filmowo blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2008

Będąc ciągle pod wrażeniem  „Zabójstwa Jessego Jamesa przez tchórzliwego
Roberta Forda” w reżyserii Andrew Dominika zdecydowałam się na kupno jego
debiutanckiego filmu z 2000 roku, pt. „Chopper”. Film ten jest też poniekąd
debiutem, czyli pierwszą prawdziwą rolą, i to pierwszoplanową, a nawet
tytułową, Erica Bany. Zestawiając te dwa filmy można wysnuć wniosek, że A. Dominik zainteresowany jest procesem powstawania wizerunku bożyszcza, w czym duży
udział ma ludzka fascynacja złem i podatność na różnego rodzaju „drapieżne”
prowokacje. Chopper to ksywa niejakiego Marka Reada, psychopatycznego osobnika,
odsiadującego sporą część życia w australijskich więzieniach. O Chopperze nie
wiemy nic ponad to, że ma problemy z emocjami, nie potrafi ich utrzymać na
wodzy, jest osobowością dążącą bezwzględnie i 
za wszelką cenę do dominacji we wszystkich dziedzinach życia. Nie znosi
sprzeciwu, czy obecności rywala pod swoim bokiem, zarówno w celi więziennej, na
szczeblach organizacji przestępczych, jak i na parkiecie dyskoteki. Jeśli się z
nim spotyka, wpada w niekontrolowaną furię. 
Może zabić albo okaleczyć każdego, także siebie, jeśli zajdzie taka
potrzeba. Ma jakiś swój specyficzny, tylko jemu znany, kodeks wartości, który
gdy bielmo wściekłości opada mu z oczu, sprawia, że i zaklnie ze złości na
siebie w obliczu pogromu, którego był przyczyną. Mark wchodzi także na drogę
współpracy z policją w tropieniu handlarzy narkotyków. Ale, nie jesteśmy do końca
pewni, czy robi to z niewiadomych źródeł tzw. wyższych pobudek, czy raczej z
zemsty na tych, którzy wzbogacili się i  zajęli najwyższe miejsce  w gangsterskich szeregach, podczas gdy on
siedział w więzieniu. Trudno bowiem podejrzewać go o aż tak ludzkie odruchy. Tak jak
trudno uwierzyć, że samodzielnie napisał swą autobiografię, skoro śmieje się z siebie,
że jest analfabetą, współczując biednym uczonym, którzy nigdy w życiu nie
zobaczą takiej góry pieniędzy jak on. Prawdopodobnie ktoś temu przestępcy, w  zamian za sporą kasę, pomógł znacznie w
napisanie swej biografii,  w oparciu o
którą nakręcono film. A i być może w jej krwawym ubarwieniu także. Jak wieść
niesie, wersja ekranowa opowieści o Chopperze jest o niebo łagodniejsza od
literackiego pierwowzoru.  Nie od dziś wiadomo,
że nic tak dobrze się nie sprzedaje jak obrazy ze złem i degrengoladą w tle. To
nikt inny jak tylko australijskie media przyczyniły się do stworzenia legendy o
Chopperze.  I Chopper, tak jak Urodzeniu Mordercy u Olivera Stone’a, dobrze o tym wie. A że jest osobnikiem chełpliwym o
niezaspokojonym ego, świadomie i sukcesywnie buduje swój masakryczny wizerunek.
Jest taka sekwencja w filmie – w więzieniu, kumpel, który ma już dość zabijania
na polecenie Choppera, buntuje się i dźga go kilkakrotnie nożem w brzuch. Czyja
ksywa na drugi dzień bije po oczach w podnieconych australijskich dziennikach,
Choppera czy tego drugiego, który miał już dosyć więziennych jatek? Oczywiście Choppera, z obowiązkowymi
fotkami zalanego krwią korpusu. A co to się dopiero działo, gdy Chopper obciął
sobie uszy, by dostać się na salę chorych! To był wręcz ogólnokrajowy  orgazm. Chopper niby taki psychopata, ale swój
rozum ma! Wie, niczym współczesne sztaby od wizerunku gwiazdeczek zwanych
szumnie ikonami, co i gdzie trzeba nacisnąć, by zaistnieć, a następnie zarobić
masę szmalu. Wie, że zapach krwi znęci każdego szmatławca, którymi karmią się
masy. Nawet więcej, Chopper nie tylko wie , ale śmieje się w nos społeczeństwu,
które najpierw osadziło go za kratami, za to czym się ono ukradkiem podnieca, a
następnie wyniosło go na ołtarze popkultury (zresztą podobna sprawa była z
Charlesem Mansonem zabójcą m.in. żony Polańskiego, którego podobizny ozdabiały
koszulki noszone przez inne pop gwiazdy).

Chopper – dla mnie ciekawostka językowa. Czy ksywa odnosi się do narzędzia
z potężnym ostrzem (siekiera, tasak), czy raczej do wulgaryzmu, używanego w
niektórych dialektach,  którego odpowiednik
w polskim języku brzmi po prostu „kutas”? I to i to pasuje, do bohatera
opowieści. Ta druga wersja wchodzi w grę z uwagi pewną, dość mocno wyeksponowaną scenę z
baru, kiedy Chopper widząc  swą ukochaną
z innym mężczyzną, wyciąga na światło dzienne /i na znak pogardy dla dziewczyny/,
  to co ma w spodniach.

Warto również wspomnieć o Ericu
Banie. Chopper to nie jest rola, w której może zniewalać swą urodą. W tej kwestii
jest wręcz odrażający. Ale jeśli chodzi o grę aktorską, spisuje się świetnie. Momentalnie
i bezbłędnie przeistacza się na przemian w ogarnietego furią niebezpiecznego
psychopatę czy uśmiechniętego łagodnie i przyjacielsko nastawionego  kumpla z celi albo zaufanego policyjnego
informatora.  Bana stworzył postać bardzo
groźną i zagadkową, taką którą trudno rozgryźć do końca. Tak naprawdę, nie
wiemy, kim ten człowiek jest, kiedy mówi poważnie, kiedy drwi, i z kogo, z
siebie czy z nas.

Dorota Kędzierzawska dobrą reżyserką
jest. Przekonuję się o tym po każdym obejrzanym kolejnym filmie. Jej „Nic” z
roku 1997 to wielkie „Coś” w sprawie wołania o godność kobiety w świecie, w
którym rządzą mężczyźni. Godność to wolność, a przede wszystkim wolność wyboru.
Także w kwestii macierzyństwa.

Piękne i poruszające studium „nic” – kobiety
samotnej, mieszkającej w środku wielkiego polskiego miasta, spragnionej miłosci
męża mężatki, matki trójki małych dzieci, kompletnie podległej mężowi,
traktującemu ją jak służącą i naczynie na spermę. „Hela”, „Helutka”, jak w
przypływie pożądania seksualnego mówi do niej jej pan, zachodzi w kolejną
ciążę. Niestety, małżonek jest już zmęczony trójką hałaśliwych dzieci i nie
życzy sobie kolejnego potomka. Grozi swej żonie nawet śmiercią, jeśli go nie
posłucha i dziecko urodzi.  Kobieta jest
absolutnie przerażona, zagubiona i osamotniona. Znikąd nie otrzymuje pomocy,
ani zrozumienia. Podejmuje pewną desperacką decyzję. Cichym świadkiem -
obserwatorem jej moralno-egzystencjalnej szamotaniny jest stara kobieta ,
sąsiadka z piętra niżej, zwana przez mieszkańców kamienicy „jędzą” – w tej roli
ulubiona aktorka reżyserki Danuta Szaflarska. Tylko ona zdaje się młodej
kobiecie współczuć i tylko ona daje jej jedną dobrą radę. Helutka z niej
korzysta. Niestety, mężczyźni i ich prawo znowu odnosi gorzki triumf .

Oczywiście to nie jest tak, że reżyserka w czambuł potępia
cały męski świat. Pewien samotny stary dróżnik jest dowodem, że trafiają się czasem
mężczyźni empatyczni, ale niestety, w hierarchii społecznej zajmują oni raczej
niewysoki szczebel.  Nie mają więc
wpływu, albo mają bardzo nieznaczny, na formowanie zasad współżycia
społecznego.

Przepiękny film. Z bardzo ciekawą obsadą.W głównych rolach
niezawodowcy. Helutkę gra tancerka warszawskiego Teatru Wielkiego – Anita
Kuskowska-Borkowska. Świetna kreacja i bardzo dobry dobór aktorki jeśli chodzi
o walory zewnętrzne. No i Janusz Panasewicz jako jej mąż. Też nieźle się
spisał. Dzieci – wyjątkowo jak na polski film – bardzo naturalne. Głównie jeśli
chodzi o dziewczynkę, bo dwaj chłopcy są mali i raczej są sobą niż grają.
Nastrój smutku, rozpaczy i samotności w dużym stopniu, oprócz aktorów, budują
zdjęcia Artura Reinherta. Kolor sepii, światło, pewne ciekawe, artystyczne
ujęcia sprawiają, że niektóre kadry ogląda się niczym dzieła sztuki.

Film dedykuję mężczyznom, którzy wiedzą
lepiej od kobiet, co nie znaczy, że czują… Także tym, wykorzystującym śmierć
zmarłej zaledwie kilka dni temu siatkarki Agaty Mróz, na robienie sobie
publicity. Sobie i organizacjom oraz instytucjom (z kościołem na czele) na
rzecz których działają. Mężczyźni owi wołają, głęboko wzruszeni, o
beatyfikację, a później kanonizację Agaty, która zmarła kilka tygodni po
urodzeniu dziecka. Agata Mróz, chora na białaczkę, wiedziała, że ciąża oraz
poród, nie przyczynią się do poprawy jej zdrowia, ale zaryzykowała, choć tak
bardzo chciała żyć. Wielkie wyrazy uznania dla Agaty.  Wspaniała kobieta, zrobiła tak wiele dla Polaków. Zawsze na swój sposób aktywna i walcząca. Kiedyś
w drużynie siatkarek, teraz z chorobą i na rzecz rozwoju pobierania szpiku
kostnego dla takich chorych jak ona. Lecz kobiet, które podejmują, świadomie lub mniej świadomie, ryzyko
śmierci przy i po porodzie jest mnóstwo. Taki nasz los i nasz instynkt
macierzyński. Niech mężczyźni zajmą się swym instynktem – ojcowskim. Niech się
do naszego nie wtrącają. Niech nie tłamszą instynktu ojcowskiego poprzez
celibat, niech go nie zabijają posyłając młodych mężczyzn na wojny, niech nie
zabierają życia już urodzonym, niech popracują nad prawem i warunkami do
rozwoju fizycznego, emocjonalnego i intelektualnego tych, których powołali do życia. By dzieci nie były traktowane i nie czuły się li tylko produktem maszynek do rodzenia,
odstawionym do taśmowej wylęgarni, czy hodowli, jakim bywają domy dziecka czy
inne instytucje wychowawcze.

Wiem, że tego filmu żaden z tych w/w mężczyzn
nie zobaczy, bo są oni:

a/ za „wrażliwi”

b/ zbyt zajęci walką z aborcją. Może
nawet walczą o urodzenie dziecka spłodzonego z gwałtu w łonie 14 –letnią dziewczynki (sprawa z ostatnich dni)

c/  podpisują jakiś  akt wysyłający kolejny pluton żołnierzy na wojnę w Iraku czy Afganistanie, a może jeszcze na inną

d/ modlą się za kobiety i ich na… oraz nienarodzone
dzieci

e/ modlą się za dzieci niechciane i niekochane

f/ przeklinają kobiety, bo ich nie
lubią a potrzebują…


  • RSS