Ten
„Wieczór” spędzimy w gronie gwiazd światowego formatu, szczególnie, jeśli
chodzi o kobiety – jest tu Vanessa Redgrave, jej córka Natasha Richardson,
Meryl Streep, Toni Collette i Glenn Close, także Claire Danes i Eileen Atkins.
Towarzyszą im nieco mniej zasłużeni, ale też znani, panowie – Patrick Wilson
(ostatnio świetne role w „Małych dzieciach” i „Pułapce”), obok niego Hugh
Dancy, coraz wyżej wspinający się po szczeblach kariery oraz pamiętany z
dawnych seriali Barry Bostwick. Nic, tylko się z tego cieszyć – pod koniec
filmu okaże się, że owo doborowe towarzystwo będzie jego jedyną i największą
zaletą.

„ Wieczór”, wyreżyserowany przez operatora Lajosa Koltaia, nie należy do
najweselszych. Taka już specyfika tej pory – radosna i wystrzałowa bywa tylko
niekiedy, z reguły jest bowiem czasem pożegnań, chwilą pogodnej lub
przepełnionej smutkiem refleksji nad minionym dniem. Nie wiemy nic o
schorowanej Ann Lord (V. Redgrave), z którą spotykamy się od pierwszych kadrów.
Widzimy ją skazaną na leżenie w łóżku, cierpiącą bardziej psychicznie niż
fizycznie. Co chwila zapada ni to w półsen, ni w marzenia, przenosząc się w
czas młodości, gdy była piękną, smukłą, nietuzinkową dziewczyną (C. Danes),
zawodowo spełniającą się jako wokalistka jazzowa i pełną nadziei na wspaniałą
przyszłość u boku ukochanego mężczyzny. Starsza kobieta poruszona swoimi
wizjami co chwila wypowiada imię „Harris”, jednak jej dwie dorosłe córki (T.
Collette i N. Richardson), które przyjechały, by towarzyszyć jej w ostatnich
dniach, nie znają nikogo tak nazywanego. Domyślają się, że był to zapewne ktoś
bardzo ważny w życiu matki. Być może wcześniej wypierany z pamięci, powrócił
teraz, by pożegnać ją w ten ostatni wieczór. Towarzysząc Ann w jej rojeniach,
jesteśmy w znacznie lepszej sytuacji niż córki. Poznajemy jej najlepszych
przyjaciół, Lilę i jej brata, Buddy’ego oraz syna służącej w domu rodzeństwa,
Harrisa, rzucającego miłosny czar na wszystkich, których spotka. Jak się
okazuje, nie można go nie kochać. Ann również się o tym przekonuje. Ale czy
zwiąże się z nim na dłużej? Czy będzie jej mężem i ojcem ich dzieci?

Raczej nie, skoro córki umierającej Ann nie znają nawet jego imienia. Dlaczego?
Co takiego się wydarzyło, że los ich nie połączył? Tego już się nie dowiemy.
Domyślamy się, że z jakichś bliżej niesprecyzowanych powodów wyszła za mąż za
innego. Czy wobec tego możemy współczuć i wczuć się w jej rozterki i tęsknoty,
skoro nie mamy pojęcia, dlaczego tak się stało? A może nie musimy wcale
wiedzieć, czemu któregoś dnia młoda jeszcze Ann spotyka Harrisa przywołującego
taksówkę dla siebie i stojącej niedaleko żony z dzieckiem? A może nawet, gdyby
to z nią się kiedyś ożenił, byłaby równie zmęczona i zgorzkniała jak tego
wieczoru? Co gorsza – wtedy jej wyobraźnia nie miałaby tak wdzięcznego punktu
odniesienia i zwiędłe usta Ann, zamiast szeptać imię ukochanego, zaciskałyby
się z bólu fizycznego.

Możemy sobie tak „gdybać” do woli, jeśli jeszcze
jesteśmy w stanie, bo film naprawdę nuży i nie budzi żadnych empatycznych odruchów.
Możemy, patrząc z perspektywy fotela kinowego na swe własne życie, pocieszać
się wspólnie z Ann i jej dziećmi, że nie ma złych decyzji, gdyż nie ma
idealnych rozwiązań. A my nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak potoczyłoby
się nasze życie, gdybyśmy ich nie podjęli. Najważniejsze, by w ogóle żyć i
jakkolwiek decydować o sobie. To mało odkrywcza prawda, lecz na pewno warta
przypomnienia – jednak tym razem niezbyt zajmująco, przejrzyście i sugestywnie
przekazana.


„Wieczór” reklamowany był szumnie jako dzieło twórców „Godzin”. To spore nadużycie. Te dwa filmy łączy jedynie Michael Cunningham, jak wiemy, autor
powieści „Godziny”, która Davidovi Hare posłużyła jako baza do scenariusza
przeniesionego później na ekran przez Stephena Daldry’ego. W przypadku
„Wieczoru” pisarz tylko współtworzył scenariusz (razem z Susan Minot).
Przy filmie pracowało aż dwóch węgierskich operatorów. Jeden z nich to
wspomniany już Lajos Koltai ( przyczynił się kiedyś do sukcesu m.in. „Maleny”),
debiutujący jako reżyser dwa lata temu „Losem utraconym” według nagrodzonej
Noblem powieści swego rodaka, Imre Kertesa. Drugim jest Gyula Pados ( pracował
z Koltaiem również przy „Losie utraconym”). Zrobił do „Wieczoru” zdjęcia
wprawdzie bardzo malownicze lecz mało oryginalne, jeśli chodzi o plener.
Przypuszczam, że wina za brak głębi i prawdziwego życia w „Wieczorze” nie leży
po stronie realizatorów – operatorów, z których jeden postanowił po raz drugi
przedzierzgnąć się w reżysera.

Tym razem, wg mnie, zawiódł scenariusz. Nie przykuwa on w żaden sposób uwagi
ani ciekawymi, wartkimi i błyskotliwymi dialogami, ani zwrotami akcji, czy
pełnokrwistymi bohaterami. Każda z postaci jest tu zaledwie naszkicowana,
niedopowiedziana, niepełna. Być może tandemowi Cunningham i Minot chodziło o tę
niewiadomą potwierdzającą tezę o niewłaściwości żalu podjętych w życiu decyzji.
Żebyśmy do końca nie wiedzieli, czy Buddy pocałował Harrisa, ponieważ go
pożądał, czy mu się pomyliło, bo był pijany; żebyśmy nie byli pewni, czy Harris
pokochał Ann, czy była dla niego tylko miłą chwilową odmianą w nudnym życiu na
nadmorskim pustkowiu…

W podobnie niedopowiedziany sposób zarysowane są dorosłe córki Ann. Jedyną
wyrazistą postacią pozostaje jej przyjaciółka, Lila, odtwarzana przez Meryl
Streep (bohaterka w starszym wieku) i jej córkę Mamie Gummer (w młodszym). Lila
to kobieta stąpająca twardo po ziemi, która wiedząc, że nie może być z
ukochanym Harrisem (tak jak pisałam – łamał serca wszystkim, których spotkał na
swej drodze), postanawia zabić swe uczucie, wychodząc za mąż za innego, ale i
nie narzekać, nie żałować, żyć w zgodzie z tą decyzją. Lila odwiedza
umierającą, zanurzoną we wspomnieniach Ann, rzuca jej w wielkiej przyjaźni parę
rozsądnych słów, odzierając z mitu postać Harrisa. Myślę, że ostatecznie uspokoiła
swoją przyjaciółkę przed zgaśnięciem wieczoru. Nie wiemy, czy ona sama znajdzie
takie ukojenie gdy nadejdą jej ostatnie chwile.
A my tymczasem, pożegnawszy biedną Ann, nie czujemy się specjalnie wzbogaceni i
pokrzepieni duchowo. Lecz pomni nauk płynących z ekranu, wybaczamy sobie wybór
„Wieczoru”, by cieszyć się beztrosko perspektywą następnych, bardziej udanych
filmów.