filmowo blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2009

Lepiej późno niż wcale, a więc nadrabianie zaległości
w słowach o ubiegłorocznym festiwalu ENH we Wrocławiu. Drugim, jaki miałam
okazję „zaliczyć”, i pewnie już ostatnim, choć taka byłam w nim zakochana. Niestety,
namiętność mnie spaliła, ale pozostały naprawdę dobre wspomnienia, jeśli chodzi
o to wielkie filmowe wydarzenie. Oto kilka słów ( które zamieściłam także w innym oczku sieci) o
trzech wybranych filmach. Łączy je jedno – „harmonia”, tak bardzo mi
teraz bliskie, a jeszcze niedawno tak dalekie.

 

 
 

Węgierska „Delta” – wchodzi w tym miesiącu na ekrany
polskich kin. „Kwiat wiśni – Hanami” – emituje, na platformie Cyfra +, Cinemax.
Przy okazji polecam także inne filmy Doris Dorrie, również dostępne na Cyfrze: „Nadzy”
i „Oświecenie gwarantowane”. A jeśli chodzi o „Pieśń wróbli” – liczę na „Ale
Kino!”. I polecam.

“DELTA” (reż. Kornel Mundruczo), czyli powrót syna marnotrawnego na łono
rodziny, żyjącej w wiosce położonej w przepięknej delcie Dunaju. W domu wita go
matka, a także nieznany mu ojczym i siostra. Nowopoznani brat i siostra czują, że wreszcie
odnaleźli w sobie nawzajem bratnie dusze. Na rzece budują wspólny dom. Rodzi
się uczucie. Piękne, głębokie i niebezpieczne, niczym woda na której
zamieszkali. Bardzo poetycki obraz, subtelny i cichy, bez zbędnych słów i
namiętnych scen, ale za to z całą gamą odgłosów przyrody i naruszających jej
spokój działań człowieka – plusk wody, szum wiatru, kumkanie żab, śpiew ptaków,
szelest traw, stukot młotka, trzask siekiery – wszystko to w zgodnym rytmie z
piękną ścieżką dźwiękową skomponowaną na skrzypce i wykonaną przez
odtwórcę głównej roli męskiej F. Lajkó. Właśnie – “harmonia”- to słowo wydaje
się być przewodnim w tej historii. By życie mogło płynąć swoim nurtem jest ona
konieczna.

“KWIAT WIŚNI – HANAMI” (reż. Doris Dorrie). Historie przeróżnych zderzeń. Kultur wschodu i zachodu. Pokoleń.
Mężczyzny i kobiety. Męża i żony. Życia i śmierci. Ale nie każde
zderzenie musi być katastrofą. Choć trzeba uważać na obrażenia wewnętrzne
podmiotów biorących w nim udział. Czasem urazy odzywają się po latach, a czasem
nawet nie wiemy, że je mamy. A czasem… zderzenia, rodzące chaos, mogą być, wbrew pozorom,
początkiem harmonii i spokoju. Ważne, by żyć z uwagą i ciekawością dla drugiego
człowieka, a już tym bardziej dla bliskiego. Bo jakże często relacje
międzyludzkie bywają takie, że jesteśmy obok siebie, co dzień, przez długie
lata, jak obcy, z czego zdajemy sobie sprawę, albo i nie, dopiero, gdy życie
się kończy.

“PIEŚŃ WRÓBLI”. Najnowsza produkcja mojego ulubionego irańskiego reżysera
Majida Majidiego. Nie wiem, jak on to robi, ale każdy jego film oglądam z
napięciem i uwagą godną najwyższej klasy angielskiego thrillera. Tak było i tym
razem. Mimo, że jak zawsze Majidi, snuje opowieść o losie przeciętnych ludzi,
żyjących na głębokiej prowincji Iranu, zmagających się z codziennym życiem i
wszelkimi przeciwnościami losu – “biednemu zawsze wiatr w oczy wieje”. Może
moja fascynacja bierze się z faktu, że najpiękniesze jest to, co najprostsze.
Życie bohatera “Pieśni wróbli” toczy się według odwiecznych reguł: by coś
dostać trzeba coś dać, chytry dwa razy traci, nie wzbogacisz się na krzywdzie
ludzkiej itd. Jego los jest ciężki, bo ma rodzinę, którą musi utrzymać, ale
która jest jednocześnie jego opoką, bez niej byłby nikim. A jeśli spotyka go
coś złego, to zawsze ze strony ludzi z miasta. Lecz jednocześnie to samo miasto
daje mu szansę na lepszy byt. Pozorne sprzeczności, zbilansowanie wyrządzonych
krzywd i zasług. Harmonia życia.

Czas na
krótkie wspomnienia z festiwalu „Prowincjonalia 2009″. W tym roku,
niestety, widziałam bardzo niewiele filmów. O, może wymienię, zajmie to
naprawdę bardzo mało miejsca: „Luksus” (krótki metraż), dokumenty:
„Afrykański sen” Władysława Jurkowa, „Fabryka wolności” Macieja Walczaka i fabuły, te bardziej
znane czyli: „Rysa” Michała Rosy, „Drzazgi” Macieja Pieprzycy i mniej – „Kup
teraz”, Piotra Matwiejczuka „11 nie uciekaj”  Roberta Wrzoska. Inne albo już znałam, albo musiałam
zrezygnować ze smutkiem z ich projekcji – z przyczyn obiektywnych. Spróbuję co
nieco opowiedzieć o każdym z wymienionych tytułów. Zaczynam od „Luksusa” (tak, tak „Luksusa” nie
„luksusu”).

„Luksus”, czyli
krótkometrażowy film fabularny,  etiuda filmowa, bardziej poetycko rzecz
ujmując. Zrealizowany przez Jarosława Sztanderę (reżyseria, scenariusz,
montaż), mającego na koncie już dwa filmy krótkometrażowe po około 15 minut
każdy. „Luksus” ma tych minut już  prawie 40, a więc reżyser być może
wkrótce zmierzy się z filmem pełnometrażowym. I być może z sukcesem, jako, że
na tegorocznych Prowincjonaliach za „Luskusa” otrzymał Nagrodę Publiczności -
„Jańcio Wodnik” za najlepszy krótkometrażowy film fabularny . Początkowo
myślałam, że jest to dokument fabularyzowany, z naturszczykiem w roli głównej
grającego samego siebie. Niestety, chyba się myliłam. Jest to historia z półki z
tematami, do których polscy filmowcy zaglądają rzadko, z racji ich niewygody,
dla twórców jak i narodu-odbiorcy, który w dużej części nie ma odwagi spojrzeć
na siebie krytycznie i przyjąć do wiadomości, że jest nękany wszystkimi
chorobami i nieszczęściami jakie tylko na świecie istnieją, z prostytuującą
się  homo-pedofilią na czele. „Luksus” – to ksywa uroczego blondaska,
urzędującego na warszawskim Dworcu Głównym, który niestety, mimo swych około
18-19 wiosen, musi wypaść z gry, jako że w branży, w której pracuje osiągnął
już wiek emerytalny. Przyjmuje to z niedowierzaniem, smutkiem i trwogą, gdyż
teraz jedyną formą jego zarobku będzie dostarczanie chętnym podtatusiałym
klientom innych „luksusów’, czyli chłopców w okolicy 12-13 lat.  No
niestety, wymagania klientów wraz z ich wiekiem rosną, Luksus, aby przeżyć musi
im sprostać. Koniec już z wyjazdami do Egiptu, do kilkugwiazdkowych zacisznych
hotelików, pozostają tylko wspomnienia i ciężka harówa naganiacza. Przypadek
styka go z  uroczym żebrzącym na dworcu blondynkiem, z prześlicznym psem,
który umie i lubi jeść paluszki. Finał historii jest mocno przewidywalny. 
Tu przypominam pewną starą sceanariuszową prawdę o broni, która nigdy nie
pojawia się w filmie bez powodu.  No tak. Niby temat bardzo bulwersujący,
poruszający, obnażający etc., potrzebny w kinie, szczególnie polskim, ale tak
jakoś, wg moich odczuć, zrobiony bardziej ze względu na to właśnie
zapotrzebowanie, na jego specyficzną atrakcyjność, na chwytliwość niż z
potrzeby serca. Nie przejął mnie los tych dzieci, choć powinien, i nie pomógł
nawet świetny zazwyczaj Zbigniew Zamachowski, którego udało się reżyserowi
namówić do współpracy. Po filmie pozostałam z wrażeniem,  że nakręcono go,
nie tylko dlatego, żeby ujawnić problem, potrząsnąć tymi co przed ekranem, ale
także z  przekonania, że nic tak nie działa na widza, jak krzywda małego
blondynka z fajnym pieskiem,  wrabianego w seksualny biznes  przez
niewiele starszego blondynka (choć tlenionego).

„Luksus”
zdobył kilka nagród na krajowych i zagranicznych festiwalach filmów
krótkometrażowych.  Z pewnością więc ma zalety, które dostrzegli
oceniający go fachowcy. Moje kryteria, którymi są dreszcze na plecach podczas
seansu, mówiły temu filmowi „nie”, to znaczy w ogóle się nie odzywały. Historia
ma potencjał, to oczywiste, ale moim zdaniem, jak na 38 minut została
efekciarsko przeszarżowana. Oczekiwałam bardziej czegoś w rodzaju małej
psychodramy, a otrzymałam spory, ale średniej jakości, kryminał.


  • RSS