czyli

„Antychryst” o Chrystusie

Jak to możliwe, że najlepszy w historii kina film o życiu Jezusa Chrystusa,
dedykowany papieżowi Janowi XXIII i włączony do kanonu zalecanego przez
Watykan, wyszedł spod ręki ateisty, marksisty i homoseksualisty wielokrotnie
oskarżanego i skazywanego na więzienie za obrazę uczuć religijnych,
wyeliminowanego w końcu ze społeczeństwa w bestialski sposób. A może właśnie
dzięki swej „inności” Pier Paolo Pasolini potrafił na tę opowieść spojrzeć
nieco inaczej, w sposób wolny od jakichkolwiek doktrynalnych obciążeń ? Włoski
reżyser dorastał jako wrażliwe dziecko wychowywane zgodnie zasadami wiary
chrześcijańskiej. Z czasem, w miarę dojrzewania, odkrywał być może coraz
większą rozbieżność między teorią a praktyką we wspólnocie wiernych i dążył do
wyzwolenia z religijnych okowów krępujących jego niezależne myślenie. Gdy już
to osiągnął, paradoksalnie poczuł się jeszcze bardziej pokorny i spragniony
ładu, który wprawdzie często uwiera, ale jednocześnie daje duchowy spokój.

Już od pierwszych kadrów „Ewangelii według świętego Mateusza” daje się wyczuć,
że na ekranie odczytuje ją człowiek niekoniecznie wierzący w Boga, ale na pewno
szanujący Jezusa i jego nauki. Człowiek zmęczony, tęskniący za dobrem i dawnym
naturalnym porządkiem rzeczy, marzący o tym, by idee, które kiedyś Chrystus
głosił i za które umarł na krzyżu, zostały wreszcie wcielane w życie (także
przez wyznawców religii katolickiej). Pasolini – na szczęście – nie nakręcił
kolejnej cukierkowej opowieści z dziejów Zbawiciela. Jego film jest bardzo
surowy, ascetycznie oszczędny w środkach (dotyczy to zarówno przekazu jak i
scenografii, kostiumów oraz gry aktorskiej) i wierny Ewangelii – obrazuje
skrupulatnie wszystkie jej rozdziały:
1. „Narodzenie i dzieciństwo Jezusa”; 2. „Czyny Jana Chrzciciela i
przygotowanie do działalności Jezusa”; 3. „Działalność Jezusa w Galilei”; 4.
„Męka i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa”. Przy okazji nadmienię, że film
Pasoliniego to świetna powtórka z lekcji religii, pełna znanych i powszechnie
używanych na co dzień cytatów, które stały się już niemal porzekadłami, choć
nie zawsze jesteśmy świadomi ich pochodzenia.

Co najważniejsze – w ostatniej, czwartej części, nie ma za grosz przemocy. I za
to reżyserowi chwała. Sekwencja męki Jezusa ogranicza się do pojedynczych scen
obrazujących wyśmiewanie go, zakładanie korony cierniowej na głowę i wzięcie na
ramiona krzyża. Potem następuje bardzo krótka, ledwie zasygnalizowana droga
krzyżowa, w końcu ukrzyżowanie. Wszystko – powtarzam – bez zbędnego epatowania
okrucieństwem i brutalnością (żadnego biczowania, strumieni krwi, opluwania,
bluzgania słowami itp.).

Pasolini, tak przecież odważny, kontrowersyjny i bezkompromisowy w ukazywaniu
zła i zepsucia, tym razem oszczędza nasze uczucia religijne i niereligijne. Nie
gwałci intymności cierpienia i poniżenia Jezusa, jak robi to na przykład Gibson
w „Pasji”, która jest dla mnie żelaznym przykładem filmu religijnego pod
publikę i opiera się na braku poszanowania dla Tego, którego się podobno kocha.
Mel Gibson zdecydował się na film obrazujący tylko i wyłącznie samą mękę. W
jego ujęciu ostatnie dwanaście godzin żywota Chrystusa na ekranie spływa krwią,
co niektórych widzów doprowadza niemal do ekstazy porównywalnej z tą, którą
przeżywają gapie obserwujący wypadek drogowy lub jakieś inne ludzkie
nieszczęście. Tutaj jeszcze dodatkowo owo uniesienie może potęgować niechęć,
może czasem nienawiść, wyzwalająca się w stosunku do prymitywnych i okrutnych
oprawców Jezusa. Zdecydowanie nie jest to katolickie, pokojowe podejście do
tematu.

Tymczasem włoski reżyser rzetelnie i bez żadnych zbędnych ozdobników ukazuje
nam pracowitą misję Jezusa na Ziemi oraz wypełnianie kolejnych proroctw
wiodących go na krzyż. Tu i ówdzie słyszy się głosy, że Jezus Pasoliniego to
niemal rewolucjonista. Być może coś w tym jest. Przemowy Syna Bożego są
rzeczywiście bardzo płomienne, i żarliwe. Porywają rzesze przyszłych wiernych
głosząc treści jakby żywcem wyjęte z marksistowskich programów. Chrystus
nakazuje m.in. wyzbycie się zamiłowania do dóbr doczesnych, chwali skromność,
krytykuje bogactwo i obłudę ówczesnych kapłanów, wątpi w szczere intencje
majętnych obiecujących podzielenie się swym bogactwem z biednymi, by tym
sposobem zasłużyć sobie na łaskę Pana („Łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho
igielne niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego”). A przy tym wszystkim
wymaga bezwzględnej wierności, lojalności oraz posłuszeństwa. Ale, czy to może
być zarzut w kierunku Pasoliniego, wszak on tylko przenosi słowa Ewangelii na
ekran. Jeśli komuś nasuwają się jakieś niemiłe podobieństwa między marksizmem a
naukami Jezusa, nie jest to winą reżysera.

Po nakręceniu „Ptaków i ptaszysk”, w których reżyser znowu próbuje szukać
bliskich związków między chrześcijaństwem a marksizmem, ktoś zapytał
Pasoliniego: „Dlaczego wciąż zajmujesz się tematami religijnymi, skoro
jesteś niewierzący?”. „Jeżeli wiesz, że jestem niewierzący, to znasz
mnie lepiej niż ja sam. Być może i jestem człowiekiem niewierzącym, ale takim,
który tęskni za wiarą” – odpowiedział skandalista i obrazoburca. Czy to
nie piękne? I nie smutne zarazem, że tęsknota jest prawdziwa, wrażliwsza niż jej spełnienie?

„Ewangelia wg św. Mateusza” powstała
w 1964 roku, a więc 43 lata temu. Uważam, że ten film nie zestarzał się ani
trochę. Wręcz przeciwnie, na tle współczesnych rozbuchanych produkcji (także
religijnych) jeszcze bardziej fascynuje – nie rozprasza uwagi widza wybujałą
formą skupiając się dokładnie na przekazie treści a nie na jej „złotej” ramie.

Bardzo charakterystyczny jest sposób sfilmowania „Ewangelii”. Wszystkie emocje
Pasolini wyraża przez długie, powolne zbliżenia na oblicza aktorów, których
mimika jest dosyć oszczędna lecz bardzo sugestywna. Zadziwiające doprawdy, jak
reżyser potrafił wydobyć ten jeden, najbardziej trafny wyraz twarzy u, jakby
nie było, całej rzeszy naturszczyków, bo tylko tacy tu grają (starszą Marię odtwarza
na przykład matka reżysera). Dziesiątki oczu, ust, zmarszczek, uśmiechów i
innych grymasów – cała galeria ludzkich uczuć związanych z pojawieniem się
Jezusa na Ziemi.

Na pierwszym planie, oczywiście, twarz najważniejsza – Zbawiciela. Trochę inna
niż ta, do której przywykliśmy (nie ma np. charakterystycznych długich włosów).
Widać, że jest to twarz człowieka wywodzącego się ludu, lecz o inteligentnym
wyrazie, zazwyczaj mocno skupiona, uduchowiona, jeden jedyny raz rozjaśniona
uśmiechem (scena z dziećmi). A należy ona do Enrique Irazogui, wówczas
studenta, pół Żyda, pół Baska. Pozostali aktorzy to bliscy znajomi reżysera,
jego rodzina, ludność zamieszkująca plenery zdjęciowe. Scen zbiorowych jest
niewiele – jeśli już, to filmowane raczej z bardzo dalekich ujęć. Krajobrazy,
surowe niczym oblicza wieśniaków zaludniających ekran, także współgrają z
ascetyczną konwencją filmu. Często posępne i smutne, gdzieniegdzie tylko
urozmaicone skromnym akcentem roślinnym czy jakimś domostwem. Nic nie jest w
tym filmie tak ważne jak Jezus i jego żarliwe nauki.

Kilka ekranizacji życia Chrystusa już widziałam. „Pasja” Gibsona mnie
zniesmaczyła. Inne raczej znużyły, były sztampowe, robione na zamówienie albo z
braku pomysłu na inny film. „Ewangelia wg świętego Mateusza” według Pier Paolo
Pasoliniego porwała mnie jak żadne inne dzieło tego gatunku. To film zrobiony z
potrzeby serca – prosty i po prostu. Wielki.