filmowo blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2009

Historia, na pozór, jakich wiele. Walter, tak mu
na imię, po 12 latach odsiadki, wychodzi z więzienia. Postanawia żyć na
nowy rachunek, ludzie mu w tym przeszkadzają, tylko miłość może go
uratować. Jednak sprawa Waltera jest o tyle bardziej skomplikowana, że
jest pedofilem, a takim wszyscy się brzydzą, nawet ci, którzy w zaciszu
domowym sadzają swoje córki na kolana, mimo, że one tego bardzo (i podejrzanie) nie
lubią.

Były więzień musi stawiać czoła nie tylko nienawiści otaczających go
ludzi, ale przede wszystkim nienawiści i wstrętu do samego siebie, do
swego popędu seksualnego, sile nad którą najtrudniej mu zapanować,
która nawet zduszona, upchnięta gdzieś w najgłębszych zakamarkach
mózgu, czeka tylko na sposobny moment, by dać o sobie znać.

Kevin Bacon w tej trudnej roli sprawił się znakomicie. Jego zadaniem
było pokazanie, że pedofil pedofilowi nierówny. Wśród potworów o
nieodwracalnie przetrąconej psychice, zdarzają się też ludzie, owszem,
wyrządzający wielkie zło, ale świadomi tego chcący z tym skończyć.
Twarz Bacona przez cały film jest niesamowicie spięta, nieruchoma, jego
czujny wzrok wyraża zarówno strach przed bliźnimi, jak i samym sobą.
Jest tylko jeden moment, gdy się rozjaśnia, łagodnieje i Bacon–Walter
ładnieje – rozmowa z dziewczynką w parku („woodsman” – lubi miejsca zadrzewione). Kevin B. świetnie panuje nad
mimiką, oczami, przekazuje nimi wszystkie emocje, od najbardziej
oczywistych, po najmniejsze niuanse. Dramat opowieści oparty jest w głównej mierze na osobie,
ciele tego aktora.

Atmosfera jest napięta, ale nie do przesady. Film jest
bardzo stonowany, nie epatuje nadmiernie ani przemocą, ani jakimiś
drastycznymi scenami. Subtelnie dotyka najbardziej wstydliwych wątków
życiorysu głównego bohatera. A jego czyny są bardziej zasugerowane, niż
pokazane. Akcja dramatu rozgrywa się głównie w głowie i odbija się na
twarzy Waltera czyli Kevina B. Dzieki temu, „Woodsmana” mogą oglądać
także ludzie o słabszych nerwach, ale emaptyczni, otwarci na każdego człowieka,
chcący chociaż w minimalnym stopniu poznać mechanizmy kierujące
jego postepowaniem.
Bardzo ciekawa jest tu postać Vickie (grana przez żonę Bacona – Kyrę
Sedgwick), kobiety skrzywdzonej w młodości w sposób, jaki krzywdził
Walter, która, co ciekawe, jako jedyna, oprócz jego szwagra, nie
odwraca się od niego i postanawia mu pomóc.

Jednym słowem – „The Woodsman” – wart jest obejrzenia, z wielu
względów. Bardzo bolesna i ciągle aktualna tematyka, od której nie
można uciekać wzdrygając tylko ramionami i wykrzykując – ‚wykastrować”,
‚zabić” itp. A poza tym, jak nam sygnalizują autorzy filmu,
kto wie, czy ten który krzyczy najgłośniej, tzw. „szanowany obywatel”,
sam nie ociera się o pedofilię w zaciszu swego słodkiego
wypielęgnowanego domku, gdzie nikt nie słyszy i nie widzi, tylko
dziecko czasem zapłacze, gdy tatuś zaprasza do wizyty na swoich
kolanach. Świetna scena – kluczowa, w filmie –wspomniana już rozmowa
Waltera z dziewczynką w parku.

No i warto spojrzeć, jak sprawę zwolnionych z więzienia pedofili
rozwiązuje się w USA. Wychodzą z odpowiednimi zakazami, wpisami do akt,
które zabraniają im pracy w przeróżnych placówkach oświatowych,
zbliżania się na określoną odleglość do miejsc, gdzie przebywają
dzieci itp. Chodzą regularnie na psychoterapie. A co najważniejsze,
każdy z nich ma indywidualnie przydzielonego policyjnego „anioła
stróża”, który go obserwuje, składa mu regularne wizyty w domu, słucha
jego tłumaczeñ z takich czy innych uczynków.
U nas, niestety, od lat, wiele się na ten temat mówi, od czasu do czasu podnosi się większy raban, a nie
zrobiono do tej pory nawet rejestru skazanych za pedofilię. A tych,
którzy wychodzą na wolność zostawia się bez pomocy, samym sobie. Czyli
każdy pedofil po odbyciu kary może sobie spokojnie dalej robić swoje,
zatrudniając się w przedszkolu czy szkole.

Kobieta i mężczyzna po przejściach spotykają się na dworcu
pewnego radzieckiego miasta. On  jest
jednym z podróżnych, którzy wysiedli w przerwie przewidzanej w rozkładzie jazdy,
by zjeść obiad w dworcowej restauracji, ona, jako kelnerka ten obiad mu serwuje.
Niestety, danie nie przypada do gustu Płatonowi, zostawia prawie nienaruszony
talerz, postanawiając nie płacić za usługę. Z tym nie może pogodzić się Wiera -
za podany posiłek należy się zapłata.  Dochodzi
do kłotni, ostrej wymiany zdań, żadne nie chce ustąpić,  spór kończy się interwencją kolejowej
milicji.  W takich okolicznościach rodzi
się miłość.  Miłość mimo wszystko, mimo
wielu różnorakich odległości  jaka dzieli
mężczyznę i kobietę. Pierwszy dystans to ten fizyczny, liczony w setkach
kilometrów.  Drugi to różnice środowiskowo-statusowe: on  sławny i uznany pianista, ona – prosta
kelnerka;  on – żonaty, ona – samotnie
wychowująca syna, mająca stałego, acz przejezdnego adoratora (wspaniała, krótka,
ale jakże wyrazista rola Nikity Michałkowa)  dostarczającego jej, nie w pełni legalnie, towar
na handel na miasteczkowym bazarze.  Wiele
ich dzieli, to prawda,  ale i łączy, głównie
samotność , powierzchowność związków w jakich od lat żyją,  zżera ich głód prawdziwego uczucia,
zainteresowania, troski, jakiej chcieliby doświadczyć
ze strony drugiej osoby. Znajomość, nie rokująca początkowo dobrze,
zaczyna z upływem każdej godziny przeradzać się w  głębsze więzi, bezinteresowne,  spontaniczne, 
inne, od tych, jakie było im przeżywać wcześniej. Ale czy na pewno… ?

Film posiada zupełnie przewrotne zakończenie. Jedni mogą je
postrzegać  jako przemianę Wiery, która
wreszcie odnajdzie się u boku ukochanego i z walecznej, krzykliwej kobietki
przekształci w potulną, kochającą żonę, podążającą za swoim ukochanym krok w
krok, na dobre i na złe.  Inni, jednak,
odbiorą sceny oddania się Wiery jako ironię i krytykę tradycyjnie pojmowanej
instytucji małżeństwa, gdzie mężczyzna jest od wydawania poleceń, a kobieta od
ich spełniania.  Tak, bo rosyjska
kobieta, ma w sobie wielki potencjał poświęcenia, dla miłości, kochanego mężczyzny,
jest gotowa  oddać wszystko -
zdrowie,  dzieci, pracę, całą siebie i
iść za nim choćby na koniec świata, nawet jeśli tym końcem miałby być obóz dla
więźniów, położony, gdzieś hen, na Syberii . Ot, choćby przypomnieć sobie
„Zbrodnię i karę” F. Dostojewskiego i Sonię wlokącą się za Raskolnikoswem
zesłanym na Północ. Zresztą, o tym często wspomina się w różnych publikacjach
traktujących o współczesnej obyczajowości Rosjan i Rosjanek. Dlaczego w Rosji
tyle jest kobiet zarażonych HIV, ano, dlatego, że podobno rosyjska kobieta nie
odmówi mężczyźnie miłości bez zabezpieczenia, dla niej najważniejsze, jest by
uszczęśliwić swego faceta, może też chodzi o to by go w ogóle mieć, nawet za
cenę własnego zdrowia.

Wielu film Riazanowa postrzega jako komedię romantyczną,
melodramat.  I tak miało być, tak samo
mieli go odbierać również  radzieccy
cenzorzy. Druga warstwa filmu, to olbrzymia krytyka, pomieszana ze śmiechem
przez łzy, socjalistycznej gospodarki rynkowej, sprzyjającej m.in. rozkwitowi
nielegalnego handlu, tzw. spekulanctwa, będącego obiektem walki  radzieckich służb wewnętrznych, a mimo wszystko
zawsze świetnie prosperującego, wskutek kwitnącej korupcji – wiadomo, „tylko
ryba nie bierze”. Spekulanctwo, czyli obrót towarami, których brak na rynku, wg
własnych zasad,   sprzyjało nie tylko
szerzeniu się korupcji, ale także nieprzyjemnemu panoszenie się  wszystkich handlowcow,
traktujących wielkopańsko przymilnych klientów, zdanych na ich łaskę lub
niełaskę.  

Poza tym, mimo sympatycznego romantycznego tematu miłości, z ekranu
wyłania się bardzo niemiły obraz relacji międzyludzkich Kraju Rad.  Zresztą ich
sceną zaczyna się cały film – agresja, opryskliwość, brak empatii, zrozumienia
i zainteresowania  dla drugiego
człowieka, pośpiech, nieuprzejmość – tak odnoszą się ludzie, żyjący w ustroju,
który w założeniu  miał być najbardziej przyjazny dla swych obywateli.

Podczas seansu nieodparcie przypominała mi się inna wersja,
zachodnia,   miłości między podróżującymi
koleją żelazną,  mianowicie „Miłość przed
wschodem słonca” i „Miłość przed zachodem słonca”.  Jest sporo różnic między radzieckim „Dworcem
dla dwojga” a dwoma filmami Linklatera. Przed wszystkim – wiek bohaterów, czas
akcji – Płaton wraz z Wierą mają dla siebie około 48 godzin, a Celine i Jesse mają ich
tylko kilka, a wiąże się to głównie z zamysłem filmowców co do przekazu –
„Dworzec” mimo swej emocjonalnej kameralności, jest jednak filmem większej akcji,
większego zaangażowan w szerzej pojmowane problemy społeczne,  niż „Przed zachodem i wschodem słonca” razem
wzięte, będące tylko i wyłącznie psychologiczną,  intymną opowieścią o spotkaniu kobiety i
mężczyzny, o których niewiele wiemy, tak jak i oni o sobie nawzajem.

Ale oba filmy, mimo wielu różnic wspólnego bądź co bądź tematu tematu,  obrazują  ten sam urok 
przelotnego spotkania, przypadkowej podróżnej znajomości, której
początek bywa wielką, fascynujacą zagadką i nadzieją na spełnienie, a koniec…
może jednak  lepiej, żeby go nie
było…  Tak jak to miało miejsce w „To się
wydarzyło w Madison County”, gdzie miłość zrodzona, również podczas podrózy
(fotograf NG i gospodyni domowa),  pozostała dla kochanków wielkim skarbem i
podporą w ich życiu, mimo, a może właśnie dlatego,  że kobieta nie złożyła na oltarzu miłości siebie
i swej rodziny.

Film ogląda się bardzo dobrze, może jest ociupinkę za dlugi,
można go było skrócić o 20-30 minut, na pewno nic by nie stracił, ani na akcji
ani w swej wymowie. Ale, cóż, socjalistyczne rządy nie żałowały pieniędzy na
kulturę pod warunkiem, że grzecznie się ona prowadziła i nie podskakiwała zbyt
wysoko do rządowych gardeł. Fabuła biegnie podwójnym torem czasoprzestrzeni –
retrospekcja i akcja bieżąca, czyli pobyt Płatonowa w obozie karnym przeplata
się z życiem na wolności. Tak, tak, jednego dnia wielki artysta, bywalec
wielkich sal koncertowych pokocha prostą kelnerkę prowincjonalnej restauracji
dworcowej,  a innego, wskutek różnych
zbiegów okoliczności może znaleźć się  wśród skazańców za kratkami.  Czyli,
jednak wielkie socjalistyczne przesłanie – nie wywyższajmy się jedni nad drugimi, wszyscy jesteśmy równi, fortuna nie wybiera, a już na pewno równi jesteśmy w
obliczu  miłości.  :)

 


  • RSS