filmowo blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2009

Oj,
niewesoły to film, choć komedią nazwany. Fakt – sporo w nim zabawnych momentów, ale po
seansie pozostawia gorycz. Tytuł filmu – jak najbardziej adekwatny do treści.
Śledzimy bowiem losy dwóch panów, obaj w średnim wieku: Daniela (D. Auteuil) i Alaina (P.
Arditi), którzy przyjaźnią się ze sobą i równocześnie przeżywają romanse, rzecz jasna pozamałżeńskie. A każdy
z nich ma inne podejście do zdrady.
Daniel to mężczyzna konkretny, zawsze wie czego chce i twardo dąży do celu. Zresztą
to widać po ilości jego żon. Ma już drugą, a za chwilę, będzie miał trzecią.
Nigdy nie okłamuje swej partnerki, której przecież przysięgał dozgonną miłość. I zawsze walczy jak lew
o swe nowe szczęście. Może czasem odezwie się w nim sumienie, ale szybko je
uspokaja – nie on pierwszy i nie ostatni. Jest przecież jednym z
milionów mężczyzn sobie podobnych, niefrasobliwych – zawsze zakochanych, i
zawsze w nowej i młodej kobiecie. Alain natomiast to ciepłe kluchy. Taki ciapciak, pysiaczek swej żonki. Stojący
w rozkroku miedzy nią i kochanką, obie uwielbia i życia bez nich
sobie nie wyobraża. W końcu ląduje w psychiatryku, a w rezultacie terapii w łóżku swej
żony. Przynajmniej na jakiś czas. Postawa którego pana nam się bardziej podoba? Którym panem panowie
życzyli by sobie być? Którego męża by panie wolały:
a/  szczeregodo bólu, bezkompromisowego, stawiającego odważnie czoła nowym
miłosnym wyzwaniom Daniela, czy:
b/ Alaina -  zakłamanego, aczkolwiek rozkosznego, zawsze zawijającego po burzy do
bezpiecznego portu, jakim jest żonka, a dokładniej jej łóżko i stół w jadalni?
Tak źle i tak niedobrze. Wszystko jedno – odejdzie czy zostanie. Zawsze ktoś
będzie cierpiał. Najlepszym wyjściem byłoby żyć zgodnie z szóstym przykazaniem.
Ale wtedy, po co ono by było?
„Jeden odchodzi, drugi zostaje” to bardzo spokojny film o niespokojnych momentach z życia panów w średnim
wieku. Zrobiony przez mężczyznę. Dlatego miło, że jest aż tak krytyczny. Bo
niby jest w nim zrozumienie męskiej natury, ale takie trochę z politowaniem –
starsi panowie szamoczący się w miłosnych pętach narzuconych im przez młode i
bardzo wymagające panie, nie zawsze wyglądają imponująco, szczególnie fizycznie. Mamy na to
w filmie dowód w postaci paru zabawnych scen w negliżu, na szczęście nie w
wykonaniu Auteuila, a Pierre Arditi.
 Natomiast Daniel Auteuil jako Daniel, zakochany niczym nastolatek w kobiecie prawie w
wieku swego syna z pierwszego małżeństwa, wypada znakomicie. I wcale nie dziwimy się,
że dla niego Charlotte Gainsbourg (Judith) porzuciła z miejsca swego męża.
Wierzymy, że Daniel jest o niebo namiętniejszy, ciekawszy, zabawniejszy,
seksowniejszy, rozmowniejszy i szalony niż ten jej młodzik. Ot choćby ten pocałunek na pierwszej randce w lokalu przy kawie, rzut ich obojga na łóżko w sklepie
meblowym i gorące pocałunki przy klientach, kupowanie nowego i większego
mieszkania dla swej wybranki i te oczy Daniela A., ciągle gorejące węgielki, a między nimi
ten frapująco krzywy nos! Każda by sie w Danielu zakochała! Mówiąc całkiem poważnie – już nie od dziś i nie od tego filmu wiemy, że Auteuil
doskonale sprawdza się w rolach przeciętnych mężczyzn, którym los pewnego dnia
stawia wyzwanie, a oni je podejmują. Tak jest i tym razem. Film, jak i aktorstwo wspomnianych wyżej, polecam, jeśli tylko nadarzy się komus okazja. A wpis ten (wyciągnięty z mocih przepastnych archiwów) poświęcam Danielowi Auteuil właśnie, którego juz dawno w niczym nowym nie widziałam, to się i stęskniłam. :)

* A 12.01.2009 – zmarł reżyser filmu Claude Berri. :(


 

„Budzę się w nocy i nie mogę spać, słuchając jego oddechu. On kocha nas
tylko dla siebie. Tak jak rzeczy. Boże, od lat żyjemy w ten sposób. Czemu jestem
taka samotna? Dlaczego on nie rozmawia już  ze mną  tak
jak kiedyś? A może tylko wydawało się, że rozmawiamy… Nie będę potrafiła
niczego mu wytłumaczyć. Muszę coś zrobić. Jeżeli tak dalej będzie, wszystko
umrze. Nie chcę wydawać na świat umierającego. Możemy żyć bez umierania. Jest
taka możliwość […] Nie wiem jaka, ale wiem, że jest. Ale jest to możliwe tylko
razem, jedno dla drugiego, razem. To niemożliwe w pojedynkę. Nie ma sensu. To
błędne koło. Jak mam mu to wytłumaczyć, by zobaczył, co robi i zrozumiał?”

To najważniejsze słowa „Wygnania”, które objaśniają motywy postępowania
Very, objawiającej mężowi, że będzie miała dziecko, którego ojcem jest jego
przyjaciel – Robert. Co się wydarzy? Czy mąż wzniesie się ponad swój egoizm,
swoją miłość własną, zrozumie, że najważniejsza jest ta przyszła, niewinna, nowonarodzona
istota, która przecież nie prosi się na świat, nie wie,  kto jest jej ojcem, dla niej, by nie umierać
za życia,  najważniejsza jest miłość i
świadomość, że kocha się ją dlatego tylko, że zaistniała, wszystko jedno z czyjego
nasiona. Czy warto było Verze ryzykować i posłużyć się kłamstwem, by jej mąż
Alex, zobaczył i zrozumiał, tak jak tego pragnęła, że życie bez umierania jest
możliwe tylko razem, jedno dla drugiego, bez miłości własnej na pierwszym
planie.  Czy Alex zrozumiał, co
to jest miłość? Czy mężczyźni nie rodząc dzieci, znają miłość bezwarunkową,
jaką znają kobiety będące matkami?

 
„Wygnanie” – jeden z pięknieszych, mądrych, filmów, choć bardzo chłodny, dostosowany nastrojem
do wyjałowionego z uczuć życia będącego udziałem współczesnych,  o światach kobiet i mężczyzn, którym
tak  trudno się spotkać i zrozumieć, by
dojść razem do krainy szczęścia – raju.  Film, jak piszą znawcy, ma wiele odniesień do
Starego i Nowego Testamentu, do mistrza Andrieja Tarkowskiego, z którego
Zwiagincew czerpie garściami (swoją drogą – dla mnie chyba już najwyższy czas,
by zacząć powtarzać filmy Tarkowskiego) – zapraszam więc do przeczytania bardzo dobrej,
fachowej, przystępnej, odkodowującej reżyserskie szyfry, recenzji pani Magdaleny Kempnej:    http://artpapier.com/?pid=2&cid=3&aid=1245

Jerzy Skolimowski po 17 latach postanowił powrócić na
ekrany. Po niezbyt udanej adaptacji „Ferdydurke” (do czego zresztą
sam sie ze skruchą w wywiadach przyznaje, wierzę mu na slowo, bo jeszcze nie
widziałam), zdecydował się na skromną, bezpretensjonalną kameralną opowieść
o…. no właśnie, o … czlowieku, jakże by inaczej, o jego samotności, o
wielkim beznadziejnym pragnieniu miłości i o tym jak trudno mu o porozumienie z
drugą istotą taką jak on.

Film polecam tylko tym, którzy są w stanie znieść sporą
dawkę goryczy. Ale taka też jest i rola kina, które ma nie tylko bawić, lecz
czasem pobudzić do refleksji, nie zawsze wygodnych, ale przecież, wartych
przerobienia, by wysnuć z nich jakieś być może i pozytywne wnioski.

Natomiast zdecydowanie nie polecam wrogom kina polskiego, narzekającym, że w nim tylko bieda piszczy.  Mizeria życia w “Czterech nocach z Anną
wyziera bowiem z każdego kadru, z każdego filmowanego kąta i każdego zakamarka
polskiej prowincji, będącej tłem dramatu. Jak rzekł Skolimowski, do napisania
scenariusza został zainspirowany wydarzeniem opisanym w prasie, a dziejącym się
gdzieś na wschodzie Azji. Chodzi o dość specyficzne randki –nieśmiały mężczyzna,
zakochany w znanej tylko z widzenia kobiecie, zakrada się nocą do jej domu, by
pobyć choć parę krótkich milczących chwil u boku dziewczyny pogrążonej w
głębokim śnie. Polski reżyser zauroczony tą historią, czemu się zresztą nie
dziwię, pomysł na scenariusz – wspaniały, osadził ją w szarym miasteczku swej
szarej ojczyzny. I dobrze, bo jednak, mimo, że tak nie lubimy się do tego
przyznawać, ale ciągle przecież jesteśmy prowincją Europy, i mentalną i fizyczną.

Z ekranu czarna rozpacz leje się strugami. Akcja dzieje się w zaplutym miasteczku, przeciętym rzeczką, którą spływają do morza różności, także krowie zwłoki, na przełomie późnej, bardzo
słotnej jesieni i szaro-brudnobiałej zimy. Głównym bohaterem jest mężczyzna w
okolicach 40-tki, wyglądający na lekko opóźnionego umysłowo, ale po chwili
orientujemy się, że to tylko (albo aż!) chorobliwa nieśmiałość, która bardzo
ale to bardzo utrudnia mu życie i pakuje w różne tarapaty. Leon (tak ma na imię
ów odludek nie z wyboru) pracuje w przyszpitalnej spalarni odpadów, także organicznych.
Po pracy udaje się do swej nory, umiejscowionej tuż przy szpitalu, gdzie
opiekuje się umierającą babką. Jedyną jasną stroną jego życia jest jedno z
okien hotelu dla pielęgniarek, należącego do pokoju Anny. Każdego wieczoru, po
wypełnieniu wszystkich obowiązków, mężczyzna przystępuje do obserwacji krzątającej się za szybami kobiety (świetna Kinga Preis – moja ulubiona aktorka).
Jest to najzwyczajniejsza, najbardziej przeciętna osoba pod słońcem To, że została obiektem
fascynacji Leona zawdzięcza tylko temu, że okna jej mieszkania są naprzeciwko
jego okna. No i to, że jest sama. Acha, być może także temu, że Leon któregoś paskudnego
dnia był świadkiem gwałtu na Annie. To wydarzenie mogło pozostawić ślad w jego
psychice, być może także w wyobraźni… Podpatrywana kobieta ma co prawda grupkę
znajomych, ale ci zawsze opuszczają ją, gdy nadchodzi noc. Pewnego wieczoru,
Leon postanawia przekroczyć ramy okienne i zbliżyć się jeszcze bardziej do
obiektu lokalizacji swych uczuć.
 A my, będąc świadkami tych swoistych  intymnych peregrynacji Leona poza parapet okna
na przeciwko,  sami już nie wiemy, czy on
kocha ją, czy swe pragnienia, by mieć kogoś bliskiego, kogoś!? – o kobietę mu konkretnie
chodzi, taką którą mógłby otoczyć troskliwym ramieniem, na co dzień sprawić, by
mogła sobie po pracy odpocząć, a od wielkiego święta kupić jej piękny  pierścionek.

Momentami film ogląda się jak kryminał, ale otrząsamy się z napięcia, w jakie
wprowadzają nas poczynania Leona i zdajemy sobie ze smutkiem sprawę, że oto
przecież widzimy dramat mężczyzny i  kobiety, obojga równie samotnych,  tak samo głodnych uczuć, a jednak podobnie nieszczęśliwych, choć żyjących tak blisko siebie, w oddaleniu
zaledwie kilkudziesięciu metrów, a jednak nie potrafiących sobie pomóc . Dlaczego? Z braku śmiałości, empatii, chęci zrozumienia i odwagi
poznania drugiego człowieka?  A może  z
powodu  nieporadności,  zbyt powierzchownego oceniania bliźnich
,  a także  ze strachu? przed czym? przed drugim takim
samym człowiekiem? przed rozczarowaniem, przed poczuciem krzywdy, której już
wcześniej się doświadczyło… albo też –  nie wiedzą jeszcze, nie dopuszczają do siebie prawdy, że
są zdolni kochać tylko samych siebie.. cierpią więc i tęsknią na próżno.

„Doszło do tego, że kiedy ich grupa miała
spotkanie z siwiuteńkim, artretycznym Antonionim, Anglik (bohater powieści „Niskie
Łąki” Piotra Siemiona, studiujący reżyserię w USA) zaczął kwestionować obsesję europejskiego kina na
punkcie słowa „film”: Spójrzmy trzeźwo, „film” to imperialny odruch, sztywna
błona, którą strażnicy ikonosfery usiłują szczelnie rozciągnąć nad
rzeczywistością, aby ją zamętnić i unieruchomić jak muchę, co innego tutejsze
pojęcie, jakim jest „movies”, ruchome obrazki, wielobarwny wir, który się układa
we wciąż nowe figury, wymykające się totalizmowi Znaczenia…

- Co pan powie? – uprzejmie, przez tłumacza,
zdziwił się wtedy Antonioni, poprawił grube, czarne okulary i już pod adresem
całego trzydziestoparoosobowego studenckiego audytorium zauważył: – Sam kiedyś
podobnie myślałem, chciałem pokazać tę rozmaitość konstelacji na kliszy… Tę
niedocieczoność postrzegania… Przybliżenia… To było dawno. Ale film to nie
obrazki. Kino nie jest o tym, że widzę, kino jest o tym, że frunę. Tylko ja to
trochę za późno zrozumiałem, proszę państwa.”

 

Film  ani na tak, ani na nie. Czy może być jeszcze gorsza ocena? Ale nie ma się co zrażać. To w gruncie rzeczy i przy odrobinie dobrej woli  bardzo sympatyczna i jakże bliska każdej, każdemu z nas,  projekcja marzeń na temat związków
miłosnych i przyszłych partnerów, z którymi chcielibyśmy je zawrzeć. Jak fajnie by
było znaleźć faceta, który nie jest ani super przystojny (tak jest zdecydowanie
bezpieczniej dla trwałości związku),  ani
całkiem brzydki. W dodatku umie świetnie gotować, a jeszcze lepiej – specjalizuje sie w kuchni
włoskiej (mniam!). Jest nawet szefem miłego lokalu w stolicy, ma mieszkanie w
starej kamienicy, co prawda obok mieszka jego matka. Na szczęście jest ona
nowoczesną, tolerancyjną, wyzwoloną panią w średnim wieku. Mimo to,  może,  w przyszłości da sie namówić,  by popilnować maleństwo, które przyjdzie na świat.  A co
najważniejsze – facet nie jest jakąś napaloną, niewyżytą seksualnie bestią.
Wręcz przeciwnie, jest w sam raz nieśmiały, nieco spłoszony (w końcu ma już 34 lata, ale to jeszcze nie jest 54!), ale także bardzo chętny, jednym słowem – świetny materiał do obróbki. I takiego właśnie ideała spotyka na
swej drodze, a dokładniej dzięki ogłoszeniu w gazecie, Matylda (Magdalena
Rożczka), 30-letnia panna (stara), ktora ma już dość niewydarzonych facetów,
bojących się podjąć poważne życiowe decyzje, o założeniu rodziny na przykład.  Postanawia więc szukać dawcy nasienia, a nie
kandydata na męża. I trafia na Bartka czyli na Marcina Dorocińskiego. Bartek ma
jednak wieksze ambicje. Być dawcą to dla niego zdecydowanie za mało. Tym
bardziej, że Matylda stanowi z kolei jego spełnienie marzeń. Dziewczyna jest
ładna, zgrabna, ma zmysł estetyczny i plastyczne uzdolnienia – utrzymuje się z
lepienia aniołów, które ostatnio mają wielkie wzięcie, na całym świecie, także
w dalekiej Azji. Japończycy to nawet chcą, by anioły Matyldy były drugim
symbolem ich ojczyzny, tuż obok kwiatu wiśni. Poza tym ma swoje mieszkanie,
które chwilowo dzieli z przyjaciółką Weronką, seksoholiczką, ale to dobrze, bo
przynajmniej obie panie, mają sobie o czym w nocy pogadać. No, i to tyle.
Bartek zakochuje się w Matyldzie, ona zraniona wcześniej przez innych broni się
jak lwica przed kolejnym rozczarowaniem. 
W pewien sobotni wieczór dochodzi do spełnienia warunków umowy i co z
tego wyniknie można się oczywiście bez trudu domyślić, przecież to film o
marzeniach, które się spełniają.

„Rozmowy nocą” są  bezpretensjonalną komedią (?), komedyjką, którą można
pooglądać na przykład przy śniadaniu (tak jak ja) i nie udławić się ze śmiechu,
a i trawieniu nie zaszkodzi. A nawet apetyt zaostrzy na porę obiadową, te soczyste kolorowe pyszności, które wychodzą spod ręki Marcina Dorocińskiego…  Paluszki lizać! A i Marcin D. wygląda również całkiem smakowicie.  /Podobno został niedawno ojcem. Pogratulować! I zdrowia życzyć!/

 


  • RSS