filmowo blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2007

Moje skromne refleksje po filmie (bez wdawania się w szczegóły fabuły), z pozycji ignoranta w temacie zarówno Yimou Zhanga jak i historii Chin, ale ich wielkiej i pewnie naiwnej amatorki. Podczas oglądania „Cesarzowej”, żony władcy Chin X wieku nieodparcie nasuwał mi się kontekst Chin współczesnych, komunistycznych, wieku XXI. Chin, które rozpoczynają drogę do zawojowywania świata. Zalewając go wzdłuż i wszerz tanimi, konkurencyjnymi produktami wszelkiej maści, rozpoczynając gospodarczą ekspansję w Afryce, organizując najbliższą światową (tak!) sportową Olimpiadę Sportową, która – jestem pewna przyćmi swym rozmachem, a być może także rodzimymi wynikami sportowymi, wszystkie poprzednie. Siła tego państwa leży nie tylko w rozwoju gospodarczym, ale i intelektualnym, którego potencjał zawsze w tym państwie jeśli nie rozkwitał, to drzemał, ale także w potencjale ludzkim, ściślej w jego fizycznym, ilościowym, aspekcie. Do tej pory ten ludzki „czynnik” był mocno trzymany na wodzy, ale trudno jest uniknąć zaspokojenia jego podstawowych potrzeb, gdy żyje się obecnie w globalnej wiosce, opanowanej przez najnowocześniejsze środki przekazu, także zaspokojenia potrzeby życia w wolności (choćby miała to być tylko iluzja) i otwarcia się na świat. Z tym drugim aspektem wolności, otwarciem na świat – w państwie środka dzieje się coraz lepiej. Gorzej jest jeszcze z respektowaniem wolnościowych potrzeb jednostki, jej prawem do wyrażania niezgody, swobodnego głoszenia wszelakich poglądów, wolnością słowa jednym … słowem. Ale – tych jednostek jest taka mnogość, liczona w miliardach przecież, że czymże jest jedno, czy dwa, lub trzy marna istnienia, jeśli chodzi o zwalczenie nieposłuszeństwa wobec władzy. Czyli prowadzenie polityki zamordyzmu, jest w takim przypadku wyjątkowo proste, tym bardziej, gdy ludność rozproszona jest na tak wielkim obszarze. Na dodatek nie za bardzo kształcona, dożywiona, zmęczona zaspokajaniem swej fizjologii. To tak tylko, tytułem wstępu i bliskich lub dalszych skojarzeń z pobytem w kinie na zaproszenie Yimou Zhnaga. Bo o czym opowiada nam „Cesarzowa”? O potędze Chin. Jakoś tak podskórnie miałam tego całe dwie godziny seansu świadomość. Nic nie czułam, oprócz strachu przed masą, które depcze i zabija wszystko co jej się napatoczy po drodze. Nie wiem, może to jest efekt babcinych opowiadań z dzieciństwa, o proroctwie królowej Saby, która zapowiedziała czas, gdy żółta rasa zaleje świat. A może Zhang zdobywając tak wielkie fundusze na ten film, czuł się zobligowany, by wydźwięk filmu był do nich jak najbardziej adekwatny. Cały czas przemykała mi przez głowę myśl, jakby „Cesarzowa” była stworzona na zamówienie obecnego kierownictwa partii komunistycznej, by pokazać światu, że Chiny to doskonały organizm, którego każda najmniejsza komórka ma swoje ściśle określone miejsce i zadania do wykonania, a wszelkie zakłócenia w trybikach tej żywej machiny będzie natychmiast i bezwględnie wyeliminowane.

Poza uczuciem obawy i zagrożenia nie czułam za wiele. Film był dość beznamiętny. Jeśli beznamiętnością można nazwać poczucie władzy J. Czasem, czasem pojawiło się COŚ z dziedziny damsko-męskich emocji w intymnych scenach salonowo-sypialnianych, ale szybko zostało stłumione przez potęgę panujących, która może wszystko, nawet wejść do łóżka swoim synom, a co dopiero mówiąc o poddanych. Tak, „Cesarzowa” wyraźnie to sygnalizuje, ostrzega, przestrzega, ubolewa – jednostka nie może za wiele sobie pozwolić. Do protestu i buntu w drodze ku wolności potrzebna jest współpraca wielu ludzi, ale czy może do niej dojść, jeśli władza kontroluje wszystko?

Film był ciekawy, choć nieco, ale tylko momentami, nużący. Dominowała w nim jedna barwa, barwa przepychu, bezgranicznego, tępego („ach, jaka szkoda, że nie wymyślono jeszcze papieru toaletowego ze szlachetnego kruszcu”!) bogactwa – barwa złota. Często pojawiało się ono w otoczeniu czerwieni – kolorze krwi – znak że złoto zawsze jest nią okupione.

Jednym zdaniem – „Cesarzowa” to ładny, atrakcyjny obraz, namalowany z rozmachem, bez żałowania wysiłków i środków, na cześć władzy, który ja zatytułowałabym „Noc złotej chryzantemy”. Na cześć, z kolei, cesarzowej, która ośmieliła się raz zakwitnąć, w tę jedną noc, bez oglądania się, albo nieświadoma konsekwencji, swego wybryku. Świetna rola Li Gong, która zdana była w wyrażaniu tłumionych namiętnych uczuć tylko na mimikę twarzy, na dodatek skrępowanej obfitym, również złotym, makijażem. Ale i tak udało jej się jej znakomicie oddać swój bezsilny bunt wobec władzy, także mężowskiej, oraz miłość, dwojakiego rodzaju, której nie udało mu się stłumić, do synów. Słodko-gorzki smak i złoto-czerwony kolor władzy, ot co. Czy może być coś bardziej podniecającego?
Jak widać po wynikach i postępkach naszych podekscytowanych rządzących „elit”, nienasyconych, żądnych ciągle krwi wyimaginowanych peerelowskich wrogów oraz hołdów uniżonych ślepo poddanych, raczej nie. Lecz co wydaje się pewne, władza pobudza najbardziej tych, którzy zakres podniet mają bardzo ograniczony i zaniżony do poziomu samca – przewodnika stada.

Powrót po paru latach do filmu. Oglądanie z nieco mniejszą dozą emocji, ale nadal mocno poruszające, mimo znajomości poszczególnych nałogowych wątków i ich ofiar. Zwróciłam baczniejszą uwagę na bezbłędną grę aktorską i na doskonale dopasowany do filmowego przekazu montaż – nerwowe, krótkie ujęcia w trakcie ukazywania narkotywego głodu, szybkie, uderzające widza po oczach zbliżenia obrazu (także rozszerzonych źrenic oczu bohaterów) podczas jego zaspokajania. No i wspaniała muzyka, m.in. Kronos Quartet. Film przerażający, smutny, bez choćby cienia optymizmu i nadziei na przezwyciężenie nałogu i samotności – przyczyny albo jego skutku. I na nic słowa, że miłość może wszystko – nie może: matka kocha syna, syn kocha matkę i dziewczynę, dziewczyna jego, przyjaciel przyjaciela i ciągle nie mają sił, by wygrać ze swoją słabością. Tym bardziej smutne, że brak perspektyw na tę nadzieję ze względu na nieustający wzrost wszelkich „przyjemnościowych” technologii, które człowieka coraz bardziej od nich uzależniają.

Dzisiaj miała być wielka przygoda z Elfridą Jelinek i jej „Amatorkami”. Miejsce przygody – Scena Duża Teatru Polskiego w Poznaniu, czas – godzina 17.00. Osoby biorące udział w przygodzie – aktorzy tegoż teatru, wcielający się w postaci wymyślone, albo i nie, przez laureatkę literackiej nagrody Nobla oraz widzowie, spragnieni czegoś Nowego, tym razem w Teatrze Polskim. Oczekiwanie na wielkie spełnienie – prawie miesiąc, uwieńczone wielkim zawodem. Na szczęście Jelinek nie jest niczemu winna, przynajmniej na razie. Przygoda się nie odbyła. Z tajemniczych powodów, określonych przez panią w kasie, jako kłopoty organizyjne, przedstawienie zostało przesunięte na 4 godziny po planowanym terminie, czyli na 21.00. Owszem, co z tego, a jeśli się nie jest z Poznania, tylko z dziurki oddalonej od niego o ponad godzinę jazdy? A poza tym, dlaczego nigdzie nie było żadnych anonsów o kłopotach związanych z „Amatorkami”? Zmarnowany czas i płonne nadzieje na ciekawy niedzielny wieczór wynagrodziliśmy sobie niedługim, acz bardzo przyjemnym posiedzeniem w Werandzie, której wystrój kojarzył nam się trochę z czechowowskim teatrem dziejącym się w starych nieco zapuszczonych ziemiańskich dworkach; gdzie kawy smakowały pysznie, herbata z pomarańczową konfiturą i listkiem czegoś zielonego osłodziła gorycz rozczarowania, a ludzie wokół grali jak z nut swe u/mówione spotkania. Bo jak się chce, teatr swój malutki można zobaczyć wszędzie.

Byłam na spotkaniu z moją ulubioną polską aktorką, kiedyś może bardziej, teraz trochę mniej, ale w przyszłości, czuję, że zanosi się na wielki miłosny come back. Podobno, stara miłość nie rdzewieje, a poza tym ta kobieta może imponować. Jak to się popularnie mówi? – wulkan energii, tygiel pomysłów, burza włosów.. ? ups, zagalopowałam się. Ale apropos – ładną fryzurkę ma pani Krystyna, z małymi poprawkami niezmienną od lat i fajna jest. Chciałabym mieć taką przyjaciółkę, która mogłaby mnie zasilać, by czerpać z niej i na odwrót. Co prawda, JK napomykała od czasu do czasu o swym trudnym charakterze, ale myślę, że nie byłabym jej dłużna. To są takie moje dyrdymałki, a teraz na poważnie, co do przyjaźni, a raczej wielkich słów o niej. Zrobiłam pewne dwa bardzo skromne i niewinne eksperymenty, żeby przekonać się jak się ma przyjaźń deklarowana słownie gorąco i namiętnie do uczuć rzeczywistych. No i nijak się ma.
Ale dalej o spotkaniu. Odbyło się ono pod hasłem przewodnim „Kobiety sukcesu” (ładne podkreślenie 8 marca). No i słusznie, bo KJ taką kobietą jest, z pomocą całej rodziny, a głównie matki i męża, co zawsze wszędzie podkreśla. Ale tak naprawdę sukces zawdzięcza chyba jednak sobie, swej pasji, nieustannej aktywności, chęci ciągłego poznawania i robienia ciągle nowego. Na szczęście, aktorstwo w tych poszukiwaniach bierze ostatnio górę. Zwycięża miłość do teatru i ostatniego „dziecka” aktorki Teatru Polonia.
Pytania z sali padały różne. Począwszy o znaczenie roli Agnieszki w obu „Człowiekach” a skończywszy na pytaniu Dyrektora Teatru Wielkiego w Poznaniu S. Pietrasa, jak to jest, że w przeciwieństwie do innych aktorek, pani Krystyna wraz z wiekiem gra coraz starsze kobiety, gdy tamte uciekają w role coraz młodsze. Hm, trochę to było może nietaktowne w tak subtelny sposób wypomnieć upływający czas, ale życie jest życiem a kobieta człowiekiem.:) A ona po prostu tak lubi, lubi grać dojrzałe kobiety, bo one są po prostu ciekawe – tylko nie pamiętam, czy to jest Jej odpowiedź czy moja.
Była też gorąca fanka artystki, palnęła wielką mowę pochwalną na jej cześć, przy okazji nie omieszkała zahaczyć o siebie i swoje marzenia o wspólnej kawie z Jandą. W końcu dobrneła do pytania. O dedykację w najnowszej książce „Kameleon zawodowiec”, którą jakoby KJ poświęciła swoim niezapomnianym nauczycielom. W końcu wydało się, że owa gorąca wielbicielka-nauczycielka (tak) nie doczytała prawidłowo tytułu, który cały brzmi „Krystyna Janda – Kameloen Zawodowiec”. Pierwszą połowę tytułu wzięła za autorstwo, a drugą za cały tytuł”. Tak to jest, jak człowiek znajdzie się w miłosnej gorączce. Czasem też mi się to zdarza, choć ostatnio się wystrzegam. A książkę napisało dwoje bardzo młodych ludzi płci męskiej, którzy poświęcili część swego życia na wielbienie i zgłębianie drogi artystycznej aktorki.
Ale pytanie pani zadała fajne, o nauczycieli, którzy z nich wywarli na KJ największy wpływ. Ze względu na tę odpowiedź warto było przyjść na to spotkanie. Bo jak powiedziała Krystyna Janda (pisze w uproszczeniu) – nie ma człowieka, jego pełni, bez znajomości „filarów” polskiej i światowej literatury. To ona jest najlepszym nauczycielem. Dokładnie tak samo uważam. Człowiek nie jest w stanie poznać człowieka i życia bez tej znajomości. Tak samo aktor nie byłby w stanie dobrze zagrać wielu ról, gdyby nie lektury Dostojewskiego, Flauberta, Szekspira, Tołstoja i innych tak mocno zgłębiające i analizujące ludzką naturę.
Trochę się uspokoiłam. Czytam ostatnio za mało, więcej oglądam, ale zawsze coś co może mi poszerzyć horyzonty. W duchu martwiłam się, że może marnuję czas. Pani Krystyna mnie uspokoiła (mówiłam, że świetny z niej materiał na przyjaciółkę). Nie jestem aktorką, nie wykorzystam moich wrażeń i przemysleń w pracy, ale jestem i chcę być ciągle człowiekiem. Nic odkrywczego, ale warto czasem zrobić sobie powtórkę i utrwalić przerobiony materiał na temat „Sukces człowieka” a nie „Człowiek sukcesu”.

Wywołana, przez Eorath, do tablicy spowiadam się z pięciu szczegółów, o których nikt (?) nie wie.

1.Nie powiem, czego się boję, tak na wszelki wypadek, gdyby wróg czuwał – mógłby to kiedyś wykorzystać.
Ale za to powiem, że lubię się przytulać do starych drzew. Najlepiej, gdy nikt nie widzi. Zrobiłam to po raz pierwszy, gdy czułam się samotnie, podle, smutno mi było i… podziałało. Poczułam spokój. Kocham drzewa, są takie mądre, tyle przeżyły i widziały i ciągle stoją mocno na/w Ziemi.

2.Przyznaję się wam moi znajomi. Nie lubię mieszkań niczym ze sklepu meblowego. Idealny porządek, wszystko na swoim miejscu, wszystko pochowane, książki ładnie stoją w szeregu – widać, że nie używane, w szafach wszystko pod linijkę, a na stole tylko wazonik, serwetka, czysta popielniczka, a na ozdobę gazeta, rzucona niby mimochodem. To są może i schludne mieszkania, ale martwe. Ja lubię względną czystość połączoną z artystycznym bajzlem. Względną, bo trzeba się uodparniać na alergie. A bałaganik – przynajmniej widać, że jego właściel żyje, dlatego nie ma czasu na sprzątanie.

3. Będę uczestniczyć w Rozwojowo-Rozrywkowym Festiwalu dla Kobiet „Progresstereon”. Pierwszy raz. A co mi tam. Mama mi często teraz mówi: „a źle ci to w domu”? Dobrze, ale za długo, mamusiu. Jak dawno nie czułam się tak wolna, tak łakoma na życie, tak ciekawa ludzi, tak otwarta, każdy sposób jest dobry, żeby go wykorzystać, zbadać, czy nie jest szansą na coś ciekawego. Nawet jeśli przebiję pusty balonik, ważne, że go będę trzymać choć przez chwile w ręce.

4. Mam naturę nałogowca. Biję się w piersi. Teraz przyszedł czas na internet. Bardzo mnie to martwi, wiem, że to stracony czas, lepiej by mi było poczytać. Chciałabym się w tej kwestii pomodlić do Boga, ale nie potrafię, zapalam więc kolejnego papierosa i piszę dalej.

5.I ostatnia szczegół, o którym prawie nikt nie wie, będzie pikantny – mam pieprzyk, tak, tak, tam właśnie. :)


  • RSS