filmowo blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2007

Pewien ponadtrzydziestoletni torunianin, anglista, zostanie pociągnięty do odpowiedzialności karnej za wrzucenie na stronę „wrzuta” obrazka, którego nie był autorem, przedstawiającego Jezusa z doklejoną twarzą Stalina. Dowcip, niewątpliwie nie najwyższych lotów, nie spodobał się pewnemu katechecie, poczuł, że jego uczucia religijne zostały obrażone, postanowił więc sprawę zgłosić na policję. Odbędzie się proces. Jeden z biskupów polskich poradził wrzutownikowi udać się do psychiatry. Prawdopodobnie wcześniej ten niegodziwy nieszczęśnik uda się do więzienia, albo „zamiast” wybuli parę tysiączków grzywny na tacę, jako zadośćuczynienie za swój grzech.
Swojego czasu – duńscy dziennikarze oficjalnie, w prasie, zakpili z Mahometa, nie dosyć że zamieszczając jego wizerunek do publicznego wglądu, to jeszcze z bombą na głowie. Za ich przykładem ochoczo podążyli następni dowcipnisie. Rysunki, ku uciesze gawiedzi i na dowód wolności słowa, obiegły cały świat, nie omijając prasy polskiej. Ale zawrzał tylko świat islamu. Chrześcijanie gorszyli się rozruchami oburzonych wyznawców Mahometa, nazywając ich fanatykami.

Mój ojciec nie był ideałem, jak każdy z nas. Nie chodził też do kościoła, choć był ochrzczony, jak prawie każdy z nas, Polaków, w końcu ponad 90% rodaków deklaruje się być katolikami. Nie wiem dokładnie, czy dlatego, że nie wierzył w Boga, czy wierzył w coś lub kogoś po swojemu, czy też nie miał przyjemności spotykać się z ludźmi akurat w tej scenerii. Tak się jakoś złożyło, że gdy żył nie wiedliśmy wielkich dysput religijno-światopoglądowych. W ogóle nie zwierzaliśmy się za bardzo sobie nawzajem, jak to zazwyczaj bywa w przeciętnej rodzinie, gdzie wartość rodzica, albo co najmniej jego zrozumienie, dziecko znajduje w czasie, gdy samo jest dorosłe i ma swoje dzieci, albo po jego śmierci.
Podejrzewam, że ojciec unikał tematów ze sfery, że tak powiem duchowej, tyczących uczuć i emocji, bo chyba nie umiał, albo raczej obawiał się, bał roztkliwienia , wzruszenia, pęknięcia – rozsypania wizerunku twardego faceta. W końcu, jak by nie było, chłopcy, nawet duzi, a już tym bardziej w mundurze, nie płaczą.

Jedno co wiem na pewno, to to, że zadbał o moje wykształcenie. Pewnie nie spodziewał się, że po latach zostanę nazwana przez katolików miłujących bliźniego jak siebie samego – „wykształciuchem”, tylko dlatego, że nie jestem z kościołem i pisem i nie wycieram sobie Bogiem gęby jak oni. Bo ja, w przeciwieństwie do nich, Boga szanuję, chociaż go nie adoruję ani mu się nie podlizuję.

Druga rzecz, za jaką jestem ojcu bardzo, bardzo wdzięczna – nie nauczył mnie nienawiści do ludzi. Mój ojciec jako 14letni chłopak trafił do Oświęcimia. Pamiętam dziecięce pytania – „tato, co to jest, ten numer na ręce”. Odpowiedzi były zdawkowe, jakiś „obóz”, czego nie rozumiałam do końca jako dziecko. Mój ojciec nie przechodził kursów dla rodzicow „Odpowiedzi na trudne pytania dzieci”, niestety :)
Ale nigdy, przenigdy, nie usłyszałam słów: „to wstrętnie Niemcy zabrali tatusia do miejsca, gdzie się nad nim znęcali, głodzili, zastraszali itd. To Niemcy tatusiowi zrobili ten numerek…” itp.
Gdy trochę urosłam i poznałam inne znaczenie słowa „obóz”, ojciec też jakoś nie poruszał tego tematu, dowiedziałam się tylko, że trafił do niego z łapanki i że na szczęście niebawem przyszedł koniec wojny. I znowu nie usłyszałam ani jednego nienawistnego słowa, typu – „nienawidzę”, „co oni mi zrobili”, „to przez nich jestem taki”, „to przez Niemców”, „pamiętaj, Niemiec zawsze będzie Niemcem”, „Niemiec to wróg”, „Niemiec, Niemiec” itd. itp. I za to go najbardziej kocham, to dzięki niemu jestem wolnym człowiekiem, nie skażonym żadną nienawiścią, chęcią zemsty, poczuciem wiecznej krzywdy i nawet nie musiałam nikomu niczego wybaczać (mój ojciec nie obciążył mnie swym bagażem przeżyć, sam go nosił). I nie potrzeba mi do tego stanu uczuć żadnego konkretnego Boga, religii, żadnego kościoła, żadnego księdza.
I chwała ci za to Ojcze.

Mnie się podobało. I to bardzo. Mimo, że pomysł z „obcym” z wielkiego świata wkraczającym w hermetycznie zamknięta wiejską społeczność, nie jest odkrywczy, ale za to zawsze niosący pewien ładunek niepokoju, napięcia wynikającego z braku porozumienia między przybyszem a miejscowymi.
I tak jest tym razem – wysoko w Andach leży sobie maleńka peruwiańska wioska, a jej mieszkańcy (rewelacyjne role naturszczyków) właśnie przygotowują się do obchodów świąt Wielkiej Nocy. Wszyscy są bardzo podekscytowani i to bynajmniej nie wspomnieniem męki i śmierci Pana, a okresem jaki przypada między jego spoczynkiem w grobie a zmartwychwstaniem. Ucywilizowani Indianie są przekonani, że wtedy Bóg ich nie widzi, a więc można sobie jawnie i z czystym sumieniem pogrzeszyć. Jest to czas rozwiązłości seksualnej, pijaństwa, złodziejstwa i nie tylko. Oczywiście w niedzielę wszystko wraca do normy, czyli ludzie będą grzeszyć po kryjomu, a bardziej bogobojni poczekają spokojnie rok, do kolejnej Wielkiej Soboty.

Wspaniałe spojrzenie na religię i obrzędowość katolicką, narzuconą kiedyś przed wiekami, a pojmowaną i tak po swojemu i przystosowaną do swoich potrzeb. Jakie to szczere i naturalne i… praktyczne – ludzie przecież mają odwieczną potrzebę grzechu, w końcu są tylko ludźmi – jakie to wygodne tłumaczenie), żyją skrępowani strachem przed karą, wiecznym także ludzkim potępieniem, takie dwa dni oczyszczenia od grzesznych myśli, tłumionych popędów pewnie im dobrze robi na psychikę, o czym zresztą przekonamy się podczas filmu. Tym bardziej, że ich życiem rządzą najbardziej podstawowe uczucia – miłość, zazdrość, nienawiść z instynktem samozachowawczym na czele.

Ale jednocześnie ci prości ludzie podświadomie czują, że ich miejscowe tymczasowe przyzwolenie na grzech, jest karygodne – nie życzą sobie by gringo przybyły z dalekiej Limy był świadkiem ich szczególnego świętowania. Rodzi się konflikt, którego symbolem jest imię tytułowej bohaterki – Madeinusa.
Być może jej matka, która porzuciła rodzinę i uciekła do Limy, zapatrzyła się tak jak jej córka, na metkę T-shirta z napisem „Made in USA”, która jakimś trafem „zawędrowała” do wioski….

W filmie jest sporo tajemnicy, od początku do końca przewija się motyw nieobecnej matki, pamiątek po niej, które ze szczególnym pietyzmem hołubi Madeinusa, a wśród nich szczególną pozycję zajmują kolczyki. To one są tym przysłowiowym pistoletem, który wystrzeli w finale. My wpadamy do wioski z gringo i zastajemy ją, tak jak on, w pewnym stanie rzeczy i musimy sobie z tymi wszystkimi tajemnicami, niedopowiedzeniami i emocjami które się tam kotłują, poradzić, i nie możemy nikogo prosić o pomoc, bo nie jesteśmy tu mile widziani. Podglądamy życie tej małej społeczności, ale chyba tak jak on – czujemy się obco, ludzie ci nie wzbudzają naszej większej sympatii, trzymamy stronę zielonookiego gringo, tak jak Indianie trzymają się razem. Dla nas „Madeinusa” znaczy „wykonano w USA” a dla Madeinusy i jej rodaków – to jej tajemniczo brzmiące imię, które dla fantazji nadała jej matka.

Ja film polecam – choćby dlatego by zobaczyć jedyne w swoim rodzaju wioskowe wybory Miss, tzn. tu się to nazywa wybory na Najładniejszą Najświetszą Panienkę – czyli na wybiegu mamy do wyboru wszystkie miejscowe dziewice cud urody, zdjęte niczym ze świętego obrazka Niepokalanej, a zwycięzżczyni, za wiedzą całej wsi i z aprobatą także ze swej strony (a ma wyjście?) , będzie zdeflorowana przez własnego ojca – wszak Jezus nie widzi, a grzech jest słodki. Czyli pochwała religii jako cugli dla prostego ludu? Być może, ale niekoniecznie, może bardziej konstatacja, że występek jest wpisany w naturę ludzką.

Ten oryginalny tchnący autentyzmem film podobno nie miał wyśmienitych recenzji, ale ja patrzyłam i chłonęłam z prawdziwym zainteresowaniem i przyjemnością, jako że siedzi we mnie dusza niespełnionego podróżnika, a zawędrowanie do takiej wioski, to prawdziwy rarytas, nawet jeśli stworzono by ją tylko na potrzeby filmu. Namawiam do spróbowania.

„Żeby kobieta mogła fruwać, mężczyzna musi pełzać”. Taka oto zgrabna sekwencja wymknęła się kiedyś z ust małżeństwu Kydryńskim – Marcinowi i Annie Marii Jopek na spotkaniu w TVN. Prawda, że piękna? Bardzo lubię tę parę. I to nie tylko ze względu na skojarzenia z ojcem Lucjanem i jego żoną – też piosenkarką, Haliną Kunicką – rodzicami Marcina. Nie, zresztą pani Halina po ślubie raczej skończyła karierę (ale to bardziej „zasługa” czasów i braku popytu na jej repertuar niż wina kogokolwiek), nie – lubię to co oni robią, razem i oddzielnie, i zawsze podkreslają, że gdyby nie mieli siebie, nie byliby tym kim są. Anna zawsze docenia przyziemny trud męża, który doprowadza do jej nagrań i koncertów i jej artystycznych uniesień. Marcin zaś, dzięki swej żonie może bujać w obłokach pełzając po ziemi. Czego przykładem jest ich ostatnia płyta „Id”. Zna już ktoś? Ja wysłuchałam tylko fragmentów, przeczytałam parę recenzji, różnych, skrajnie odmiennych nawet, jestem ciekawa. Ale najpierw uczta podczas „Siesty” z Marcinem K. i przez niego wybraną muzyką.

Dzisiaj, 6 czerwca, był podobno dniem pocałunku. Czego to ludzie nie wymyślą, by ludzi czymś zająć. Ale chyba pomysł się nie przyjął. Chodziłam ponad 3 godziny po mieście i miasteczku i nikogo oddanej tej czynności nie zauważyłam. Może w stolicy województwa to co innego! No i słabe nagłośnienie chyba było. Radiową Trójkę zdominował, od kilku dni zresztą, Kraków i Jego Dni – bardzo hucznie obchodzone. I słusznie – bo mu się należy. Ech, to miasto bym chętnie ucałowała! A w telewizji strajki… komu by się chciało w takiej Polsce, jak teraz mamy, myśleć o całowaniu… chociaż …. zachętę naszego rządu wysyłaną w kierunku narodu zauważam, owszem, owszem… lecz jest to zachęta bardzo nieskromna…. szanowni panowie każą nam całować ich nie gdzie indziej jak w du…ę.
Ekhm… wracam więc do filmów. I tak sobie myślę, jakiż to ja widziałam ostatnio na ekranie najpięknieszy pocałunek? Myślę… myślę… i nie pamiętam… ale pamiętam najbardziej namiętny – w wykonaniu mistrza Antonia Banderasa: w „Desperado” i w „Prawie pożądania” – ten drugi, niestety, wyciśnięty na wargach mężczyzny.
Ech, Melanio G., a ja cię posądzałam o silikon w ustach, a pewnie ich nadzwyczajna pełność to zwyczajna robota Antonia.
Cmok! Cmok!


  • RSS