filmowo blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2008

„Przede wszystkim jest to opowieść („Nocny pociąg do Lizbony” Pascal Mercier) o egzystencjalnym tragiźmie związanym z koniecznością dokonywania wyborów. Każdy, nawet bezwiedny wybór – sugeruje Mercier – przybliża nas do śmierci, bo zabija część tkwiącego w nas potencjału. Unicestwia kogoś, kim moglibyśmy się stać, gdybyśmy nie stali się tym, kim jesteśmy. Żyjąc, tracimy życie. I słabym pocieszeniem jest to, że unikając wyborów, chroniąc się przed ich tragizmem, tracimy życie tym bardziej”
(fragement recenzji wyżej wspomnianej książki. Autorem recenzji, zamieszczonej w Newsweeku,  jest Piotr Bratkowski.)

Nadzwyczajne. Nic dodać nic ująć. Dobra inspiracja dla scenariusza filmowego, tym razem nie o roli przypadku lecz wyboru, który często bywa przypadkowy…   tak czy siak – zawsze przechlapane…  :(   :) 

„Dziwny ten świat, świat ludzkich spraw. Czasem aż wstyd przyznać się. A
jednak często jest, że ktoś słowem złym zabija tak jak nożem” (Czesław Niemen”.

  Bardzo udany debiut reżyserki Marcina Koszałki, który po kilku latach od
premiery wyrósł na cenionego i szanowanego dokumentalistę, operatora, reżysera i scenarzystę. „Takiego pieknego syna urodziłam” jest krótkometrażowym
dokumentem, tyleż oryginalnym co odważnym i ryzykownym. Koszałka, jak już
pewnie wszyscy wiedzą, bo o filmie swego czasu było dość głośno, nagrywa smutną
codzienność swego domu rodzinnego.  Głównymi bohaterami są jego rodzice i on sam.
Dialogi, a właściwie monologi, pisze samo życie i należą one głównie do jego matki.
Młody Reżyser  na ekranie od czasu do
czasu jest i milczy, cierpliwie. Państwo Koszałkowie są ludźmi starszymi i
bardzo znerwicowanymi, szczególnie matka, wyrzucająca z siebie nieustannie potoki słów,
najczęściej zupełnie niepotrzebnych, a co gorsza głęboko raniących, zarówno
męża jak i syna.

Pierwsze wrażenie podczas oglądania to zgroza pomieszana ze zdumieniem
- jak można tak strasznie marudzić i bluzgać na swych najbliższych. Tym
bardziej w rodzinie określającej się jako katolicka. Zresztą, jednym ze stałych
motywów ubolewań matki jest mały entuzjazm Marcina dla praktyk kościelnych.
Na plus
filmu zależy m.in. zaliczyć, fakt, że kamera młodego operatora  nie filmuje rodziców z ukrycia. Oni wiedzą,
że są nagrywani, nie podoba im się to, ale nie mają wyjścia.  A może jednak mają w sobie tyle odwagi i
ciekawości samych siebie, że nie protestują bardziej stanowczo. Na szczęście, i
dla przeciwwagi,  film  rejestruje również momenty, kiedy matka
roztkliwia się nad synem, wspomina dobre czasy, kiedy nie sprawiał kłopotów,
ale także martwi się o jego krzywe łopatki, o cerę, o czerwony nos, który
pewnikiem będzie świadczył sąsiadom o jego pijaństwie. Po czym zaraz następują
kadry wypełnione druzgocącymi opiniami o synu- nieudaczniku, łajdaku,
rozpustniku, utracjuszu etc.  I tak na
przemian – matka chłoszcze językiem to syna, to męża. Jest wulgarna i
prostacka, to znowu rozczula się nad małymi stópkami i urodą małego Marcinka,
albo zadręcza się wizjami jego zmarnowanego życia. 

Po chwili, gdy otrząśniemy się z pierwszego wrażenia zgrozy, widzimy i czujemy, że nie jest to zła kobieta. Jej
nieszczęściem i nieszczęściem dla jej bliskich jest to, że nie umie sobie radzić
z emocjami. Ona wrzeszczy i złorzeczy także po to, by stłumić strach i swą bezradność i
bezsilność wynikającą z utraty bezpośredniego wpływu na los swego dziecka. Nie
wiem, czy Marcin Koszałka realizując swój film zdawał sobie z tego sprawę. Jest
tu tylko obserwatorem, kończącym swoje dzieło pytaniem do tej starej zmęczonej
codziennym utyskiwaniem kobiety: „i co mamo? Co myślisz teraz po tym filmie?” –
matka skruszona kaja się,  jak bardzo
można w nerwach skrzywdzić człowieka. I tylko, albo aż tyle. Smutne, bo widać
także, że jest z lekka zdezorientowana nie rozumie, nie stara się
dojść do sedna,  skąd u niej tyle gniewu,
tyle agresji.

Bardzo przygnębiający obraz, tym bardziej że to swoisty auto/portret rodzinny
we wnętrzu. Zrobiony z dobrych chęci, ku przestrodze innym rodzicom, na
pociechę innym synom, z żalu, jak marnuje się życie rodzinne, ku nadziei, że po
jego zobaczeniu matki, ojcowie choć trochę wyhamuję z wylewaniem swych
emocjonalnych pomyj na tych, których kochają, a którzy są pod rękę. Film bardzo
dobry, skromny, w którym obraz mówi sam za siebie, nie potrzeba tu żadnych
komentarzy, wszelkie analizy są zbędne, prawdziwa wiwisekcja relacji w
rodzinie, którą religia katolicka wynosi na piedestał świętości.  Tylko ludzi żal… nie tylko tych na ekranie, bo pewne, że niejeden widz, niejeden syn, córka, matka, ojciec, zawstydzą się po cichu, widząc jak bardzo portrety ich rodzin są bliskie filmowemu dokumentowi. A może nie tylko się zawstydzą, ale także zastanowią? Jeśli tak, znaczy, że warto było Marcinowi Koszałce złozyć swą rodzinę na ołtarzu sztuki, sztuki ktora czasem może przysłużyć się życiu. 


  • RSS