filmowo blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2007

Wczoraj czekałam na J. z dobrym obiadkiem, bo się stęskniłam i tak w ogóle, poczucie obowiązku, zdrowe domowe odżywianie, itp. Itd.. A tu dostaję telefon” Cześć. Jadę. Właśnie skończyłem pysznego Big Maca. Obiadu nie będę jadł. Za godzinę jestem” No fajnie. Jeszcze chwila, a i my będziemy „Fast Food Nation”. Bo – dość tanio, wygodnie, pozornie smacznie i czysto. I nawet dobre na motyw przewodni filmu o Amerykanach.
Może i dobre, ale wyszło słabo. Fabuła bez nagłych i niespodziewanych zwrotów akcji, przy tak znanym i ogranym już temacie, sprawiła, że film normalnie nudzi. Materiał zawarty, oraz sposób jego wykorzystania w filmie nadają się bardziej na przyzwoity dokument pt. „Jak to z fast foodem bywa” niż na pełnometrażową fabułę.

W filmie są trzy grupy bohaterów. Idąc od góry, czyli od tych najbardziej uprzywilejowanych, mamy mózg „Olbrzyma” (to nazwa handlowa filmowego hamburgera) czyli ci, którzy nad nim intelektualnie pracują. Dalej są fizyczni lepszej kategorii – czyli sprzedaż, ta w rękach białych Amerykanów. I na końcu – Meksykanie, od najbardziej czarnej roboty, czyli produkcji kotletów z czego się da, byle tylko należało do krowy czy wołu.

Kolejno poznajemy przedstawicieli tych grup, licząc, że w końcu dojdzie między nimi do jakiegoś dramatycznego finałowego spotkania. Niestety. Każda nacja, czy grupa społeczna, smaży się we własnym sosie, ich drogi nie schodzą się, a napięcie kumulowane od początku filmu nie zostaje wyładowane – widz jest sfrustrowany, zmarnował czas na oglądanie oczywistości, na dodatek bez sosu. Urwaną kończynę robotnika i wkręconą w maszynę produkującą to i owo widział już wieki temu w „Ziemi Obiecanej”; idok zwierząt zabijanych prądem, odzieranych ze skóry itd. itp. ma od czasu do czasu w porze kolacji podczas oglądania codziennych wiadomości; los imigrantów w USA, cieszących się z każdego zarobiona dolara za marną pracę też już przerabiał niejednokrotnie i to na lepsze sposoby; bakterie w jedzonku zatruwające głodnych – owszem to też jeden z ukochanych newsów naszych mediów. Aż się prosiło, żeby w sumie tak ważne sprawy okrasić jakąś zdecydowaną akcją, by widz nie usnął przy filmie i nie udławił się, zajadając smakowitego hamburgera o woni grillowanej wołowiny.

Najbardziej, względzie akcji, liczyłam na ekologiczną zadymę wszczętą przez prowincjonalnych wielbicieli Greenpeace, a mającą na celu uwolnienie miejscowej gleby od zatrucia bydlęcymi odchodami sztuk pasionych na świeżym powietrzu. Młodzi gniewni (wśród nich Avril Lavigne), sprawiający wrażenie, ze działają bardziej z nudów niż z przekonania o swej racji, postanowili uwolnić nocą tysiące biednych krów. Rozproszyły się bidulki po okolicy, a mnie się wtedy tak zamarzyło – niechby chociaż jedna wpadła pod samochód, powodując jakiś taki mały i niegroźny karambolik, żeby się wreszcie coś w tym filmie zaczęło dziać.

Reżyser, niestety, w celu wzburzenia krwi widza, postawił na seks i na demonicznego strażnika w fabryce kotletów – Mike’a (hm z tego Bobby Cannavale to nawet niezła sztuka mięsa, trzeba przyznać), który żadnej ładnej robotnicy nie przepuścił. I nawet był niezły ubaw, gdy jedna z uwiedzionych rzuca się z nożem na drugą, oczywiście z zazdrości o byczego Casanovę.

A mówiąc już całkiem poważnie, z filmu przebija totalna beznadzieja o życiu tych co w USA, marność nad marnościami, ludzki motłoch, który trzeba wykarmić, byle jak najtaniej i z jak największym zyskiem, a bakterie zwalcza się nie z troski o tego, który je może zjeść i zachorować, a ze względu na święty spokój dla trzymających kasę – procesy sądowe kosztują i psują opinię, nawet gdy się je wygra, a konkurencja nie śpi.

Życie przeciętniaków jest smutne, także białych. Mają oni swoje marzenia, swoje bunty, a i tak skończą na taśmie w miejscowej fabryce kotletów z mięsnej tektury, może tylko trafią na lepszy odcinek, np. na pakowalnię, a nie tak jak Meksykanie na śmierdzącą wykrawalnię nerek z wołowych trupów. A fast food ich wszystkich znakiem.

Przy okazji można sobie ten film zobaczyć. Jest Ethan Hawke – jako wujek (sic! lata lecą!) 20-letniej siostrzenicy,; jest Bruce Willis traktujący siebie jako żywą reklamę branży, w ktorej pracuje i wtranżalający z apetytem hamburgery, mimo, że dokładnie wie co je. Jest Patricia Arquette jako atrkacyjna siostra rzeczonego Hawke’a i matka tej małej. Brakuje tylko zaciekawienia widza tematem, choć wszyscy się pewnie mocno starają. Ale jeśli ktoś ma mało czasu, może sobie spokojnie film odpuścić i przyrządzić w tym czasie smaczne domowe placki ziemniaczane.

„DZIŚ ARTYŚCI NIE SĄ ZDOLNI DO WSPÓŁCZUCIA. WSPÓŁODCZUWANIA. DLATEGO NIE LUBIĄ HRABALA, A IMPONUJE IM OKRUCIEŃSTWO BERNHARDA I JELINEK” – powiedział Jirzi Menzel, reżyser filmu „Obsługiwałem angielskiego króla”.

Święta prawda, tycząca nie tylko literatury. Quentin Tarantino – dzisiaj widziałam „Ikonklasi” z nim i piosenkarką Fioną Apple w rolach głównych. Tarantino znam, nie kręci mnie ten facet swoimi pomysłami na filmy. Apple – dzisiaj pierwszy raz usłyszałam i zobaczyłam. Przyjaźnią się ze sobą, choć dla potrzeb filmu spotkali się aż po pięcioletnim okresie niewidzenia. Bądźmy wyrozumiali, w końcu to artyści i żyją w Stanach, a to duży kraj. Tarantino był bardzo podniecony tematem okrucieństwa, dosłownie – traktuje je jak afrodyzjak i chce swoje filmy kierowac do widzów wrażliwych na tego typu bodźce. Ona raczej spokojna, nie wyglądała na kobiete, piszącą teksty, w których dominują bardzo negatywne emocje – złość i cynizm. Bywają podobno pogardliwe i obraźliwe.
Ciekawa para i… mająca wielu, wielu wielbicieli u siebie w kraju i na świecie. Takie czasy.

Już wiem dlaczego Beata płakała, opowiadając nam na jednym z „dziewczyńskich” spotkań o „Jasminum”. Dostała ten film na Gwiazdkę od męża. Zaczęli go wspólnie oglądać, gdy doszli do chwili, w której filmowa Natasza biedzi się nad zapachem zapomnienia, Beata wyszła z pokoju, opuściła męża szlochając. Pewnie chciałaby opuścić go raz na zawsze, gdyby tylko ktoś wynalazł taki zapach …
Piękne są te zapachy tak skrzętnie pochowane w malutkich słoiczkach, buteleczkach pamięci węchu – słoma na skoszonym polu, gdzie razem przysiedli wędrując po górach; łąka, którą deptali idąc po mleko na wsi; błoto, w które wpadła po kolana, gdy przedzierali się pewnej wczesnej wiosny przez las, w poszukiwaniu gałązek z baziami; pościel w górskiej kwaterze, pachnąca sosną a nie proszkiem; jajecznica – ta pierwsza; zapach niemowlaka, pieluch; markowych perfum z pierwszej zagranicznej delegacji; dezodorant, który wyczuła tuląc się do niego po pierwszym niezdanym egzaminie, zapach spodni z czasów, gdy dojeżdżał do pracy koleją; zapach czereśni przyniesionych na pierwszą randkę… wszystkie zapachy wirują, mieszają się w jeden nazwany jego imieniem. Najsmutniejsze jest to, że są one takie wszechobecne, codzienne i swojskie, tak łatwowywoływalne. Może jednak Beata kiedyś zapomni, albo pójdzie na odczulenie węchu i przyjdzie chwila, gdy czując w nozdrzach kolejne wspomnienie, prychnie: „to tylko głupi zapach”.

Brat Czereśnia i jego słowa: „Nie składałem ślubów milczenia. Milczałem tyle lat, bo nie miałem nic do powiedzenia”. Gdyby wszyscy byli tak rozsądni, jak cudownie cichy byłby świat.

Brat Czeremcha: „Nie modliłem się lecz rozpaczałem, szukałem zapomnienia a nie Boga”. Smutna konstatacja, ale przecież, nie zabrania ona zacząć poszukiwań Boga na nowo, i na dodatek świadomie, co też braciszek uczynił. Czego i życzę braciom rodakom.

Jeden z piekniejszych kadrów filmu, ten z Genią między Czereśnią i Śliwą, zaplatającymi jej warkocze. Symbol wielkiego ludzkiego niespełnienia tych, którzy oddali się służbie Bogu – ich utraconego ojcostwa. Niestety, tytuł „ojca”, przysługujący zakonnikom posiadającym stosowne przygotowanie teologiczne jest tylko tego namiastką.
Szkoda, że tak chwalebne zajęcie wiąże się z odczłowieczaniem, tych którzy mu się oddają. No chyba, żeby częstować braciszków już na wstępie zapachem zapomnienia. Na szczęście, jeszcze takiego nie wynaleziono.


  • RSS