Mój ojciec nie był ideałem, jak każdy z nas. Nie chodził też do kościoła, choć był ochrzczony, jak prawie każdy z nas, Polaków, w końcu ponad 90% rodaków deklaruje się być katolikami. Nie wiem dokładnie, czy dlatego, że nie wierzył w Boga, czy wierzył w coś lub kogoś po swojemu, czy też nie miał przyjemności spotykać się z ludźmi akurat w tej scenerii. Tak się jakoś złożyło, że gdy żył nie wiedliśmy wielkich dysput religijno-światopoglądowych. W ogóle nie zwierzaliśmy się za bardzo sobie nawzajem, jak to zazwyczaj bywa w przeciętnej rodzinie, gdzie wartość rodzica, albo co najmniej jego zrozumienie, dziecko znajduje w czasie, gdy samo jest dorosłe i ma swoje dzieci, albo po jego śmierci.
Podejrzewam, że ojciec unikał tematów ze sfery, że tak powiem duchowej, tyczących uczuć i emocji, bo chyba nie umiał, albo raczej obawiał się, bał roztkliwienia , wzruszenia, pęknięcia – rozsypania wizerunku twardego faceta. W końcu, jak by nie było, chłopcy, nawet duzi, a już tym bardziej w mundurze, nie płaczą.

Jedno co wiem na pewno, to to, że zadbał o moje wykształcenie. Pewnie nie spodziewał się, że po latach zostanę nazwana przez katolików miłujących bliźniego jak siebie samego – „wykształciuchem”, tylko dlatego, że nie jestem z kościołem i pisem i nie wycieram sobie Bogiem gęby jak oni. Bo ja, w przeciwieństwie do nich, Boga szanuję, chociaż go nie adoruję ani mu się nie podlizuję.

Druga rzecz, za jaką jestem ojcu bardzo, bardzo wdzięczna – nie nauczył mnie nienawiści do ludzi. Mój ojciec jako 14letni chłopak trafił do Oświęcimia. Pamiętam dziecięce pytania – „tato, co to jest, ten numer na ręce”. Odpowiedzi były zdawkowe, jakiś „obóz”, czego nie rozumiałam do końca jako dziecko. Mój ojciec nie przechodził kursów dla rodzicow „Odpowiedzi na trudne pytania dzieci”, niestety :)
Ale nigdy, przenigdy, nie usłyszałam słów: „to wstrętnie Niemcy zabrali tatusia do miejsca, gdzie się nad nim znęcali, głodzili, zastraszali itd. To Niemcy tatusiowi zrobili ten numerek…” itp.
Gdy trochę urosłam i poznałam inne znaczenie słowa „obóz”, ojciec też jakoś nie poruszał tego tematu, dowiedziałam się tylko, że trafił do niego z łapanki i że na szczęście niebawem przyszedł koniec wojny. I znowu nie usłyszałam ani jednego nienawistnego słowa, typu – „nienawidzę”, „co oni mi zrobili”, „to przez nich jestem taki”, „to przez Niemców”, „pamiętaj, Niemiec zawsze będzie Niemcem”, „Niemiec to wróg”, „Niemiec, Niemiec” itd. itp. I za to go najbardziej kocham, to dzięki niemu jestem wolnym człowiekiem, nie skażonym żadną nienawiścią, chęcią zemsty, poczuciem wiecznej krzywdy i nawet nie musiałam nikomu niczego wybaczać (mój ojciec nie obciążył mnie swym bagażem przeżyć, sam go nosił). I nie potrzeba mi do tego stanu uczuć żadnego konkretnego Boga, religii, żadnego kościoła, żadnego księdza.
I chwała ci za to Ojcze.