  porno, literaratura fachowa), nie zawsze pamiętają,
że seks to nie wszystko i nie koniecznie musi konczyć się przyjemnie, tak jak na filmie.

I
przesłanie do rodziców – owszem, wszystko super, jesteśmy liberalni i fajowi,
prawie kumple naszych dzieci, ale w tym rozbiegu ku nim, zapomnieliśmy chyba o kontroli naszych
milusińskich.  Powinniśmy bardziej śledzić i mieć na uwadze ich rozwój
psychofizyczyny, bo oni mimo swej powszechnej internetowej mądrości, są jednak
ciągle dziećmi, nie przygotowanymi na niespodzianki dorosłości, którą wydaje im
się, że osiągnęli, dzięki gotowości do miłości, głównie fizycznej.

Bo „JUNO”,  jak się
tak dobrze przypatrzeć,  to nie tylko
komedia, to także delikatnie podana, lecz dość krytyczna satyra, na współczesne
społeczeństwo, gdzie narodziny dziecka utraciły dawne i należne znamiona cudu,
a stały się tylko kolejnym etapem życia, który trzeba przekroczyć, albo
zaliczyć. To samo dotyczy seksu – inicjacji seksualnej.  Jeszcze niedawno, było
to  wiekopomne

wydarzenie w życiu mlodego czlowieka
(ileż to par nie wytrzymało próby czekania na ten pierwszy raz).  Teraz pierwszy stosunek konsumuje się jak
bułkę z masłem, byle jak, byle gdzie, byle mieć to z głowy, nie wypada przecież, mając 16 lat być dziewicą czy prawiczkiem. Jakiś horror! A jak się zdarzy „coś”,
czyli dzieciak, po drodze – w czym problem? Mamy do tego odpowiednie
instytucje, ktore to, tak czy inaczej, za nas załatwią. I bardzo dobrze, że mamy,
ale czy to uczy odpowiedzialności? Wszyscy zrzucają ciężar ze swoich barków
(dzieci, ich wychowawcy – rodzice). Czy dzięki temu, małolaty będą bardziej
doceniać, ważyć to, co w życiu najistotniejsze? Chyba za bardzo wychowanie
dzieci puszczone jest na wolną wodę – macocha stwierdza ze zdziwieniem mówiąc
do 16-letniej Juno „nie wiedziałam, że już jesteś aktywna
seksualnie”. Obce dziewczyny opowiadają sobie bez skrępowania o smakach
kondomów, jakie  zakladają swym chłopakom
na genitalia. Wszystko się pomieszało, zbyt beztrosko i nieodpowiedzialnie, podchodzimy do spraw
największej wagi – do seksu, a w konsekwencji do narodzin. I o tym też, wydaje
mi się, jest ten, nieco przewrotny, film. Z pozoru lekki, ale po głębszym zastanowieniu, mający jednak swój spory ciężar gatunkowy.

Mała techniczna uwaga: pogrubienie, jesli ktoś tak ma, czcionki w tekście, jest tu przypadkowe. Nie oznacza żadnych autorskich podkreśleń. Nie umiem tego zlikwidować. buuu :( :(

 

 

 

 


  • RSS