filmowo blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2009

Po „Antychryście”  L. Von Triera, tak dla kontrastu,
żeby nie dać się pogrążyć w ciemnościach szatańskiej aury, zaserwowałam
sobie piękną, prostą opowieść, tym razem o pełni akceptacji natury, jej
ukochaniu, podporządkowaniu się jej prawom i życiu zgodnym z jej
rytmem. Mówię o filmie „Himalaya”.
To obraz egzystencji ludzi z bardzo wysokich partii Himalajów. Trudy z
jakimi borykają się oni na co dzień, wynagradza im w pewnym stopniu
niesamowita uroda krajobrazu, z którym obcują od świtu do nocy. Piękna
natura, lecz jakże surowa, nierozpieszczająca swych mieszkańców,
wzbudzająca respekt swą potęgą, ale jednocześnie wdzięczność, że bywa
też czasem dla człowieka łaskawa. Tereny te pozbawione są na dobrą
sprawę roślinności, która mogłaby się przysłużyć tamtejszym
mieszkańcom. Maleńkie poletka, przynoszą za mało plonów, by mogli oni z
nich wyżyć. Jedynie co tam można zbierać w większej ilości, to
kryształy soli. Hodowla jaków zaspokaja w jakimś stopniu
zapotrzebowanie na pokarm (mleko), ale to wszystko za mało. Ludzie, by
zaopatrzyć się w coś do jedzenia, muszą wędrować co jakiś czas górskimi
szczytami, w położone niżej i bardziej zaludnione doliny, w celu
wymiany soli na zboże.
Ale myliłby się ten, kto by przypuszczał, że życie na dachu świata jest
nudne. W świecie, gdzie główną troską jest zapewnienie pożywienia,
czasu na na miłość, na marzenia, na zabawę, na spory i kłotnie nie
brakuje tym bardziej. I tu, jak wszędzie, człowiek nie jest wolny od
namiętności.

Fabuła filmu jest niewymyślna, co nie znaczy, ze nie budująca
napięcie. Oto z dolin powraca karawana jaków z workami wyczekiwanego
zboża Niestety, okazuje się, że jej przewodnik, nie żyje. Jego ojciec,
Tinle, nie wierzy w przypadkową śmierć syna, uważa, że przyczynił się
do niej Karma, który w trakcie wędrówki objął przywództwo karawany.
Tinle nie chce, by Karma był teraz najważniejszy w wiosce, nie może
pogodzić się z utratą całkowitych wpływów na jej los. Nadchodzi czas
kolejnej wyprawy, już pod dowództwem młodego Karmy. Starszyzna, wg
starych zapisów, map nieba, ustala termin wyprawy.
Lecz stary Tinle, pewny swego doświadczenia i znajomości gór, nie
ustępuje, organizuje swoją, niezależną, z udziałem tych, którzy na
pozór się do niej zupełnie nie nadają. Angażuje do niebezpiecznej
wędrówki swego drugiego syna – mnicha, o dłoniach malarza artysty, nie
opuszczającego od lat klasztoru, a także owdowiałą synową i
kilkuletniego wnuka oraz garstkę najstarszych mężczyzn z wioski.
Rozpoczyna się rywalizacja, walka o pierwszeństwo, a w końcu o
przetrwanie.
Przepiekny film także o starości, o tym jak trudno pogodzić się
mężczyźnie z przemijaniem, z faktem nadejsśia momentu ustąpienia
miejsca młodości, gdy ciało już zmęczone, a duch jeszcze tak silny. I z
drugiej strony, to opowieść o wielkim szacunku wobec starości, z jej
pełnym rozumieniem i pełną akceptacją.

Aż chciałoby się przenieść w ten świat, gdzie emocje są tak czyste,
proste, a życie może i wyczerpujące fizycznie, ale za to nie tak
zajebiste, jak nasze stara się być. Tam, gdzie tak naprawdę człowiek ma
tylko jednego pana, a raczej panią, naturę, czuje jej władzę, ale mimo
wszystko, jak to człowiek, buntuje się, po czym skarcony, dziękując za
naukę, wraca na swoje miejsce.

Wartość filmu mocno podbudowuje aktorstwo czyli występ w przeważąjącej
części naturszczyków, albo aktorów z tych rejonów, czyli wszystko co za
tym faktem dalej idzie – oryginalna, piękna uroda tubylców, stroje,
biżuteria (zawsze mnie fascynuje niesamowite zamiłowanie do estetyzmu,
wrodzone wyczucie piekna u ludów żyjących w tak „mało cywilizowanych”
miejscach). No i muzyka! muzyka – kompozycje rodaka reżysera (Erica
Valli – wielkiego entuzjastę i fotografika Himalajów) filmu, Francuza
Bruno Coulaisa, inspirowane nepalskimi motywami – zapierajace dech w
piersiach.
Ten film chłonie się jak zimną wodę w upalny dzień.

A notkę o filmie dedykuję panu Jackowi, który zainspirował mnie, by wreszcie ten film zobaczyć. „Himalaya” – czekał na swój dzień w moich przepastnych pudłach, nagrany jakiś czas temu, w przeczuciu, że kiedyś będę chciała po niego sięgnąć. Właśnie nadszedł ten czas.  Czas przypomnienia, że tak jak dla Tinle szlak solnych karawan, tak i dla mnie pewne obszary życia są już bezpwrotnie zamknięte.

Bohaterami tej, okrzykniętej przez wielu,
niesłusznie, jako skandalizująca i obrazoburcza, opowieści jest On
(Willem Dafoe) i Ona (Charlotte Gainsbourg ). Brak imion, określeń
„mąż”, „żona” to oczywiście znak, że Lars Von Trier ma ochotę na
historię mocno uniwersalną. „On” jest znanym psychoterapeutą, ona chyba
(? – spóźniłam sie na początek) antropologiem, zresztą nieważne.

„Oni” wskutek nieszczęśliwego wypadku utracili kilkuletniego
synka, jedyne dziecko. Chłopiec wypadł przez okno, po tym gdy zaskoczył
Ich podczas aktu miłosnego. Gdy dochodzi do tego typu nieszczęścia,
najczęściej związek Jej i Jego, rozpada się bezpowrotnie. Oni rozchodzą
się w bólu i we wzajemnych pretensjach, pogrążeni w swych oddzielnych
depresjach, bądź obsesjach. Filmowy On zawodowo zajmuje się leczeniem
takich osób, zdaje sobie sprawę z tego co Ich czeka. Poza tym, wydaje
się, że chce pomóc cierpiącej straszne męki żonie, kobieta dręczona
poczuciem winy załamuje się kompletnie. On postanawia ją wyleczyć,
wbrew zaleceniom i zwyczajowi – lekarz, gdy w grę wchodzą bardzo
bliskie osoby nie powinien podejmować się takiego zadanie. Ona się
wzbrania, chce by jednak ktoś obcy objął ją psychologiczną opieką, bo
jak mówi do męża (załóżmy, że byli małżeństwem) – „ty zawsze musisz
mieć rację!”. On jednak się upiera. Ona nie ma sił protestować – ulega.

Okres żałoby dzieli się wg specjalisty na etapy: żal, niepokój, ból,
rozpacz. Gdy żona osiąga stopień niepokoju, mąż decyduje się na
poskromienie demonów lęku, proponuje żonie grę psychologiczną
polegającą na określeniu przez nią głośno źródeł strachu. Niestety, Ona
nie potrafi dokładnie sprecyzować, czego się boi. Wtedy On proponuje,
by określiła miejsca, w których poczuła lęk. Kobieta, o dziwo, wskazuje
las. Ten sam las, w którym tak chętnie, wraz z dzieckiem, spędzała
każdą wolną chwilę. Pada decyzja wyjazdu w zakątek, które będąc
ukochanym na Ziemi, okazało się dla niej najbardziej mrocznym i
niebezpiecznym.

Etap niepokoju, wskutek kliku ćwiczeń terapeutycznych wydaje się być
szybko przekroczony. Ona może już wejść na następny stopień, a jest nim
ból. I od tego momentu zaczynają się prawdzie schody. W tym momencie
narasta w niej, odwiecznie wpajane jej (znaczy im – kobietom) przez
religię chrześcijańską, w kręgu której my Europejczycy żyjemy, poczucie
winy. Poczucie winy i oskarżenia, że to Ona jest nosicielką wszelkiego
zła. Nie na darmo przecież stworzono nam biblijną przypowieść o
kuszeniu Adama przez Ewę – To Ewa jest winna wszelkim nieszczęściom
ludzkim, to przez Nią żyjemy w piekle na Ziemi. I to kobiety, całe ich
kolejne pokolenia muszą odkupować jej winę, cierpiąc wszelkie
upodlenia, poniżenia.

Tak więc i Ona, filmowa bohaterka, całą odpowiedzialność za
nieszczęście w rodzinie bierze na siebie. Ale kobieta z filmów Larsa
Von Triera ewoluuje. To już nie jest Bess McNeill z „Przełamując fale”,
pokorna, zamroczona miłością do kalekiego męża, poświęcajaca swą cześć
i cale życie dla mężczyzny. To już nie są pokorne, rozmarzone Grace z
„Dogville” i „Manaderlay”, albo nawetr Selma z „Tańczącej w
ciemnosciach” ktore zamiast upragnionej miłości i współodczuwania
otrzymują ze strony męzczyzn jedynie gwałt, albo mechaniczne
spółkowanie ewentualnie podłe oszustwo.
„Ona” z „Antychrysta” to kobieta, która zaczyna wreszcie
odzyskiwać świadomość ról i win narzuconych im przez mężczyzn, kościół
katolicki, mający olbrzymi udział w kształtowaniu świadomości calych
społeczeństw.
Mało tego, teraz stojąc na skraju bezdennej rozpaczy, zaczyna wpadać we
wściekłość, szał chęć destrukcji. Ogarnia ją dziki, zwierzęcy popęd – jakby nie
było główna przyczyna grzechu pierworodnego, to z niemożności jego
okiełznania bierze się poczucie winy, uzależnienia, niemożność
uwolnienia się od mężczyzny, i na odwrót – męzczyzny od kobiety, który
nie może się pogodzić z faktem bycia zależnym od seksualności kobiecej.

To natura a wraz za nią KOBIETA ze swą NATURAlną seksualnością,
wiodącą wprost ku naturalnemu rozmnażaniu i przedłużaniu gatunku, jest
Antychrystem. „Ona” wypowiada wojnę Naturze – okalecza siebie, „Jego”,
pragnie całkowitego wyzwolenia, i … znowu staje się winna. I znowu to ONA ponosi karę, jest przegrana w tym pojedynku.

A kobiety i mężczyźni na widowniach kin, na internetowych
forach, uznani krytycy filmowi plują na nią, wołają:
„pierdolona cipa, pizda”. Prawie tak samo, jak mnóstwo mężczyzn na
całym świecie na swe kobiety.

Dokładnie na tym polega prowokacja Von Triera – ci wrzeszczący ludzie
wypełaniają swą rolę na medal! Poniewierają „nieczystą” kobietą, suką
jedną, jak przykazał … ktoś im przykazał?

A filmowy On choć okaleczony, lecz jakże szybko zregenerowany, idzie
sobie w las pojeść jerzyn. Po dobrze zakończonej robocie nalezy się
przecież posiłek – genialna twarz Dafoe w ostatnim kadrze – zadowolenie
z siebie pomieszane z ironią. To dobre samopoczucie „Jego” zostaje
niestety na moment zakłócone przez świadków tragedii „Onej” – lis, kruk
i sarna – trzej żebracy, trzej królowie życia – chaos, ból i rozpacz –
pojawiają się z wymownym spojrzeniem, że są z nim, nie odeszli daleko.

A z oddali przybliżają się do „Onego” setki bezimiennych kobiet, zaraz
chyba go stratują, tyle ich jest. To symbol tych istot, o ktorych
wspomina w swej pracy naukowej „Ona”, żona, którą zaczęła pisać w ich
leśnej chatce, na temat wielowiekowego prześladowania kobiet w
kulturze, nie tylko zresztą chrześcijańskiej, ale o niej się wspomina,
bo to ona jest nam bliska – tortury, palenie na stosie to tylko
cielesne kary, o wiele gorsze są mentalne tortury, jakim kobiety sa
poddawane od wieków – wpajanie im poczucia winy, trakowanie ich jak
zło, w optymistycznej wersji jako mniejsze zło, które od biedy trzeba
tolerować.

W filmie, zresztą jest sporo symbolizmu, Lars Von Trier w tym przypadku bardzo się postarał, w końcu zadedykował swego „Antychrysta” Andriejowi
Tarkowskiemu, ojcu kina symbolicznego poświęconego filozoficznym i
religijnym ponadczasowym problemem człowieka.

Mamy więc, wspomniany marsz kobiet o wymazanych twarzach, ktore
prawdopodobnie będą obecne w sennych koszmarach Jego, mamy jedno z
najpiękniejszych ujęć drzewa, być może symbolicznej rajskiej jabłoni,
pod którym Ewa, czyli Ona zwiodła na pokuszenie Adama, czyli
wzbraniającego się wcześniej przed pokusą, męża/Jego. A spomiędzy
wielkich korzeni drzewa, wyłaniają się dziesiątki rąk ludzkich,
kobiecych, męskich? w każdym razie należy przypuszczać, że są to ręce
grzeszników z winy Ewy.
Są sceny wzięte wprost z obrazów Bosha – ludzkie ciała zastygłe w
cierpiętniczych gestach. Są piekne malarskie sceny niczym senne mary,
komputerowo wykreowane – wszystko po to by opowieść o Adamie i Ewie,
ubraną w piekne szaty kolejny raz sprowadzic do jednej konkluzji – „To
Ona jest winna! Ta pizda!”
(to są oryginalne cytaty z form filmowych).

I na tym, jeszcze raz to powiem, polega prowokacja Triera, ludzie krzyczą to, czego sobie
reżyser życzy. Szkoda, tylko, że większość w to naprawdę wierzy. I
myslę sobie na koniec, że mina Larsa Von Triera może pokrywać się z
uśmieszkiem Dafoe wieńczącym dzieło: Zadowolenie gorzkie, bo prowokacja
się udała i… ironia.

Ja myślę, przy okazji,  że być może niektórzy Von Triera osądzają powierzchownie. On
nie jest mizoginistą, jego znęcanie się nad kobietami, jest przewrotne,
stosuje w swych filmach terapię wstrząsową, tzn. potrząsa kobietami,
krzycząc – „patrzcie jakie jesteście głupie!!” mając nadzieję, ze się
obudzą z marzeń i spojrzą na facetów, na swoje dla nich poświęcenie, na życie, na miejsce jakie w nim zajmują
trzeźwym okiem.  LARS VON TRIER feministą ? Kto wie. On mi wygląda na szalonego. :) :)

Ważne jeszcze inne sceny:

- rozmowa o żołędziach, jako dowód mentalnej przepaści dzielącej
mężczyznę i kobietę. Ona o spadajacych żołędziach mówi jak o łzach
dębu, On żachnał się „nie opowiadaj bajek dla dzieci”. Pan racjonalny,
a Pani emocjonalna.

- on, gdy ona znajduje się w głebokiej depresji z powodu poczucia winy,
dobija ją spostrzeżeniem, że unieszczęśliwiała dzieciaka, zakładając mu
odwrotnie buty. Typowa wrażliwość psychoterapeuty.

- On, na szczycie psychologicznej piramidy, stopniującej poziom
lęków Jej, umieszcza oczywiście, co? Kto zgadnie? Umieszcza oczywiście
Ją. To Ona, kobieta jest sama dla siebie największym zagrozeniem. To dość wygodne założenie, oczywiście nie dla kobiet. :)


  • RSS