Dzisiaj, 6 czerwca, był podobno dniem pocałunku. Czego to ludzie nie wymyślą, by ludzi czymś zająć. Ale chyba pomysł się nie przyjął. Chodziłam ponad 3 godziny po mieście i miasteczku i nikogo oddanej tej czynności nie zauważyłam. Może w stolicy województwa to co innego! No i słabe nagłośnienie chyba było. Radiową Trójkę zdominował, od kilku dni zresztą, Kraków i Jego Dni – bardzo hucznie obchodzone. I słusznie – bo mu się należy. Ech, to miasto bym chętnie ucałowała! A w telewizji strajki… komu by się chciało w takiej Polsce, jak teraz mamy, myśleć o całowaniu… chociaż …. zachętę naszego rządu wysyłaną w kierunku narodu zauważam, owszem, owszem… lecz jest to zachęta bardzo nieskromna…. szanowni panowie każą nam całować ich nie gdzie indziej jak w du…ę.
Ekhm… wracam więc do filmów. I tak sobie myślę, jakiż to ja widziałam ostatnio na ekranie najpięknieszy pocałunek? Myślę… myślę… i nie pamiętam… ale pamiętam najbardziej namiętny – w wykonaniu mistrza Antonia Banderasa: w „Desperado” i w „Prawie pożądania” – ten drugi, niestety, wyciśnięty na wargach mężczyzny.
Ech, Melanio G., a ja cię posądzałam o silikon w ustach, a pewnie ich nadzwyczajna pełność to zwyczajna robota Antonia.
Cmok! Cmok!