Mnie się podobało. I to bardzo. Mimo, że pomysł z „obcym” z wielkiego świata wkraczającym w hermetycznie zamknięta wiejską społeczność, nie jest odkrywczy, ale za to zawsze niosący pewien ładunek niepokoju, napięcia wynikającego z braku porozumienia między przybyszem a miejscowymi.
I tak jest tym razem – wysoko w Andach leży sobie maleńka peruwiańska wioska, a jej mieszkańcy (rewelacyjne role naturszczyków) właśnie przygotowują się do obchodów świąt Wielkiej Nocy. Wszyscy są bardzo podekscytowani i to bynajmniej nie wspomnieniem męki i śmierci Pana, a okresem jaki przypada między jego spoczynkiem w grobie a zmartwychwstaniem. Ucywilizowani Indianie są przekonani, że wtedy Bóg ich nie widzi, a więc można sobie jawnie i z czystym sumieniem pogrzeszyć. Jest to czas rozwiązłości seksualnej, pijaństwa, złodziejstwa i nie tylko. Oczywiście w niedzielę wszystko wraca do normy, czyli ludzie będą grzeszyć po kryjomu, a bardziej bogobojni poczekają spokojnie rok, do kolejnej Wielkiej Soboty.

Wspaniałe spojrzenie na religię i obrzędowość katolicką, narzuconą kiedyś przed wiekami, a pojmowaną i tak po swojemu i przystosowaną do swoich potrzeb. Jakie to szczere i naturalne i… praktyczne – ludzie przecież mają odwieczną potrzebę grzechu, w końcu są tylko ludźmi – jakie to wygodne tłumaczenie), żyją skrępowani strachem przed karą, wiecznym także ludzkim potępieniem, takie dwa dni oczyszczenia od grzesznych myśli, tłumionych popędów pewnie im dobrze robi na psychikę, o czym zresztą przekonamy się podczas filmu. Tym bardziej, że ich życiem rządzą najbardziej podstawowe uczucia – miłość, zazdrość, nienawiść z instynktem samozachowawczym na czele.

Ale jednocześnie ci prości ludzie podświadomie czują, że ich miejscowe tymczasowe przyzwolenie na grzech, jest karygodne – nie życzą sobie by gringo przybyły z dalekiej Limy był świadkiem ich szczególnego świętowania. Rodzi się konflikt, którego symbolem jest imię tytułowej bohaterki – Madeinusa.
Być może jej matka, która porzuciła rodzinę i uciekła do Limy, zapatrzyła się tak jak jej córka, na metkę T-shirta z napisem „Made in USA”, która jakimś trafem „zawędrowała” do wioski….

W filmie jest sporo tajemnicy, od początku do końca przewija się motyw nieobecnej matki, pamiątek po niej, które ze szczególnym pietyzmem hołubi Madeinusa, a wśród nich szczególną pozycję zajmują kolczyki. To one są tym przysłowiowym pistoletem, który wystrzeli w finale. My wpadamy do wioski z gringo i zastajemy ją, tak jak on, w pewnym stanie rzeczy i musimy sobie z tymi wszystkimi tajemnicami, niedopowiedzeniami i emocjami które się tam kotłują, poradzić, i nie możemy nikogo prosić o pomoc, bo nie jesteśmy tu mile widziani. Podglądamy życie tej małej społeczności, ale chyba tak jak on – czujemy się obco, ludzie ci nie wzbudzają naszej większej sympatii, trzymamy stronę zielonookiego gringo, tak jak Indianie trzymają się razem. Dla nas „Madeinusa” znaczy „wykonano w USA” a dla Madeinusy i jej rodaków – to jej tajemniczo brzmiące imię, które dla fantazji nadała jej matka.

Ja film polecam – choćby dlatego by zobaczyć jedyne w swoim rodzaju wioskowe wybory Miss, tzn. tu się to nazywa wybory na Najładniejszą Najświetszą Panienkę – czyli na wybiegu mamy do wyboru wszystkie miejscowe dziewice cud urody, zdjęte niczym ze świętego obrazka Niepokalanej, a zwycięzżczyni, za wiedzą całej wsi i z aprobatą także ze swej strony (a ma wyjście?) , będzie zdeflorowana przez własnego ojca – wszak Jezus nie widzi, a grzech jest słodki. Czyli pochwała religii jako cugli dla prostego ludu? Być może, ale niekoniecznie, może bardziej konstatacja, że występek jest wpisany w naturę ludzką.

Ten oryginalny tchnący autentyzmem film podobno nie miał wyśmienitych recenzji, ale ja patrzyłam i chłonęłam z prawdziwym zainteresowaniem i przyjemnością, jako że siedzi we mnie dusza niespełnionego podróżnika, a zawędrowanie do takiej wioski, to prawdziwy rarytas, nawet jeśli stworzono by ją tylko na potrzeby filmu. Namawiam do spróbowania.