Kilka dni temu zginął kolejny polski żołnierz w Iraku. Niestety, jego śmierć zakłóciła tak pięknie i w duchu pełnej gotowości do patriotyzmu, wyreżyserowane przez oficjeli, Święto Narodowe 11 listopada. Pan prezydent z ministrem Radkiem, złożyli oczywiście głębokie kondolencje rodzinie poległego. Niestety nie poległ na polu chwały, a w samochodzie, na drodze do bazy, czy z bazy, przewożąc jakieś towary. Obiecano dbałość o osieroconą rodzinę i zapewniono o wysyłce następnych, ponad 1000 żołnierzy do Afganistanu. Los 900 żołnierzy stacjonujących do tej pory w Iraku, nie jest do końca bieżącego roku przesądzony. Ale można się domyśleć, że panowie władza nie chodzili na kursy asertywności i nie odmówią George’owi.

A może by tak polscy politycy po filmie „Karol, papież, który pozostał człowiekiem” równie żwawo pobiegli na „9 kompanię”?

Tak a propos, parę banałów – bo czymże są w dzisiejszym świecie słowa o wojnie, przeciw wojnie, jak nie wyświechtanymi od setek lat frazesami, którymi nikt z tych, którym dobro ludzi (patrz hasła wyborcze), powinno leżeć na sercu, się nie przejmuje – o „9 KOMPANII”. O opowieści z czasów kończącej się interwencji wojsk radzieckich w Afganistaniew końcu ubiegłego wieku. A dokładnie o losie oddziału, zapomnianego i pozostawionego samemu sobie w wysokich surowych górach tego kraju i borykającego się z partyzantką tamtejszych górali.

Film wyreżyserował, Fiodor Bondarczuk. Nazwisko to, ludziom, którzy żyli za komuny (kolejny banał, jakże ukochany i znienawidzony przez polską prawicę) bardzo bliskie. To syn znanego wtedy radzieckiego reżysera – Siergieja Bondarczuka, zasłużonego dla kinematografii światowej m.in. „Wojną i pokojem” wg L.Tołstoja. No i od razu widać, że w krwi syna płynie krew utalentowanego ojca, któremu zresztą zadedykował on „9 kompanię”. A i ojciec, gdyby żył, pewnie by się syna nie powstydził. „9 kompania” to całkiem niezłe kino wojenne, dobrze skrojone na miarę swoich czasów.

Bardzo dobra obsada aktorska ,- udany casting. Aż sprawdziłam tych chłopaków, bodaj tylko jeden z nich, Aleksiej Szadow (Worobiej) ma na swoim koncie więcej ról (m.in. w Dziennej i Nocnej Straży). Reszta to debiutanci, albo prawie debiutanci, a wśród nich świetny Konstantin Kriukow – jako Dżokonda. A grają tak, że przekonują nas o istnieniu, gdzieś tam w Kazachstanie, owego obozu szkoleniowego. A później – czujemy niemal fizycznie, jak oni, powiew afgańskiego piekła.
Poza tym, w filmie zgromadzono udane typy psychofizyczne. Każdy z tych żołnierzy jest inny, jedyny w swoim rodzaju. Począwszy od przystojnego, z widocznymi cechami szlachetniej urodzonego, wykształconego, oczytanego i nieco wyniosłego – ale z wdziękiem, artysty- malarza in spe, zwanego Dżokonda, a skończywszy na Riabie o twarzy przaśnego chłopka-parobka z głębi rosyjskiej wsi.
I tu uwaga, ci żołnierze to w większości prości chłopcy, ale żaden z nich nie jest zdemoralizowany. Jeśli któryś by widza ewentualnie mógł zdenerwować, czy zniesmaczyć, zaraz mamy usprawiedliwienie jego „niestosownego” zachowanie. Nie ma między nimi wyraźnej wrogości. Są do siebie nawzajem dość przyjaźnie nastawieni, nie toczą swoich prywatnych wojen, czego raczej nie widywało się w ostatnich amerykańskich filmach wojennych.
Nie wiem jak się to ma do prawdy rzeczywistej, bo podobno w szeregi armii radzieckiej ze skierowaniem na front do Afganistanu wcielane były najtwardsze jednostki, nawet podobno z przestępczym rodowodem. Może reżyser wolał nie nadwyrężać dobrego imienia Armii Rosyjskiej? Może w Rosji przy Ministerstwie Obrony działa Biuro ds. jej wizerunku? A może taką wizję armii miał reżyser? Że to dopiero wojna niszczy morale mężczyzn, którzy wcześniej są przecież normalnymi synami, narzeczonymi, braćmi itd.

Sporo dobrego, aczkolwiek żołnierskiego, humoru, sporo liryzmu, a nawet wzruszeń, bo czym jest ich więcej – tym wojna wydaje się jeszcze bardziej okrutna i bezsensowna. Tym bardziej, że koniec potęgi ZSRR tuż, tuż… A i tubylcy ukazani przez Bondarczuka, to nie są okrutne bestie napadające biednych Rosjan. To ludzie, wydawałoby się nawet, łagodni, szczególnie za dnia :)), ale niestety, nocą zmuszeni bronić swego domu. Więc co rusz, podczas projekcji nachodzą nas te właśnie banalne pytania, takie jak zawsze, czy ludzie muszą sobie nawzajem gotować taki okrutny los? Dlaczego jedni drugim nie pozwalają żyć w spokoju, dlaczego wiecznie niezaspokojona chciwość panujących sprawia, że giną niewinni ludzie w imię ich prywatnych interesów. Bo wojna, wiadomo, choćby z losów poczciwego Wokulskiego, to niezły interes, szczególnie dla tych co na tyłach…

W filmie jest cała masa kapitalnych ujęć, powolne najazdy kamerą, podwyższające i tak już wysokie napięcie; zbliżenia twarzy, rąk, fragmentów broni, które zaczynają wypełniać niemal cały ekran; czy choćby niezrówanie piękne górskie pejzaże, gdzie przyszło bohaterom filmu żyć, zabijać i umierać. Dobre są sceny batalistyczne. Hm, batalistyczne to może za dużo powiedziane – tu raczej walczy się bezpośrednio, zaskakując wroga, bez żadnych wielkich strategii, ewentualnie ginie od wybuchu czegoś.

A na zakończenie, cytat z pamięci i ku pamięci, ku zrozumieniu, tego co wydaje się być niezrozumiałe – fascynacji wojną jakiej niektórzy ulegają. Z opowieści Dżokondy, odpowiadającej dlaczego on – artysta poszedł na tę wojnę:
„Michał Anioł na prośbę, by zdradził tajemnicę, jak to się dzieje, że spod jego ręki wychodzą tak wspaniałe dzieła, odpowiedział, że on bierze tylko bryłę marmuru i usuwa z niej to co zbędne. Podobnie jest w przypadku wojny – sama doskonałość, nie ma w niej nic zbędnego, jest tylko życie i śmierć.” Dyskusyjne, ale można zrozumieć, że niektórych może fascynować ta swoista doskonałość, intensywność, dosadność, esencja życia, jeśli się żyje, oczywiście.
Niech więc (prze)żyją wszyscy ci, którzy idą na kolejną wojnę, bo muszą z takich czy innych względów, albo chcą – z takich czy innych powodów. I niech dają żyć tym, których ziemie naruszają. Śmierć politykom.