filmowo blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2008

Tsotsi

Brak komentarzy

Kupiłam bez reszty tę opowieść. Szczególnie początek bo czym dalej -
robiło się coraz ckliwiej, ale to nic. Liczy się dobry pomysł
na film i jego dobra realizacja. A ta się udała. Świetne aktorstwo,
montaż, zdjęcia i muzyka.

Brutalny,
kompletnie pozbawiony skrupułów Afrykanin z przedmieść Pretorii (takie
południowoafrykańskie Miasto Boga), bez imienia, z ksywą Tsotsi, dla
którego życia człowieka nie ma żadnej wartości, zaspokaja swoje
potrzeby i domaga się swoich praw zawsze z bronią w ręk. Któregoś dnia kradnie samochód i nagle – postanawia zabrać ze
sobą niemowlę, które znajduje się na tylnym siedzeniu. 
Właśnie, dlaczego to robi? Najłatwiej byłoby wysadzić maludę na zewnątrz, ale ono
tak strasznie kwili. Może Tsotsiemu przypomniało się własne
dzieciństwo, rodzina, matka, której mu tak bardzo brak?. Nie zważając na przyszłe kłopoty, zatrzymuje dziecko, a my dzięki temu mamy
okazję poznać drugie oblicze tego zabijaki.

Jak się okazuje,
Tsotsi to całkiem wrażliwy młody mężczyzna, tęskniący za ciepłem
drugiego człowieka, ojcostwem, kobietą i strawą, jaką mu ona może
podawać na stół, kiedy wraca strudzony do domu. Tsotsi przechodzi
prawdziwą przemianę, żałuje za swoje dotychczasowe grzechy, a tych,
których zachował przy życiu prosi o ich wybaczenie.
Wszystko to
dzieje się w ciągu trzech dni. Jasne, jak sobie tak teraz jeszcze raz
analizuję ten film – wydaje się nieco naiwny, za ckliwy, taki do rany
przyłóż. Ale w trakcie oglądania autentycznie byłam poważnie
zaangażowana w losy Tsotsiego. Polubiłam go, współczułam mu, wzruszały
mnie jego łzy i chciałam, żeby mu się wszystko udało, bo dzięki temu
też mniej trupów byłoby położonych z jego ręki na drodze, którą
kroczy. Ale jako bardzo umiarkowana optymistka nie bardzo w to wierzyłam.
 
Dialogi w filmie są raczej ubogie.  Tsotsi mało mówi, bo
raz, że nie bywał w żadnych szkołach, nie ma więc daru wysławiania. Dwa – zamiast gadać
wolał działać.  A poza tym – o czym miał mówić? Był przecież  bardzo
samotny, zamknięty w sobie, życie miał nijakie, mimo, że należał do tego swojego małego
podłego gangu.

Podsumowując – film zadowalajacy.
Przeżyłam dotkliwie dramat jego bohaterów. Lubię opowieści o tym, że ludzie z gruntu nie rodzą się źli, zło nie
bierze się z powietrza, rodzi się wskutek różnych okoliczności. A czyniąc dobro, można nad nim odnieść zwycięstwo.Naiwne to może, ale budujące.

I jeszcze jedno – film zwraca bardzo wyraźnie
uwagę na obecną zmorę Afryki czyli Aids. Na dworcu metra, gdzie
„pracuje” główny bohater nad holem wisi wielki transparent z napisem o
zagrożeniu tą chorobą, no i matka Tsotsiego jest jej śmiertelną ofiarą.

I ja
zobaczyłam również sztuczki, które wyprawia Piotr Tymochowicz z kandydatami
na polityków, które tak naprawdę nie są żadnymi sztuczkami, tylko
wiedzą z pogranicza psychologii i socjologii, może jeszcze czegoś, ale
na pewno nie magii. Niestety, ci którzy powinni to oglądnąć, by być
pewnych rzeczy świadomymi, czyli szara masa, podstawowy elektorat
każdych wyborów, tego nie zobaczy..
Tak, film opowiada o polskiej
rzeczywistości, o małej polskiej raczkującej fabryczce polityków. Takich fabryczek i fabryk w pełni rozwiniętych, nie brakuje przecież na całym świecie. I
nie ma się co obrażać na Tymochowicza, ani na to, że wyznaczył sobie
cel wykreowanie polityków na rzecz Samoobrony – taką sobie wybrał pracę
- płacą mu, a on robi to czego od niego oczekują. To naszą rzeczą i
interesem jest mieć świadomość jacy ludzie garną się do polityki, by
umieć podczas wyborów odsiać ziarno od plew. Hm, co prawda to ziarno,
nie zawsze jest najwyższej jakości, ale co zrobić. Film jest momentami
bardzo brutalny – „musicie znać mentalność debila, by umieć zapanować
nad tłumem”. I trudno się z tym nie zgodzić, widząc, radiomaryjny
elektorat PiSu.

Zastanawia mnie na ile ten film był ustawiony przez jego twórców i
bohaterów. Ile jeszcze gorszej prawdy przed nami utajono, żeby do końca
nie obnażać i zatrzymać wylewający się z ekranu cynizm. Niektórzy
filmowi kandydaci na polityków zrezygnowali z brataniem się wbrew sobie
z Samoobroną. Ciekawe, czy zrobili by tak samo, gdyby nie byli
filmowani.
Zastanawia mnie, czy faktycznie demokracja to najlepsza forma rządzeniai, mając na uwadze, ze są to rządy ludu, a lud to
szara masa, żeby nie powiedzieć ciemna, czego doświadczyliśmy niedawno na
sobie.
Ja już dawno przestałam być idealistką, więc film mnie
specjalnie nie poruszył, nie przeraził. Stwierdzam, że dobrze, że
powstał, może poruszy niektórych jeszcze żyjących idealistów przed
kolejnymi wyborami i zdecydują się oni w nich uczestniczyć, by dodać
kolejny kamyczek do tamy zatrzymującej nawałnicę szarej masy.

Pułapka

Brak komentarzy

Bajka o tym jak czerwony kapturek zwabił w pułapkę złego wilka. Ale, czy na pewno złego? A dokładnie, bajka o głupio odważnej niepełnoletniej smarkuli, która zwabiła w pułapkę młodego mężczyznę, uznanego przez nią za pedofila. Ja, niestety, nie poczułam się w pułapce strachu oglądając ten film. A
to chyba dlatego, że postaci były tak bardzo niejednoznaczne. Nie można
było żadnej z nich polubić, tak by dalej dopingować jej w walce z
przeciwnikiem. Młoda Hayley denerwowała od samego początku. Takie
przemądrzałe stare-maleńkie 14-latki są niedozniesienia, a ona już od
samego początku bajerowała Jeffa jak stara wyjadaczka. Owszem,
teoretycznie, to na dorosłym mężczyźnie spoczywa odpowiedzialność za
swe czyny, co zresztą wykrzyczała później Jeffowie w swoim wykładzie,
ale czy ona taka mądra nie wie, że dla swego bezpieczeństwa, nie można liczyć na ich
rozsądek? Tak, tak rozumiem, że ona działała wg swego misternie zbudowanego planu, ale a nuż by coś nie poszło? Trochę się o nią bałam.   Wizualnie aktorka Ellen Page była dobrana do swej roli genialnie. Niewinna twarzyczka, o
delikatnych rysach pasujących równie dobrze do 14latki jak i 20 latki.
Jeff (Patrick Wilson – moje najnowsze odkrycie aktorskie) wzbudzałby sympatię, gdyby nie ten brak pewności, że jest
niewinny. I tak to miało być – „nie dajmy się zwieść pozorom”.

Film
był bardzo niewiarygodny. Szczególnie jeśli chodzi o postać Hayley. Ta
mała dawała radę temu facetowi, jakby nie przymierzając była jakimś
zapaśnikiem wagi ciężkiej. Owszem, otumaniła go tym i owym, ale jak
ona potrafiła nieprzytomnego czyli bezwładnego, normalnie zbudowanego
faceta sama wywindować na krzesło, postawić w pionie i zawiązać mu
pętlę na szyję?

Tak naprawdę do końca nie wiemy, kim
jest to dziewczę o niewinnej buzi, ale zimnym serduszku. Bezinteresowną
mścicielką wszystkich pokrzywdzonych, czy może ofiarą pedofilli. Jeśli
to pierwsze – byłoby to trochę dziwne w jej wieku. Jeśli jest ofiarą,
też mało wiarygodne, żeby miała siłę i odwagę na takie spotkanie. Ale
tak naprawdę mało nas to obchodzi kim jest Hayley, bo jest strasznie
nudna w niekończącym się wymyślaniu tortur dla faceta, co do którego
nie mamy pewności, że jest zły, a więc też mamy gdzieś, co się z nim
stanie. Myślimy sobie: jeśli jest winny – ok., niech cierpi, należy mu
się. Jeśli nie – też dobrze, prędzej czy później, jakaś uwiedziona i
zakochana po uszy modelka małolata będzie przez niego płakać. Moim
zdaniem taka niejednoznaczność postaci źle robi filmowi, jak
wspomniałam – jesteśmy skołowani, nikogo nie lubimy, nikomu nie
współczujemy, jesteśmy obojętni wobec bohaterów.

Nie wiem
jaki był cel jego realizacji tego filmu?  Przestroga? Tylko dla kogo? Dla
czerwonego kapturka, by nie wierzył wilkowi? Ok. Ale tu wyszło – że to
wilk powinien być ostrożny – bo czerwony kapturek może okazać się
wilkiem. Trochę to naiwne, bo w życiu, niestety to wilk zawsze ma
przewagę nad czerwonym kubraczkiem, więc lepiej nie ryzykować i omijać
go z daleka. Chyba jednak byłoby ciekawiej i dla filmu i dla widzów,
gdyby nie próbowano odwracać dobrych, sprawdzonych od setek lat
schematów i gdyby jednak wilk okazał się wilkiem, a czerwony kubraczek
nieco naiwnym, ale dzielnym i mądrym dziewczątkiem, któremu udaje się
uciec, a najlepiej w ogóle nie spotkać z wilkiem.
A tak, nie daj
Boże, jeszcze niektóre nimfetki, czy lolitki, uwierzą, że naprawdę mają
moc i mogą wygrać w bezpośrednim starciu z niewinnie jak Jeff
wyglądającą bestią.

Funny Games

3 komentarzy

„Funny Games” to trzeci film z tzw. „austriackiej trylogii” (pozostałe
to „Siódmy kontynent” i „Benny’s Video”), w której M.Haneke rozprawia
się z mieszczańską, układną mentalnością swego narodu. Z tych samych
pobudek, zresztą, sfilmował parę lat później powieść swej rodaczki E..
Jelinek pt. „Pianistka”.

Jak to u Haneke bywa, i w „Funny
Games” nie brakuje mocnych, prowokacyjnych, szokujących scen. Film
zrobiony jest wg zasad rasowego thrillera. Mamy noże, strzelby, które w
swoim czasie ranią i strzelają. No i wszystko, co by mogło pomóc wyjść
bohaterom z opresji, jest zepsute. A opowieść otwiera obraz sielanki na
łonie natury. Trzyosobowa rodzina, może nie tak atrakcyjna wizualnie,
jak to bywa w produkcjach amerykańskich: matka, ojciec w średnim wieku
i ich 10letni syn przyjeżdżają na weekend nad jezioro. Ledwo zdążą się
rozpakować i poumawiać na wieczornego grilla z sąsiadami, odwiedzają
ich Obcy. Niestety, nie w sensie – przybysze z innej planety, a ludzie
- czyli dwóch kulturalnych i, wydawałoby się, przyjaźnie nastawionych
młodzieńców, którzy w imieniu sąsiadki proszą o pożyczenie jajek.
Z czasem okazuje się, że dobre maniery, białe rękawiczki i przyzwoity wygląd to pozory.
Reżyser wraz z nieproszonymi gośćmi rozpoczynają z nami i gospodarzami
domu inteligentną, ale przewrotną, okrutną i „zabawną” grę. „Zabawną” –
bo młodzieńcy, jak i z pewnością niektórzy widzowie, czerpią wiele
przyjemności i radości z uciesznych i wyszukanych monologów oprawców
oraz psychicznych tortur jakimi raczą pojmaną rodzinę. Haneke nie
szokuje spektakularnymi aktami cielesnego znęcania- takie na dłuższą
metę przestają oddziaływać na widza. Najbardziej sugestywnie i
przerażająco działa na nas metodyczne, niespieszne, z uśmiechem na
ustach, wypełnianie kolejnych punktów planu bezsensownej, bez żadnego
konkretnego powodu, nie licząc sadystycznej przyjemności, zagłady
niczemu winnej rodziny.

Czy „Funny Games” wpisuje się swym
przesłaniem w tak charakterystyczną dla Haneke wizję osamotnionego
człowieka, postępujący u niego brak wrażliwości, do jakiego prowadzi
poczucie wyalienowania wskutek niemożności nawiązania porozumienia
między ludźmi? Myślę, że także. Sygnał tego mamy na samym wstępie.  Czołówka filmu, jak na jego tytuł przystało,
zaczyna się też od zabawy. Małżeństwo, jadąc samochodem, puszcza sobie
nawzajem taśmy z muzyką poważną i odgaduje kompozytorów oraz tytuły
utworów. Po chwili włączają radio i ta muzyczna idylla zostaje zakłócona przez
współczesne rytmy, bliskie tylko młodym ludziom, jakiegoś death metalu.
Jak wiemy – muzyka, to jeden z najbardziej „widocznych” elementów
dzielących pokolenia.
I dalej, to już mamy istny ocean samotności.
Każdy z członków rodziny związany, sterroryzowany, upokorzony przez
okrutników musi samotnie zmagać się ze wstydem, strachem, upodleniem i
własną bezsilnością.
A gracze – zabawowicze, czyż to nie z
poczucia beznadziei, własnej marności, maskowanego wyrafinowanym
okrucieństwem i czarnym humorem, zdecydowali się na bezsensowny marsz
śmierci po tej krainie szczęścia położonej nad jeziorem, do której nie
mając wstępu, musieli się wkraść fortelem i zniszczyć to, czego nie dane
było im doświadczyć?

Ale Haneke w „Funny Games”, obnaża przede
wszystkim zamiłowanie człowieka do oglądania okrucieństwa. Jest na to
dowód w postaci kilku scen, których teraz nie będę analizować. Każdy
kto film będzie oglądał lub już widział, doskonale zda sobie z tego
sprawę. Zło, śmierć, zabijanie jest bardzo medialne, ludzie rzadko
sięgają po pilota od telewizora, by go nie oglądać. Szkoda, że równie
rzadko zdają sobie sprawę, iż za krwawymi obrazkami w telewizji, czy
prasie, kryją się prawdziwe ludzkie dramaty, w których sami nie
chcieliby uczestniczyć a na dodatek by robiono z nich publiczne
widowisko. I tak mi się w tej chwili nasunęła sprawa W. Milewicza,
reportera polskiej telewizji, zabitego w Iraku. Superekspres zamieścił
zdjęcie jego ciała na pierwszej stronie. Środowisko dziennikarskie było
oburzone, a przecież ono samo w jakiejś części z takich zdjęć żyje.
Świetny
film. Właśnie w USA kręci się jego remake. Ale na pewno, żaden remake
nie będzie taki jak pierwowzór, ot choćby ze względu, na świeżość
koncepcji owej okrutnej, może dla niektórych zabawnej, gry, jaką autor
filmu prowadzi nie tylko na ekranie, ale poza nim.

A aktorstwo, jak zwykle u Haneke – PIERWSZORZĘDNE. Główny ciężar wzieli
na siebie – Arno Frisch jako jeden z młodzieńców o imieniu Paul, i
Susanne Lothar, jako żona i matka oraz zmarły niedawno Ulrich Muche jako jej mąż, także w życiu prywatnym.  Mały Stefan Clapczyński jako syn,
również spisał się znakomicie. 
Brawa.

Zerwany

Brak komentarzy

Debiut fabularny Jacka Filipiaka. Kilka lat temu sporo mówiło się o jego dokumencie pt. „Bidul”.
Historia
z życia, opowiedziana reżyserowi przez współlokatora z internatu przy
technikum rolniczym, do którego razem uczęszczali. Wcześniej Mateusz,
bo tak ma na imię bohater filmu (gra go bardzo dobrze Krzysztof Ciupa)
, mieszkał w domu dziecka, jakiś czas w rodzinie (pożal się Boże)
zastępczej, później znowu w domu dziecka, aż w końcu – z powodu
błahego, ale jednak przestępstwa, trafił do poprawczaka.
Film jest
bardzo wyważony w emocjach. Brutalne sceny, których przecież nie mogło
zabraknąć, łagodzone są od razu momentami lirycznymi wręcz – np.
Mateusz w ciężkch chwilach „urywa się” do swojej przyjaciółki brzozy,
albo spotkanie na dachu z chłopakiem śpiewającym po włosku.
Zerwany
ukazuje niełatwe życie nastolatków i młodych mężczyzn (rozpiętość wieku
żyjących pod jednym dachem to też problem) w powyższych placówkach, ich
brutalną, ponurą codzienność, ale jednocześnie nie pozbawia nas
odczucia, że są to ludzie tacy jak my wszyscy, tylko zagubieni w
twardej, nieprzyjaznej rzeczywistości, której często nie mogą sprostać,
a próbą jej okiełznania jest przeważnie próba siłowa.

Smutna
ocena, ale bez histerii, pracy wychowawców, którzy niestety, często
swym osobistym przykładem, demoralizują zamiast wychowywać, czy
resocjalizować – „Krótki” – Jan Frycz, czy wychowawczyni z domu
dziecka, mająca dobre chęci, wobec swych podopiecznych, ale kompletnie
pozbawiona pedagogiczno-psychologicznego przygotowania.

Na
szczęście, jeśli ma się odrobinę inteligencji, wszystko można
przetrwać, ale niestety, blizny zostają na całe życie. Mateusz uczy się
dobrze, nie daje się zgnoić starszym kolegom, zachowuje się poprawnie –
co procentuje zwolnieniem go z zakładu poprawczego. Może uczyć się w
normalnej szkole, ale czy będzie możliwe, aby się w niej odnalazł, czy
koledzy zaakceptują kogoś z bidula, albo poprawczaka? Czy on
zaakceptuje siebie, czy będzie przekonany o swojej wartości, skoro
przez kilkanaście lat wpajano mu, i sam się czuł, nikomu niepotrzebny?

„Stereotyp”
– dla Mateusza, który marzy, by zostać „konentatorem” sportowym, to
takie trudne słowo do wymówienia, wyuczenia i zrozumienia. W końcu
udaje mu się. Ale czy ludziom z zewnątrz, których Mateusz spotka na
swojej drodze, uda się pokonać ten «funkcjonujący w świadomości
społecznej skrótowy, uproszczony i zabarwiony wartościująco obraz
rzeczywistości odnoszący się do instytucji domu dziecka i jego
wychowanków, często oparty na niepełnej lub fałszywej wiedzy o nim i o
nich, utrwalony jednak przez tradycję i nie ulegający zmianom; »
I czy społeczeństwo kiedyś zrozumie, że to nie dzieci w domach dziecka są złe, ale dorośli, którzy zgotowali im taki los?

Bardzo
dobry film, tym bardziej w obecnej dobie, kiedy coraz częściej podnoszą
się głosy o domach dziecka jako zupełnie nietrafionej państwowej
placówce opiekuńczo-wychowaczej.

Polecam. Także ze względu na aktorstwo, niektóre role są całkiem przyzwoicie wypełnione przez wychowanków z poprawczaka.

Hm, mam co do tego filmu, jak to się ładnie mówi, ambiwalentne
odczucia. Owszem, podobał mi się, nie żeby do szaleństwa, ale miło się
na to patrzyło. Jest to bardzo spokojna opowieść z lat 30-tych dziejąca
się w Los Angeles. Czas kryzysu, ale jednocześnie wielkich pragnień i
nadziei, na lepsze życie. Opowieść ma wątki autobiograficzne, snuje ją
bowiem pisarz Arturo Bandini czyli alter-ego autora powieści, Johna
Fante, pod tym samym tytułem, wg ktorej reżyser filmu, Robert Towne,
napisał scenariusz.

Tytuł dzieła wskazuje, że jest to romans. I
owszem, jest, ale nie tylko. To także historia ludzi, którzy będąc
imigrantami na amerykańskiej ziemi nie czuli się tam od początku
dobrze. Arturo Bandini – jest z pochodzenia Włochem i od najmłodszych
lat oczuwał na własnej skórze, że nie wszystkim się to podobało.
Camilla znajduje się w jeszcze gorszej sytuacji – jest Meksykanką.
Oboje
przyjechali do LA w konkretnym celu. Arturo chce w sepcyficznej
atmosferze tego miasta poszukać natchnienia do pisania książek, a może
i znaleźć miłość. Camilla – nie owija w bawełnę, że chodzi o jej zmianę
nazwiska na brzmiące bardziej z angielska i polepszenie sobie dzięki
temu swej sytuacji. Oboje są poranieni niesprawiedliwością społeczną,
nietolerancją, poczuciem niższej wartości. I oboje, mimo, że od
pierwszego wejrzenia przypadli sobie do gustu, ranią się nawzajem, tak
jakby nie mogli żyć bez poniżania siebie i innych. I tak się toczy ten
romans, na przemian, raz rozkosz raz ból. I wszystko byłoby fajnie,
tylko, że jakoś trochę w ospałym rytmie (stąd ta moja mała
ambiwalencja). Może dlatego, że Arturo nie czuje się zbyt pewnie jako
zdobywca damskich serc, jest niedoświadczony i nieśmiały w tej materii.

Ale może tak ma być, niespieszno, by odwrócić naszą uwagę od romansu i skierowac ją na tło społeczne.

Film
mogę z czystym sumieniem polecić cierpliwym, którzy lubują się w filmie
z brakiem akcji oraz adoratorom Salmy Hayek – wygląda tu naprawdę
ponętnie, nawet jako biedna kelnerka na przedmieściach Los Angeles. No
i wielbcielki (są tu takie?) Colina Farrella będą zadowolone. Jeśli
kogoś onegdaj zauroczył w „Aniołach z Ameryki” Justin Kirk będzie miał
okazję przypomnieć go sobie. Ma tu niedużą rólkę, również
początkującego pisarza, ale z angielskim nazwiskiem, które tak bardzo
podoba się Camilli. Kirk nie czaruje już tak jak u Nicholsa, ale zawsze
miło spotkac kogoś, kto dostarczył nam kiedyś pozytywnych wrażeń.

Ja
prawdę mówiąc, „Pytając o miłość” zobaczyłam dla Farrella. Muszę
przyznać, że pieknie wpisał się w rolę zakompleksionegoWłocha, którego
Camilla bierze początkowo za Meksykanina, swego rodaka. W ogóle, wydaje
mi się, ze film zyskuje głównie dzięki aktorom. Duet Farrell i Hayek
nie tylko pięknie wygląda, ale także dobrze gra. Mniej doświadczeni
aktorzy, na pewno nie udźwignęli by tego zadania, by pokazać nie tylko
skomplikowaną miłość, ale także dołującą atmosferę lat 30-tych w LA.
Dołącza do nich Donald Sutherland, wcielajacy się w upadłego pisarza
alkoholika (znowu pisarz – widać LA był Mekką nie tylko dla marzących o
karierze aktorskiej). Ma on dosłownie może ze 2-3 krótkie wejścia na
plan, ale to wystarczy by odezwał się w nim dawny mistrz.

Film
z pewnoscią nie zalicza się do kasowych i efektownych, ale ma w sobie
to „coś”, co zatrzymuje przed ekranem i chyba go się zapamięta, choćby
w urywkach.

Zresztą, tak jak gdzieś wyczytałam (chyba Stopklatka, 
powieść zwróciła uwagę Charlesa Bukowskiego, to dzięki niemu zdobyła
popularność, może zacytuję:

Dzieło
Johna Fante nie było wydawane przez dziesiątki lat, aż do momentu, gdy
Charles Bukowski znalazł „Ask the Dust” na półkach biblioteki
publicznej w Los Angeles. W 1980 roku Bukowski zażądał od swego
wydawcy, Black Sparrow Press, wznowienia publikacji powieści Johna
Fante, uzależniając od tego własną, dalszą współpracę z wydawnictwem.
Napisał również przedmowę, która doprowadziła do ponownego odkrycia i
docenienia dorobku pisarza:
„Musimy wracać do przedrewolucyjnych
pisarzy rosyjskich, by odnaleźć jakieś ryzyko, jakąś pasję.. a tutaj
oto mamy człowieka, który nie boi się uczuć. Czytając, zatrzymałem się
na chwilę. Byłem jak człowiek, który znalazł złoto na miejskim
śmietniku. Odłożyłem książkę na stolik… To była historia o szczęściu i
przeznaczeniu, o rzadkiej, naturalnej odwadze, napisana prosto z serca”
– napisał Bukowski w 1980 roku.”

Coś w tym jest, bo
czego jak czego, ale szczerości, nie oszczędzającej samego siebie,
autorowi „Ask the Dust” na pewno nie brakuje.

Przemysław Wojcieszek – reżyser (i scenarzysta) zrobił już jeden film,
na który zwróciłam uwagę „Głośniej od bomb” o podobnym wydźwieku jak w
„W dół kolorowym wzgórzem”, o tym, że niestety dzisiaj nie ma życia na prowincji polskiej. Kto
tylko młody i żyw patrzy, żeby z niej jak najszybciej wiać.
Jednak”W
dół kolorowym wzgórzem” jest juz na pewno filmem dojrzalszym i na
lepszym poziomie, również technicznym. Widać, że reżyser zdobył już wieksze zaufanię jak twórca, a co za tym idzie, zdobył większe
fundusze. Obraz na ekranie jakby czystszy, w miarę dobrze słychać, a akcja jest o wiele
bardziej bogatsza – jest więcej urozmaiconego pleneru, jak i wątków
fabularnych.
Pozostali ci sami ludzie – współrealizatorzy. Jeśli chodzi o zdjęcia -
Jolanta Dylewska (autorka również teledysków, m.in. Maanamu), muzyka -
R. Straburzyński, no i Rafał Maćkowiak – odtwórca jednej z głównych
ról. No i miejsce akcji to samo, co w „Głośniej…”- Dolny Śląsk.

Fabuła tyczy Ryśka. Ten dwudziestoparoletni mężczyzna, wraca z
więzienia do rodzinnego domu na wsi, a tu okazuje się, że podczas jego nieobecności nie tylko
ojciec umarł, ale brat Jarek ożenił się z jego ukochaną, wyprzedał cały
majątek na czele z samym domem. Znaczy -Rysiek jest
bankrutem życiowym – nie ma niczego – ani rodziny, ani dziewczyny, ani
domu. Ma tylk, jak zawsz, gotowych podać mu „pomocną dłoń” za „odrobinę
wdzięczności” kolesiów, drobnych rzezimieszków, przez których zresztą
poszedł siedzieć. Sytuacja tragiczna, ale czy jednak bez wyjścia?

Naprawde
ten film ogląda się przyzwoicie. Jest przemyślany, mądry, bez
nadmiernej sensacji i pośpiechu. Jest świetnie zagrany – przez
wszystkich, bez wyjątku. Zarówno przez znanego już Rafała Maćkowiaka,
Jacka Borcucha, jak i tych trochę mniej znanych: Dariusza Majchrzaka
czy mojego ulubieńca w tym filmie Przemysława Bluszcza (Tadzik) – który
wniósł sporo humoru, takiego trochę śmiechu przez łzy, do tego filmu.
No i główna rola żeńska – Aleksandra Popławska jako Agata – ukochana
prawie wszystkich mężczyzn we wsi, sprawdziła się bardzo, także jako
nieco wyrodna córka swych rodziców.

Jak już wspomniałam film
ma świetne zdjęcia (Jolanta Dylewska jak by nie było to zasłużony
kinooperator). Ciekawe ujęcia – np. scena walki na pięści skłóconych
braci na klepisku, w stodole, filmowana z góry. Zresztą, to jedna z
ładniejszych, wzruszających scen filmu – sama kwintesencja braterskiej
miłości.
Poza tym, jest dużo zbliżeń twarzy, bardzo dużych
zbliżeń. Bywa że widzimy tylko same oczy bohaterów w niezwykłym ujęciu,
czy policzki itp…No, widać tu jakiś artyzm, i to nie jest na siłe
moim zdaniem, to nie jest żadne efekciarstwo, to robi klimat i nastrój.

Dobrze się na tym film patrzy. I patrzy się na ten film nie
nadarmo. ten film daje do myślenia. Oprócz problemów, ze tak powiem
socjalnych, sporo tu różnych innych dylematów, jak choćby wspomniane
stosunki między braćmi, w ogóle sporo miejsca zajmują tu kwestie
dotyczące relacji rodzinnych, czy lojalności.

Pociechę widzom,
a i bohaterom filmu zapewne też, przynoszą piękne tytułowe wzgórza,
sfilmowane tak, ze czujemy się prawie jak w Prowansji, tylko pól
lawendowych brak. Może trochę przesadzam, ale tylko trochę. I tylko żal, że świat taki
piękny, a życie czasem takie paskudne. Na szczęście nie zawsze musi
takie być, wszystko w naszych rękach.

Niedawno pożegnaliśmy święta, jesteśmy w środku karnawału,
no to ja na przekór i ku pamięci, jako że zamykam pewien rozdział mojego
internetowego żywota ( forum), wspomnę o „Żurku”.

 Smakowity film, choć chwilami kwaśny, jak to żurek. I
nie poczułam się po nim zdołowana. Przeciwnie, jestem syta (jak to po żurku) i mocno  zbudowana. O dziwo.
Mimo całej mizerii życia jego głównych bohaterów, a właściwie bohaterek. Tak,
życie Halinki i jej „nie tego” córki Iwonki jest ciężkie, i często
pozbawiane godności (niestety przeważnie za sprawą mężczyzn), ale jednak, mimo
wszystko, jest ono godne. Bo Halinka za wszelką cenę pragnie ocalić podstawowe
wartości, o których często obecnie się już zapomina. Ot choćby to, by mężczyzna,
jak na mężczyznę przystało, ponosił odpowiedzialność za swoje czyny, by dziecko
miało ojca, by ojciec miał wpływ na imię nadane jego dziecku na chrzcie
(koniecznie przed świętami), by łożył na jego wychowanie etc. Po prostu -
poszanowanie pewnych odwiecznych praw, zwyczajów,  obyczajów, co decyduje o pewnym uporządkowaniu
i ładzie naszego życia. Symbolem tej tęsknoty za takim ładem, umiłowaniem
pewnych korzystnych dla człowieka tradycji jest w filmie tytułowy żurek – polski
żurek – którego smaku nie możemy, nie chcemy i nie powinniśmy zapomnieć.
Zresztą, niekoniecznie rzecz musi tyczyć wartości typowo religijnych, jakich tu
mamy przyklad. Ważne by każdy posiadał swój własny system wartości
humanitarnych, których przestrzeganie czyni z nas prawdziwego człowieka, w choćby
najgorszej sytuacji życiowej.

Piękny, klimatyczny film. Wreszcie świetny scenariusz (wg opowiadania O.
Tokarczuk) – niby nic skomplikowanego – poszukiwanie sprawcy poczęcia dziecka -
ale ileż tu niedomówień, niejednoznaczności, w treści i emocjach. Pięknie
zagrane role – od tych najważniejszych (Z. Zamachowski chyba juz dostanie etat
prowincjonalnych, poczciwych, szlachetnych wrażliwców) do drugo-  i trzecioplanowych.
Jedna scena wspaniała – napaść na Iwonkę i jej matkę podczas powrotu z
jednostki wojskowej- gdy nie wiemy, czy to co się dzieje (a dokładnie gra
twarzy i gestów napastnika i Iwonki) jest faktem, czy wyrazem tęsknoty tej
młodej dziewczyny, takiej trochę „nie tego”, ale mającej tak jak wszystkie inne, swoje pragnienia i marzenia
o mężczyznach.
Pisząc te słowa, jakiś czas temu, czułam się trochę zmobilizowana do przeczytania literackiego pierwowzoru
dla porównania – co tez uczynił z nim R. Brylski robiąc taki ciekawy film. Niestety, nie wyszło :((( Chlip, chlip. Za karę jutro gotuję pyszny żurek (serio), na boczku, kiełbasie, z ziemniaczkami, pełna tradycja! – i nie jem go! Kolejne postanowienie. Przekonam się czy spełnione, już za kilkanaście godzin. Chlip. chlip, chlup, chlup…


  • RSS