filmowo blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2007

Skóra na dłoniach i paznokcie wiele mówią o człowieku. Dłonie często smarujemy kremami ochronnymi i odżywczymi, a raz na jakiś czas nakładamy grubą warstwę maski lub udajemy się do gabinetu kosmetycznego.

Jest oczywiście prosty domowy sposób. Podgrzewamy lekko oliwę, dodajemy do niej kilka kropli soku z cytryny (można dodać również trochę gliceryny lub parę kropel wit. A). Moczymy w tej miksturze całe dłonie 15-20 min. Następnie wycieramy ręcznikiem jednorazowym. Nie zmywamy!
Zadbajmy o nasze dłonie. Niech będą naszą wizytówką, zwłaszcza jeżeli pracujemy w sklepie, biurze, banku, seksklubie… Zachęcam.
Irina Palm

Jestem ostatnią osobą, która podejrzewała by siebie, że będzie prawie szlochać nad losem jakiegoś skinheada z zapyziałego miasteczka Wysp Brytyjskich. A jednak tak się stało. Za sprawą reżysera Shane Meadowsa, Stephena Grahama i kompozytora – Ludovico Einaudi, którego muzyka wprost „znęcała się” nad widzem, szarpiąc jego serce, podczas dramatycznej finałowej sceny. Film niemal perfekcyjny, jeśli chodzi o dotarcie do uczuć widza. Scenariusz reżysera wprost modelowy – bohaterowie jednego miejsca, środowiska, ale jednak mocno zróżnicowani. Ich charaktery, z których żaden nie jest zdecydowanie czarny ani biały, zmieniają się ciągle pod wpływem następujących po sobie wydarzeń, niczym szkiełka w kalejdoskopie, tworząc barwną opowieść o odwiecznych ludzkich tęsknotach za akceptacją, przyjaźnią, miłością, rodziną i stabilizacją. Dialogi wartkie, błyskotliwe, wyważone, przekonywujące. Gra aktorów znakomita. Humor, dowcip, ale również prawdziwa troska autora „co z tą Anglią”? Za dużo w niej biedy, szarości, nijakości, braku celu w życiu prostych ludzi, brutalności, gniewu, w końcu rasizmu. A wszystko to na tle imperialistycznych zapędów (wojna o Falklandy) i mieszania się w konflikty zbrojne. Czyż nie lepiej, by politycy zajęli się własnym narodem, tu i teraz, gdzie obecnie żyje? Mało im jeszcze trosk i zmartwień, muszą szukać nowych?

Głównym bohaterem jest kilkunastoletni, osierocony przez ojca zabitego na wojnie z Argentyną o dalekie wyspy, Shaun (bardzo dobra rola, nagrodzona zresztą BIFA, Thomasa Turgoose’a). Shaun to dobry, porządny chłopiec, ale trochę samotny –nosi dziwne spodnie, nie ma ojca, musi więc w niektórych momentach życia liczyć tylko na siebie. W takiej sytuacji przyjąłby zaproszenie do towarzystwa od samego diabła, a co dopiero od grupy skinheadów, w której na dodatek są piękne i chętne dziewczyny. Istna sielanka zostaje zakłócona, gdy z więzienia wychodzi ich prawdziwy przywódca, Combo (Stephen Graham – rewelacyjny!!!). Grupa zmienia zupełnie swój charakter – z rozrabiackiej bandy staje się gangiem o profilu rasistowskim. A między starym wygą Combo i młodziutkim żółtodziobem Shaunem rodzi się coś na kształt przyjaźni, opartej na zauroczeniu (Combo widzi w Shaunie siebie, gdy był dzieckiem, Shaun widzi w Combo utraconego ojca) i imponowaniu sobie nawzajem. Niestety, nieodwzajemniona miłość, nuda, wewnętrzna pustka, bezradność, brak zajęcia, chęci by je sobie znaleźć i co tu dużo mówić – głupota, no – może: niezbyt wysoka inteligencja, powodują narastanie frustracji Combo i jego kolesiów, a tę najlepiej przecież wyładować na cudzoziemcach, zajmującej wg nich miejsca, które należą się Anglikom. Robi się coraz mniej przyjemnie, katastrofa wisi w powietrzu.

Shane Meadows koncertowo przedstawia proces rodzenia się agresywnych, nacjonalistycznych ruchów młodzieżowych. To nie są z gruntu źli ludzie. Takimi się stają wskutek różnych okoliczności. Nie wszyscy potrafią znaleźć sensowne ujście dla swoich frustracji, wynikających z poczucia krzywdy, opuszczenia, kompleksów, samotności, pozostawienia ich bez pomocy. Radzą więc sobie ze swoimi problemami, z niedostosowaniem tak jak umieją, jak jest najłatwiej, czyli spuszczaniem lania bogu ducha winnym i najlepiej słabszym . Do tego świetnie nadają się „inni”. Czyli jak nie ma pod ręką homoseksualistów (bo miasteczko jest małe, kto się do tego przyzna?), to mogą to być obcokrajowcy – których można przecież śmiało obijać w imię miłości do ojczyzny i czystości rasy.

„To jest Anglia” świetny film ze społeczno-politycznymi realiami tytułowej Anglii lat 80-tych w tle, zrodzony, jak się można domyślić, z elementów biografii samego reżysera (nawet imiona maja z Shaunem podobne: Shaun – Shane). Historia jakich wiele, dziejąca się co rusz pod różnymi szerokościami geograficznymi, ale opowiedziana wyjątkowo sprawnie i poruszająco. Jeden z najlepszych filmów tegorocznego ENH. Jeśli wejdzie na ekrany kin – polecam i uprzedzam – skinhead też człowiek, chusteczki trzymać w pogotowiu.

Dwa najdziwniejsze filmy festiwalu „CZŁOWIEK Z LONDYNU” Beli Tarra – najnowsza fabuła awangardowego reżysera z Węgier, będąca oryginalną ekranizacją powieści Georgesa Simenona i „DOMY SCHINDLERA” – dokument amerykański, a architekcie Rudolfie M. Schindlerze, reprezentujacym postwojenny modernizm, głównie lat 20-40 tych XX wieku w tamtejszym budownictwie mieszkalnym, głównie w zakresie nowoczesnych willi na wybrzeżu Los Angeles.

Te dwa filmy mają jedną wspólną cechę – ciszę, zminimalizowanie słów. Do widza przemawia głównie obraz. W „CZŁOWIEKU Z LONDYNU” są to długie ujęcia, przedstawiające w czarno-szarych barwach życie pewnego Londyńczyka, pracującego nocą na nadbrzeżu Tamizy, który pewnego razu staje się mimowolnym świadkiem morderstwa. Myliłby się, ten, kto by sądził, że filmowa wersja prozy angielskiego autora kryminałów, będzie trzymającym w napięciu thrillerem. Nie w przypadku Tarra, który znany jest ze swej metody filmowej, gdzie czas jest jednym z głównych aktorów jego produkcji. W swojej filmografii posiada filmy mające długość taśmy wystarczającej na prawie 8 godzin projekcji.
Tym razem węgierski reżyser, nazywany drugim Tarkowskim czy Antonionim, zmieścił się w 130 minutach, co i tak dla widza przyzwyczajonego do szybkich skondensowanych współczesnych, najczęściej amerykańskich produkcji, i tak wydaje się wiecznością. Film jest szary, powolny, niejeden by powiedział „beznadziejny”. Tak jak zresztą życie głównego bohatera, pana Maloin. Jest on człowiekiem bezgranicznie samotnym, mimo, że posiada żonę i córkę. Żyje jakby był niewidzialny, przemyka przez miasto i życie cichcem, wtapiając się bezbłędnie w piękne choć smutne pejzaże zaniedbanych ulic. Ale jednak, z czasem okazuje się, że ten przeciętny Londyńczyk jednak żyje. Ma swoje emocje i uczucia, jest na pewne sprawy szczególnie wyczulony, a nawet rozeźlony. Nie godzi się na brud, bierze się w końcu za jego sprzątanie, nie patrząc, że sprzątając sam się pobrudzi.

Wydawałoby się, że film jest pozbawiony akcji, oglądamy przeważnie kilkuminutowe ujęcia, czasem w ruchu, gdy na przykład wracamy razem z Maloin pustymi, przygnębiającymi ulicami do domu, po nocnej zmianie. Czasem są to ujęcia statyczne, ot choćby to z drzwiami starej szopy. Patrzymy na nie w ciszy, ale czujemy niemal fizycznie, wiemy, że te oto stare deski, uporządkowane w szereg i spięte starą żelazną klamrą, są zasłoną niezwyczajnego zajścia między dwoma mężczyznami.
Bo taka jest specyfika filmu Tarra, on igra z naszą wyobraźnią, to my sami snujemy projekcje tego co on nam zasugeruje. I na tyle jego filmy są fantastyczne, na ile pozwala nam na to nasza fantazja, daje nam w tym przypadku wolną rękę i wolny wybór.

„DOMY SCHINDLERA” (nie mylić z listą Schindlera), to 1.5 godzinny dokument z kilkuzdaniowym prologiem o kim mowa z konstatacją, iż dzieła tego amerykańskiego architekta o austriackich korzeniach, przemówią same za siebie i opowiedzą nam o człowieku, który je stworzył, a więc wszelki komentarz jest zbędny. Na początku – szok! Jak to tak, nie będzie opowieści o życiu? o zmaganiach z betonową materią? o założeniach modernizmu? o historii tych, trochę wydawałoby się na początku topornych willi; o tym kto, dla kogo, za co i za ile? Nie, nic, ani słowa. W ciągu 90 minut, słyszymu szum drzew, odgłosy ulicy i krzątaniny, jaka dochodzi z okolicy i wnętrz domów. Ludzi nie widać, jakby wymarli, oglądamy tylko puste wille, wytwory wyobraźni i ręki architekta oraz budowniczych. Surowa geometria, grube ściany, nieduże okna, płaskie dachy, spokojną harmonia, bez żadnej stylizacji i broń Boże ozdobników (oto odpowiedź na minioną secesję), sztuka i materia wyłącznie w służbie funkcjonalności. Na szczęście wszystko w życiu ewoluuje, a więc założenia modernizmu również. Film daje nam przegląd tego procesu właśnie. Te najwcześniejsze, najstarsze wille, są niczym bunkry – ponure, w środku ciemne, doskonałe jako sceneria filmów kryminalnych o więzionych przez przypadkowych przybyszy domownikach. Och, niedobre emocje budzi taka architektura…
Ale z czasem, ludzie i artyści łagodnieją, a z nimi ich sztuka. I tak też dzieje się z zabudowaniami nadmorskich terenów Los Angeles w latach około 50-tych XX wieku. Nadal pozostają w stylu, ale ich linia i forma jest bardziej lekka. Nadal brak symetrii w planowaniu poszczególnych segmentów budynków, ale okna nabierają rozmachu, zajmują w murach więcej miejsca, wnętrza stają się jaśniejsze i weselsze. I widzom na sali robi się jakoś raźniej. Pojawia się bowiem więcej domowych odgłosów na ścieżce dźwiękowej; a to brzęk naczyń, zgrzyt sztućców z kuchni, jakieś dalekie rozmowy, ba… raz nawet udaje nam się podglądnąć mężczyzną czytającego książkę na tarasie przestrzennnej willi. Nieśmiało więc pojawia się cel, dla którego funkcjonuje modernizm – człowiek i życie. I zaraz zrobiło się cieplej i przyjaźniej, ba… nawet czasem zwiewnie, jeśli by tak można rzec o modernistycznych bryłach. Po prostu – pięknie.
Oto na jaką ciekawą wędrówkę zabrali nas twórcy tego dokumentu, podobnie zresztą jak Tarr – zaproponowali nam spacer po zamożnym sektorze Los Angeles, tak jak Tarr zabrał nas do biednej dzielnicy Londynu… obaj wcisnęli nam pod rękę naszą wyobraźnię.

Człowiek z Londynu i człowiek z Los Angeles. Fikcja i fakty. Dwa filmy – jedna cisza. Niesłychane, że można się jeszcze zatrzymać i popatrzeć, posłuchać spokoju, dać upust wyobraźni, pofantazjować, co prawda pod ścisłym nadzorem reżysera, ale zawsze.

Na „Człowieka z Londynu” ja wyciągnęłam A., a to pod wpływem lektury „Tego piekielnego kina” Wojciecha Kuczoka, gdzie Bela Tarr ma dla siebie cały porządny rozdział. I dobrze, bo to może nie od pierwszej chwili porywający reżyser, przekonuje po czasie, gdy się na spokojnie przetrawi jego filmową strawę i wyciągnie z niej odpowiednie wartości. Jedną z niezaprzeczalnych jest niezwykła uroda czarno-szaro-białych zdjęć, oraz spokój jaki emanuje z ekranu, nawet, gdy jest krwawo i groźnie. No i akcja „umownie” za kadrem, co pozwala tworzyć swoje scenariusze.

Na „Domy Schindlera” wyciągnęła mnie A. Jako przyszła kulturoznawczyni nie omieszkała o nie zahaczyć. Spodziewałyśmy się więcej treści wyłożonej jak kawa na ławę. Otrzymałyśmy piękny szkic o ewolucji artystycznej jednego z architektów modernizmu, pogłębiony o zadumę nad przemijaniem ludzkiej materii w kontraście z trwałością architektonicznego budulca.


  • RSS