filmowo blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2008

Ładunek 200

4 komentarzy

Obraz rozkładu całkowitego,  i moralnego i materialnego, Związku
Radzieckiego na parę miesięcy przed „pieriestrojką”. Stare umiera, ale czy narodzi
się nowe? Stare to:  Artiom – pracownik naukowy katedry ateizmu oraz jego brat –
wojskowy. Obaj po 50-tce, a więc prawdziwi synowie komunizmu. Dalej – milicjant
Żurow – prawdziwe monstrum,  żywe
świadectwo degrengolady rodzaju ludzkiego, moralne dno, człowiek zły do szpiku
kości. Chigurh z „To nie jest kraj dla starych ludzi” przy nim to dobroczyńca,
który humanitarnie wybawia ludzi jednym gazowym strzałem od możliwości dalszego
grzesznego życia. Żurow – to żywy obraz upadku rodzaju męskiego, impotent
sadysta, osiągający satysfakcję pławienia się w swojej męskiej niemocy poprzez
dręczenie, poniżanie i upokarzanie kobiety oraz ostatnich mężczyzn, w których
mózgach,  gdzieś tam w nielicznych ich
zakamarkach,  tlą się resztki swoiście
pojętej męskiej dumy i honoru. Do takich należy Aleksiej –religijny  bimbrownik i alkoholik, niepoprawny
idealista, wierzący, że wraz ze zmianą ustroju, z przywróceniem legalności
wiary i uaktywnieniem kościoła życie okaże się piekne.  Czy słusznie? Czy
będzie mu dane się o tym przekonać?  Czy okaże
się szczęśliwcem i umrze bez odpowiadania sobie na pytanie, co lepsze, gdy umieramy
ze świadomością nadziei, że po nas będzie dobrze, czy rozczarowani, że nadzieje
okazały się nic nie warte?

Czy można pokładać nadzieje w
społeczeństwie do cna przepitym, żyjącym od wieków w poczuciu swej małej
wartości, żywionym tylko górnolotnymi ideami, przynoszącymi korzyść materialną
panującej władzy, w społeczeństwie, które, gdy pojawi się możliwość
popróbowania rzeczy dotychczas zakazanych, rzuci się w otchłań szaleństwa
konsumpcji? Młodzi ludzie (Walerij, Sława), nadzieja pieriestrojki – nie są
wcale lepsi od starych. Oni już nawet nie mają złudzeń, nie wierzą w nic oprócz
pieniądza. Nie mają żadnych, nawet niemądrych ideałów,  nie ma dla nich żadnej świętości. Jeśli
kobieta, to tylko jako przedmiot do zabawy. Może miłość? Jeśli jest, to tylko
do kasy i wódki. Może honor? Jeśli by na nim dało się zarobić, to owszem. Bóg?
Jeszcze nie zdążyli dostać dobrze w tyłek, żeby się do niego udać po pomoc. O,
taki Artiom, wykładowca w katedrze ateizmu to co innego. My już wiemy, że on
dojrzał do decyzji o chrzcie z własnej nieprzymuszonej woli w wieku 55 lat. A
pomogli mu w tym nie księża, nie żadne święte objawienie, żadne uduchowione
medytacje. Do takiej decyzji doprowadził go pośrednio komunistyczny milicjant Żurow, diabeł z  piekła zwanym miastem Leninsk. Prawda, jaki paradoks? Diabeł to upadły
anioł,  pamiętający jednak o swym Panu i dbający
o statystyki jego trzódki. Tak, Artiom to uosobienie strachu (ba, nawet
tchórzostwa – zamiast do prokuratora z zawiadomiem o zbrodni, udaje się do kościoła po chrzest) – jednego z głównych sprawców religijności ludzkiej.

No tak, brakuje tylko choćby jednego
prawdziwego anioła do kompletu. Dla przeciwwagi wszechogarniającego zła.  Ładnie i tradycyjnie by w tym temacie
komponowały się kobiety. Ale na Boga, nie w ZSRR! Kobieta, z założenia niemal chyba każdej religii, a  i komunizmu,  stoi niżej mężczyzny, zazwyczaj przeszkadza mu w
realizowaniu jego zbawiania świata.
Owszem, czasem bywa przydatna i wtedy się jej używa. Sowieckij Sojuz pozwolił kobiecie nawet pracować jak facetowi.  Może dlatego Rosjanki tak się „zmaskulinizowały”, stwardniały. Ot, choćby filmowa Antonia, żona
Aleksieja (tego pieriestrojkowego marzyciela). To ona tak naprawdę jest tu
prawdziwym mężczyzną, która w pewnym momencie bierze broń do ręki i robi porzą
dek
w tej fabularnej zadymie. Rozlicza się z tym z kim trzeba.  Ale, niestety, jest tak bardzo męska, że udręczona
porwana Andżelika jest jej kompletnie obojętna. I nie wzruszajmy się (ci co
widzieli film), że są sceny, kiedy to wydaje nam się, że Tonia chroni to biedne
i niewinne (dosłownie) dziewczę. Nie, ona chroni ją tylko przed swym mężem,
albo męża przed nią. Nie ma żadnej solidarności w ZSRR – każdy sobie wariuje na
swój własny sposób i rachunek. /Pytanie, także do Polaków,  czy jakakolwiek bezinteresowna międzyludzka Solidarność
istnieje w ogóle? /.

Tak, przez ekran z filmem Ładunek 200 przewija nam się
prawdziwa plejada ludzi obłąkanych, żyjących w brudzie dosłownym i moralnym.
Czy naprawdę jest tak źle? Nie ma tu nikogo czystego i niewinnego, nieskażonego
zepsuciem i zgnilizną? Ano…może i są. Może jest nim tytułowy „Ładunek 200”
czyli Kola Garbunow i jego ukochana, czyli porwana i męczona Andżelika. Może,
bo tak naprawdę to my ich nie poznajemy. Dowiadujemy się tylko, że są bardzo
młodzi, mają po 19 lat i bardzo się kochają. Niestety, skazano ich na zagładę.
Zostali męczennikami.  Kola pod
kryptonimem „ładunek 200” został wysłany przez urzędników do
Afganistanu, a jego dziewica padła ofiarą męskich kreatur. Niestety, nie
zostaną świętymi. Kolę co prawda odznaczono pośmiertnie jako bohatera ZSRR,
który zginął za ojczyznę (czyżby Rosjanom zagrozili afgańscy pasterze?), ale czy
ktoś się o tym dowie? A Andżelika jak na kobietę przystało umrze po cichu i powoli
 w smrodzie, z męskimi truchłami u boku. Pewnie
tak samo powoli i byle jak, z męskimi „truchłami” u boku,  umierałaby, gdyby udało się jej dożyć świetności
ojczyzny po pieriestrojce. Piszę w ten sposób, bo miałam nieodparte wrażenie, że Reżyser Bałabanow ubolewa nie tylko całościowo, nad degrengoladą narodu, ale także cząstkowo, jako mężczyzna – widzi upadek Rosjan konkretnie rodzaju męskiego. Czy można wszystko usprawiedliwiać panującym ustrojem? Inercja w jakiej ci ludzie są pogrążeni nabiera rozpędu. Bierność, apatia wbrew pozorom wciąga energicznie, jak niebezpieczny wir. Nie ma prawdziwych mężczyzn, to i nie ma kobiet – są tylko ludzkie fantomy, jakby wprost z alkoholowego delirium. 

Bardzo pesymistyczny obraz świata (nie tylko ZSRR). Mówi się tu i ówdzie,  że groteskowy, że prawie horror, czyżby? Życie, i
to nawet nasze polskie, w naszym 90% katolickim kraju, już po
kilkunastoletnich pokomunistycznych przemianach, dopisało do tego filmu swoisty
suplement: sprawę porwanego Krzystzofa Olewnika.  Równie cuchnące bagno, z równie cuchnącymi
bohaterami w tle.  Zmiany, zmiany, głupie
nadzieje.  Zmieniają się tylko formy, nazwy.
Ludzie ciągle, i wszędzie, pozostają tacy sami, a nawet jeszcze gorsi.

PS: Reszta uwag, zrodzonych chwilę po tym wyjątkowym filmie, w komentarzach.

Jak już uzgodniono po wielokroć najnowszy
i oskarowy film braci Coen, nie jest filmem tuzinkowym, ani jednoznacznym.
Każdy z niego wyciśnie to, na co ma aktualnie ochotę. Ale bezdyskusyjnym wydaje
mi się reżyserski przekaz  o mentalnej
niezmienności  Ameryki. Lata płyną,  nowe technologie dzięki skutecznemu drenażowi
mózgów udoskonalają stronę materialną bytu kolejnych pokoleń „poczciwych”
osadników z Europy lecz ich morale i duchowość niczym  specjalnie nie różni się od tej z czasów
Dzikiego Zachodu.  Bracia Joel i Ethan
nadzwyczaj czytelnie nawiązują w swym filmie 
do pejzażów, zaściankowości  oraz
awanturnictwa ówczesnych klimatów.  Ot,
wymienię choćby kilka takich odniesień:  miejsce akcji – Teksas (ojczyzna miłościwie
nam panującej kowbojskiej rodziny Buszów), sylwetka Mossa niczym klasycznego
kowboja z reklamy Marlboro, wątek Meksykanów 
- nieodłącznych bohaterów westernów, poszukiwanie meksykańskiego
skarbu  - w tym przypadku skrzynię z
monetami zastąpiła walizka z banknotami. Poza tym panujące bezprawie, zamiłowanie
do broni i zbrodni, niesamowity jezdziec mszczący się ślepo na kim popadnie –
tu zastąpiony przez demonicznego Chigurha z gazową bronią do zabijania bydła.
Bydło – kolejna asocjacja z Dzikim Zachodem, ale i symbol  zdegradowania wartości  istoty ludzkiej, która pada pokotem z rąk
Chigurha niczym krowy i woły przeznaczone na rzeź.   Do
kompletu westernowych skojarzeń zabrakło tylko pojedynku w samo południe między
głównymi oponentami:  Mossem a Antonem
Ch. I tu nas bracia Coen zaskoczyli totalnie – takiego finalnego,  bezpośredniego i ostatecznego zmierzenia się
mężczyzn oczekiwaliśmy przez ¾ akcji filmu.  Niestety, samo południe było, ale jeśli chodzi
o pojedynek zobaczyliśmy tylko jego skutki.

Dlaczego więc szeryf Bell jest tak
bardzo rozczarowany czasami, w jakich przyszło mu się starzeć? Czyżby różniły
się diametralnie od  tych, kiedy jego
pradziadowie mordowali niczym kaczki Indian – prawdziwych gospodarzy
zdobywanych ziem oraz tych wszystkich sprawiedliwych, którzy się temu
sprzeciwiali? A że Bell martwi się, że młodzież obecnie nie zwraca się do
starszych uprzejmie „proszę pana”, a 14- latkowie zabijają swoje koleżanki dla
samej przyjemności zabijania?  No cóż, Ameryka
nigdy Wersalem nie była, a ileż to młodziutkich Indianek, i nie tylko,  ginęło, było zgwałconych dla przyjemności i
satysfakcji  młodych, dumnych i zdziczałych
zdobywców amerykańskiego Zachodu? Z pewnych przyzwyczajeń się nie wyrasta,
pewne geny się dziedziczy. Rosjanie są podobno narodem rabów (niewolników),
Amerykanie roszczą sobie prawo do bycia narodem panów i zdobywców. :)

Mam wrażenie, że bracia Coen chcą swoim
rodakom, i światu, powiedzieć – Ameryka, a szczególnie ta głęboko w środku, na
nieskażonej postępowymi wpływami prowincji,  jest ciągle taka sama, tak samo zacofana i gnuśna,  jak ponad 200 lat temu.  Amerykanie nadal mają mentalność kowboja.
Upływ czasu sprawił tylko, że zamienili konie napędzane na owies  na konie mechaniczne, ale to ciągle są ci sami
prości, porywczy i narowiści  ludzie,
goniący za pieniędzmi, zdolni zniszczyć każdego kto stanie na drodze do ich
zdobycia. I rozumiejmy to zdanie także w szerokim, międzynarodowym kontekście.  A co z prawem? Co z symbolicznym  szeryfem stojącym na jego straży. Czy coś się
zmieniło? Zawsze rządzą ci sami wielcy i bezwzględni niczym Chigurh. Kto ma
pieniądze ma broń, ma polityków, prawników w garści – bezprawie nadal hula,
niczym w drewnianych miasteczkach Starego Teksasu.  No chyba, że jest się biednym – wtedy zawsze
można liczyć na karę.

Coenowie  wyraźnie zatęsknili za westernem. Tego
gatunku filmowego jeszcze się  w swojej
karierze chyba nie imali.  Ale, żeby było
śmieszniej, i tak naprawdę po coenowsku, postanowili sobie troszkę zakpić z
konwencji  i z widzów – pozbawili nas
wielu elementów „zewnętrznych” tak bardzo charakterystycznych dla filmów o
dzielnych kowbojach, ot choćby takich:

1/ Pięknej muzyki. Westernowe melodie
należą do klasyki filmowych soundtracków. 
A tutajakcji towarzyszą tylko
jej odgłosy. Kompletny brak muzycznych ozdobników.

2/ Pięknej kobiety, którą kowboj zawsze
miał u boku i którą bronił przed złoczyńcami, bo bywał czasem dżentelmenem, no i
ją kochał.  W TNCFOM kobiety są, dwie.
Jedna to otyła sprzedawczyni w sklepie, a druga to żadna kochanka, ale żona
Mossa, nieco ładniejsza od tej pierwszej, ale bez przesady. I To nie Moss swą ochrania, ale to
ona stara się ustrzec go przed śmiercią.

3/ Nie ma zapierających dech w piersiach pościgów (kiedyś konnych).
Nie ma żadnych. Pościgi  (samochodowe) są
ledwie zaznaczone i  nie są malownicze.

4/ Dialogi – w westernach zazwyczaj
iskrzyły, nasycone humorem, aluzjami do urody kobiet, dowcipami o
nierozgarniętych Meksykanach etc. Tu zredukowane są do minimum. W TNCFOM –
skupiono się raczej tylko na zabijaniu. A przy tej czynności im ciszej tym
lepiej.

5/ No i oczywiście brak kluczowej sceny
pojedynku, która zazwyczaj była gwozdziem programu każdego westernu. Ale za to
nie brak – jego efektów, jak już zresztą wspomniałam.
Jednym słowem – proza szarego, beznadziejnego i okrutnego
życia, bez owijania w otoczkę wydumanego sentymentalizmu.

Jesteśmy pozbawieni wielu smaczków
dobrego westernu a mimo wszystko, albo właśnie dlatego,  tak dobrze i z takim napięciem ten film się
ogląda. Tu nie ma miejsca na żadne romantyczne rozmemłanie. Tu się liczy
pieniądz i wszystko jest jemu podporządkowane. A kiedy jest się młodym, i kiedy
za całkiem niewinną przysługę otrzymuje się zapłatę pieniężną, to jest to
pierwsza nauka od dorosłych  - na tym
świecie nie ma nic za darmo (scena, gdy dwójka młodzieńców pomaga rannemu
Antonowi, a zdobyte pieniadze są powodem kłótni między przyjaciółmi).

Coenowie nie rozdrabniają się  w fabule na żadne wątki poboczne.  Bo najbardziej ekscytującym jest oglądać pościg i walkę
ludzi zaludniających ekran z przeznaczeniem śmierci. Widzimy, że człowiek,
mniej czy bardziej ucywilizowany, nie do końca decyduje o swoim losie, że jest
tylko zabawką w jego  ręku (losu),  który czasem, tak jak filmowy Anton Chigurh, świetnie bawi się rzucając monetą i decydując o wyroku życia czy
śmierci nad  bogu ducha winnymi.  I nie zawsze śmierć spotyka tych, którzy na nią zasłużyli. Ludzi na świecie jest mnóstwo, a w nieprzewidywalnej grze z
życiem i śmiercią nie liczy się ich jakość, nawet nie liczą się pieniądze,
rządzą jakieś przypadki i zbiegi okoliczności. Może to i dobrze, przynajmniej
każdy, tak samo, nie jest niczego pewien. Szczęście i porażka jest zawsze
wielką niewiadomą.

„Serce na dłoni” – taki będzie tytuł
nowego filmu Krzysztofa Zanussiego.  W
obsadzie między innymi: Nina Andrycz, Stanisława Celińska, Bogdan Stupka oraz znany zestaw: Maciej Zakościelny, Agnieszka Dygant, Marta Żmuda-Trzebiatowska, Szymon Bobrowski no i dla wielkiego huku …. nasza rodzima seksbomba – Doda. Nie będę krytykować
decyzji reżysera w  kwestii doboru
nazwisk. W końcu aktor serialowy też człowiek, trzeba mu (i sobie) pomóc, nie
jego wina, że w Polsce dane jest mu ostatnio grać tylko w takich produkcjach).  Ale co do Dody –, o tak!  do tego posunięcia (nomen omen!) mam jednak
zastrzeżenia.  
Szkoda, że taki człowiek,
jak Zanussi nobilituje swoim nazwiskiem, wspaniałym dorobkiem, charyzmą w końcu,
przedstawicielkę kultury 
najniższej, ktora, nota bene, tak naprawdę wiele z kulturą wspólnego nie ma. Takie czasy!

Ech! A
jeszcze kilka miesięcy temu, słuchałam z uwielbieniem na twarzy i w serduszku,  jak reżyser apelował do nas zgromadzonych, by się nie dać schamieć.
Myślę, jestem pewna, że miał wtedy na myśli także omijanie szerokim łukiem  prostackich 
jarmarków, gdzie dla taniej, lecz przynoszącej miliony,  sławy, kupczy się wszystkim, na czele z
intymnością małżeńskiej alkowy, sekretnymi zakątkami kobiecego ciała, pseudodziecięcą
naiwnością,  a zaraz obok rynsztokową wulgarnością
 itp.  
Zatrważające  jak wszyscy w obecnych czasach  dają sobie na luz, schlebiając gustom najbardziej marnym.  Nawet najwięksi,  ci z resztkami autorytetu, którzy powinni
jednak  trzymać odpowiedni bieg, by na
wyluzowanym pędzie do przodu nie stracić godnego mistrza wyrazu  twarzy.  Nawet dla eksperymentu szkoda ryzykować jazdę
bez trzymanki – można się normalnie wywalić, a już szczególnie w starszym
wieku. Tym bardziej szkoda, kiedy ma się tak wiele do stracenia – cały dorobek
życia może iść w zapomnienie, tylko dlatego, że mistrz postanowił DODAć sobie wątpliwego
współczesnego splendoru, dopinając  do
autentycznego (jak sam zapewniał w wywiadzie na planie filmowym) serca na dłoni nadmuchaną lalę z plastiku.

Zabawne jest w tym wszystkim
to, że ta para wcześniej zapewne w ogóle nie wiedziała nawzajem o swoim istnieniu.
Teraz pałają do siebie wielką miłością (czego dowód mieliśmy w „Kropce nad i”),
atencją nawet , tak, tak! Ta wzajemna  atencja mogłaby być nawet imponująca, ciekawa. Starszy pan
reżyser zauroczony młodą kobietką, i na odwrót.  Ale na Boga – K. Zanussi to nie Woody Allen, a
Doda to nie Scarlett Johansson. Litości. 


  • RSS