Piękna w swej prostocie historia trzech kobiet przybyłych z
głębokiej prowincji ZSRR do stolicy kraju, z nadzieją, że właśnie tam znajdą
swój sposób na życie, a może nawet szczęście. Ludmiła, Katarina i Antonina –  przypadek sprawił, że zamieszkały razem w
hotelu robotniczym, lecz to one same wypracowały sobie przyjaźń, która  połączyła je na długie lata.  Każda z dziewczyn ma inny temperament. Różnią
je także  marzenia, ambicje
jakie wiążą z Moskwą.   Ludmiła i Tosia –  przyjechały tu  głównie w poszukiwaniu pracy i męża.  Z tym, że Tosia, mniej wymagająca, chce
skromnego chłopaka, Ludmiła  zaś – albo
bogatego, albo z dobrego domu, ewentualnie artystę.  Katia zaś, została robotnicą zupełnie niechcący – zabrakło
jej punktów, by dostać się na studia.  Życie z upływem czasu często brutalnie weryfikuje ich plany, burzy marzenia, co nie
znaczy, że dziewczyny  unieszczęśliwia, zgodnie z powiedzeniem, że „co cię nie
zabije, to cie wzmocni”.  Tak, te
rosyjskie kobiety są mocne i dzielne,  niczym pospolite drzewa, jesiony (to o
nich i o szlachetnych lecz wyniosłych dębach jest piosenka, będąca muzycznym leitmotivem filmu), których nasiona
zapuszczają głęboko korzenie, tam gdzie je tylko wiatr poniesie. I one – Katia,
Tosia i Luda, niczym owe drzewa, także wrosły w glebę Moskwy, stały się jej solą, solą z niejednej łzy
wylanej w chwili rozpaczy, rozczarowania nad ludźmi i życiem, które wydawało
się, że gdzie jak gdzie, ale w stolicy, będzie najbardziej fascynujące, a
okazało się tak pospolite, jak u nich, na prowincji. Solą z niejednej kropli potu, jaka spłynęła z
ich czoła, gdy harowały na swoją, i miasta, przyszłość, pracując w piekarni, na hali
fabrycznej, czy ślęcząc po pracy wieczorami nad książkami. 

Te proste kobiety, wywodzące się z klasy
robotniczo-chłopskiej   nieco tendencyjnie przedstawione w opozycji  do przystojnego Moskwiczanina z dziada
pradziada,  dobrze urodzonego w
inteligenckim domu, Rodiona Raczkowa (nazywanego pretensjonalnie na sposób zachodni „Rudim”), operatora telewizyjnego, który uwodzi jedną z
dziewczyn – Katię.  Przedstawia mu się ona, jako córka znanego lekarza, będącego
w rzeczywistości jej wujkiem, za co zostaje srodze ukarana, bowiem gdy prawda wychodzi na jaw (a jest to jeden z
najbardziej tragikomicznych momentów w filmie), mężczyzna urażony, zniesmaczony
wycofuje się. Tak naprawdę to on okazuje się prawdziwym prostakiem w białych rękawiczkach.  Nie
dziwmy się temu, film powstał w latach głębokiej komuny, odwrócenie ról w
filmie (dobry inteligent a zła robotnica), który miał przynieść sukces w tym kraju byłoby raczej trudne.  

Mimo wszystko, mimo tej kłującej w oczy w wielu mijescach tendencyjności fabuły, „Moskwa
nie wierzy łzom” to urzekający film, z rodzaju takich, po którego projekcji
rozpiera Cię szczęście, że dwie godziny nie poszły na marne. Wręcz przeciwnie,
masz wrażenie, że spotkałeś się z przyjaciółmi, którzy naładowali cię pozytywną
energią, choć niekoniecznie opowiedzieli ci wesołą historię.  Poza tym, to zajmujący obraz Moskwy lat 50-tych
i 70-tych. Z nastrojami
panującymi na ulicach  – na przykład: obściskująca  się para zostaje upomniana przez
funkcjonariusza milicji, że zachowuje się nie obyczajnie i ma natychmiast
porzucić swe praktyki;  z uwielbieniem dla ludzi sztuki, szczególnie aktorów – tu jako ówczesne „cameo” – pojawia się na chwilę znany aktor Innokientij  Smoktunowski. Możemy zobaczyć, wyrażnie i z dbałością ukazane, trendy w modzie czy fryzjerstwie wówczas aktualne – tak jakby twórcy filmu chcieli zaznaczyć, że ich ojczyzna nie odstaje w tej materii od reszty świata.  Przemycono także, jak sądzę, cieniutką nutkę autoironii na temat kobiet zatrudnionych na typowo męskich
stanowiskach, co ZSRR ustawiało w kategorii krajów mocno  egzotycznych w cywilizowanym świecie. Ale
takie przecież były powojenne realia. W czasie wyzwalania kraju,  i innych terenów, spod okupacji niemieckiej
zginęło mnóstwo rosyjskich mężczyzn, ktoś więc musiał te rękawy zakasać i wziąć
się do odbudowania i budowania kraju. I tak im to pozostało na długie lata.

Piękny zbiorowy portret ludzi , którzy zaludniali stolicę
ZSRR. Ich marzeń, nadziei, potencjału jaki w nich drzemał. W końcu na decyzję
opuszczenia swych rodzinnych miejsc, 
oddalonych czasem od Moskwy o tysiące kilometrów, było stać tylko tych
najodważniejszych, zdecydowanych, może czasem i zdesperowanych, by wziąć  życie za rogi. No i ta wspaniała ówczesna
solidarność, jaka ich łączyła. To prawda, że bieda przybliża, a bogactwo
dzieli.  Mamy tego świetny obraz w
filmie.  I ciekawostka – już wtedy dziewczyny  narzekały 
na mężczyzn, że to zarozumiałe i zniewieściałe (tak! – juz wtedy) typy, charakteryzujace się wysokim mniemaniem
o sobie, a tak naprawdę niewiele, oprócz wybujałego ego, zamiłowania do
alkoholu i kobiet, mający do zaoferowania. Na szczęście, każda reguła ma swoje
wyjątki,  o czym z czasem, i na
szczęście, przyjaciółki przekonały się na własnej skórze. A jednym z tych
wyjątków jest tajemniczy i fascynujący Gosza, grany przez wspaniałego rosyjskiego
aktora Aleksieja Batałowa (tak, tego od „Lecą żurawie”), który charyzmą jaka od
niego bije, w momencie gdy pojawia się na ekranie, urokiem osobistym, spojrzeniem mógłby konkurować z samym J. Deppem, przynajmniej w moim prywatnym
rankingu.

 W 1981 roku film doceniono, i uhonorowano, Oskarem w
kategorii film nieanglojęzyczny. Nie wiem z kim się  ścigał, ale bardzo dobrze, że wygrał, bo to
wspaniała, czysta, orzeźwiająca opowieść o ludzkim losie, uniwersalnym,  każdego czasu, miejsca i… ustroju, o losie, którego
stery każdy z nas ma swoich rękach, i o tym, że warto być czujnym, nie
przegapić okazji, szczególnie podczas podczas burzy,  by bezpiecznie zawinąć do portu.