filmowo blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2006

Dowód

1 komentarz

Do zobaczenia filmu zachęciły mnie nazwiska panów – A.Hopkins i J. Gyllenhaal. G. Paltrow już trochę mniej – ta aktorka nigdy mnie nie poraziła swoim warsztatem czy urokiem, nawet w Oskarowym „Zakochanym Szekspirze”. Nota bene, autorstwa tego samego reżysera, co „Dowodu” – Johna Maddena. Może liczył on na kolejnego Oskara, biorąc do głównej roli kobiecej właśnie Paltrow? :-)

No cóż, oglądanie tego filmu potraktowałam jako pokutę za grzechy. Nudy! Nawet Hopkins jako „tatuńcio – wariatuńcio” nie uratował sytuacji. Było go zresztą tyle co kot napłakał. Pojawił się kilka razy na moment, ale nawet i to wystarczyło, żeby go podziwiać – ma piękny siwy zarost i naprawdę nieźle prezentuje się jako genialny matematyk, ojciec równie uzdolnionej córki Cathy (G. Paltrow), popadający na stare lata w lekki obłęd.

Początkowo wydaje się, że przewodnim motywem filmu będzie właśnie problem geniuszu, który bardzo często w jakimś momencie istnienia spotyka się z szaleństwem. I może, gdyby ten temat pociągnięto dalej, dosadniej i wyraźniej, mógłby to być naprawdę ciekawy film. Na pewno nie tej klasy co „Piękny umysł”, bo i zamiary, czy ambicje twórców „Dowodu”, podejrzewam, nie były na miarę tamtego dzieła. Niestety, po chwili widzimy, że te dwa filmy łączy tylko i wyłącznie postać matematyka naukowca – odkrywcy, nic więcej. A akcja skupia się głównie na relacjach rodzic-dziecko, w których ten pierwszy naznaczony jest geniuszem i ewentualnych obciążeniach jakie się z tym wiążą dla potomstwa.

Z biegiem fabuły okazuje się, że Cathy, córka matematyczka, z nadziejami na wielką realizację w tej dziedzinie, która jednak rezygnuje ze studiów, by opiekować się zniedołężniałym ojcem, ma siostrę Claire, absolutne swoje przeciwieństwo. Claire to dosyć sprytna i obrotna osóbka, albo osoba zdrowo myśląca, jak by to powiedzieli inni, dająca w porę nogę z domu i umywająca od wszelkich kłopotów ręce. Po śmierci ojca przyjeżdża tylko by zrobić porządek z majątkiem i siostrą, której ciągle wmawia, że ma zadatki na chorobę psychiczną jak ich ojciec. Co dla Cathy jest tym bardziej bolesne, bo sama podejrzewa, że po ojcu wraz genem geniuszu odziedziczyła gen obłędu.. Możemy się w tym miejscu zastanowić, droga której z sióstr była słuszna. I jaką cenę płaci się za bezgraniczne poświęcenie, czy warto ryzykować, by w rezultacie miłość ustąpiła nienawiści?

Film na pewno zyskałby na atrakcyjności, gdybyśmy mogli poobserwować jak pracuje genialny umysł. Niestety, bohater matematyk swoje najbardziej płodne lata ma już dawno za sobą (podobno optymalny wiek na największe osiągnięcia życiowe to 23 wiosny). A my tylko patrzymy z pewną dozą zażenowania na jego zmagania z cieniem własnego fenomenu. I sami już nie wiemy, czy bardziej współczuć nieporadnej córce, oddanej w sposób zupełnie irracjonalny ojcu, która zmarnowała przynajmniej na jakiś czas swój talent i kawałek własnego młodego życia, czy ojcu, który tak by jeszcze chciał być twórcą, a już nie może.

Obraz nie dosyć, że smutny, to jeszcze nudny. Bez środka ciężkości. W rezultacie już naprawdę nie wiemy, o co autorom chodzi, po co zrobili ten film. „Dowód” nie wnosi nic nowego i kompletnie nie porusza nas w sprawach znanych i ważnych – jak np. geniusz i szaleństwo w jednym, obawa przed geniuszem i chorobą psychiczną jego potomków, czy cena poświęcenia się dla bliskiej kochanej osoby. Jak widać po tej wyliczance -można się w filmie doszukać niezłej kolekcji dramatów ludzkich, tylko dlaczego było tak drętwo?

Jedna sprawa, jednak, została rozstrzygnięta w filmie. :-) Pytanie dlaczego kobiety tak rzadko zostają wybitnymi jednostkami w nauce czy sztuce itp.- ano dlatego, że zbyt oddane są swoim bliskim, gotowe dla ich szczęścia i sukcesów złożyć na ołtarzu ofiar nawet swój geniusz. /Żeby choć za to były docenione./ Jeśli ktoś nie wierzy w ten kobiecy altruizm, dowód znajdzie w „Dowodzie” :-)

2/3 DDA

Brak komentarzy

· bezlitośnie się osądza
· nie potrafi beztrosko się bawić, przeżywać w pełni radości
· nieustannie chce się sprawdzać
· jest wprost do bólu lojalne – nawet wtedy, gdy druga strona nie odpłaca się tym samym
· nie ma do siebie dystansu
· ma poczucie „inności”, bycia gorszym, brzydszym, głupszym
· czuje się winne, gdy robi cos tylko dla siebie, dla własnego komfortu, dlatego często ustępuje innym
· nie lubi konfrontacji, awantur, woli dążyć do ugody
· ulega impulsom, poddaje się emocjom, a potem często tego żałuje
· ma kłopot z doprowadzaniem swoich planów do końca
· nie lubi zmian w życiu
· ma problemy z nawiązywaniem kontaktów z innymi ludźmi
· często trafia na partnerów uzależnionych od alkoholu, narkotyków
· wybiera samotność z lęku przed bliskością i z obawy przed ewentualnym porzuceniem
· jest przesadnie odpowiedzialne albo całkiem na odwrót – kompletnie nieodpowiedzialne
Mam 2/3 DDA. Dobre i to.
(na podstawie książki Janet G. Woititz „Dorosłe Dzieci Alkoholików” – znalezione w Olivii)

Gdzies tam przemykają informacje, że Depp ma, chyba ze strony matki, indiańskie korzenie. Jeśli ktoś niedowierza, to po „Odważnym” nie będzie miał już wątpliwości. To autorski film aktora, do którego napisał scenariusz, posiłkując się powieścią Gregory’ego Mac Donalda pod tym samym tytułem. Wyreżyserował go i zagrał główną rolę – Raphaela, Indianina z pochodzenia, który wraz z żoną i dwójką dzieci egzystuje na osiedlu u stóp góry śmieci i złomu.
To pierwszy i ostatni, jak na razie film, przy realizacji którego Depp stanął za kamerą. Bo to film zrodzony z potrzeby serca. Depp, osoba bardzo bogata, także materialnie, nie zapomina o swoich przodkach, tych, będących kiedyś dawno gospodarzami ziemi, nazwanej przez białego człowieka Ameryką. Kiedyś oddychali oni czystym powietrzem, żyli i obcowali bezpośrednio z naturą, pili krystaliczną wodę itd. A teraz, zepchnięci siłą przez najeźdźców, na kompletny margines, na śmietnisko życia – dosłownie, wegetują z dnia na dzień, żywiąc się odpadami ze stołu białego człowieka. Mieszkają jak psy, w budach, nie mają pracy, nie mają co jeść i nie mają co ze sobą począć. Szczególnie mężczyźni, jako ci do których należy obowiązek utrzymania rodziny, bardzo źle znoszą taki stan rzeczy. Piją, rozbijają sie o parę groszy, a później siedzą w więzieniach, wychodzą z nich i tak na okrągło. Raphael, czyli Johnny Depp właśnie, postanawia już z tym wreszcie skończyć i zapewnić godny byt swojej rodzinie. Droga ku temu nie może być normalna, bo przecież jego egzystencja taka nie jest. Postanawia sprzedać swoje ciało zepsutym białym ludziom, którzy chcą się zabawić, badając i obserwując, zapewne z rozkoszą, ile bólu człowiek jest w stanie wytrzymać.

„Odważny” – to film bardzo prosty i szczery. Depp, jego twórca, nie sili się na patetyzm, nie robi z Indian cierpiętników, opowiada w sposób jak najbardziej jasny i naturalny o ich losie, a właściwie braku tego losu we współczesnej Ameryce. — Raphael idzie na śmierć, a w tym samym czasie buldożery zaczynają burzyć śmietniskowe miasteczko osadników. Ale nie ma tu jakiś krzyków rozpaczy, czy głośnych słów oskarżeń rzucanych z ekranu. Ot, człowiek człowiekowi zgotował taki los. Jednak – czujemy ten niemy wyrzut. Bo biały jest wiecznie nienasycony, tak jak w „Odważnym”, gotów wydać 50 tysięcy dolarów na to, by jeszcze jako stary, niedołężny i obżarty (Marlon Brando- taka rola) jeszcze coś poczuć napawając się śmiercią człowieka.

Domyślam się, że film nie znalazł aplauzu w Stanach. Mam wrażenie, że w ogóle jest jakoś ogólnie niedoceniany. Może temat za smutny. Może z powodu braku widowiskowej akcji. Jest może nieco momentami naiwny, jak baśń niosąca w nieskomplikowanym przekazie najprostsze prawdy – o miłości, rodzinie, poświęceniu, ojcostwie i wiążącej się z nim odpowiedzialności, o honorze i godności, i potrzebie spełniania marzeń, i o cenie jaką się za to wszystko płaci.

Dużo w tym filmie pięknych obrazów, włączając w to również postać Deppa. Określenie „Ikona” urody mężczyzny XXI wieku – jak njabardziej zasłużone. To prawda – można na niego patrzeć zastygłym w zachwycie jak na obraz. Modlić się? – może niekoniecznie, ale być w podziwie nad naturą i całym zastępem ekspertów od wizerunku – owszem. Johnny Depp – to świetna robota.

Poza tym, „Odważny” rekompensuje nam smutek treści malowniczymi ujęciami gór, zachodów słońca, szamańskiego zaklinania czy w końcu bardzo oryginalnie sfilmowaną sceną, coś na kształt teatru cieni, ostatniego zbliżenia Raphaela ze swoją żoną. Nie przypominam sobie, bym coś podobnego widziała na ekranie.

Ale tak naprawdę, nie wiadomo, czy te urokliwe obrazy, dają nam pocieszenie, czy jeszcze bardziej wzmagają naszą melancholię, jaka wieje z ekranu. I jaka odbija się też w oczach Deppa na co dzień. Bo przecież to specyficzne spojrzenie aktora też ma spory udział w uwodzeniu kobiet na całej kuli ziemskiej.

No i muzyka. Iggy Pop! Cudna! Pięknie, ciekawie brzmiące instrumentarium, dźwiękowo kojarzące się z rytmami indiańskimi – ja nieomylnie rozróżniłam tylko bębny.:-) Nastrojowa, nostalgiczna, momentami niczym z filmów Kusturicy. Naprawdę – świetna. Tak jak nie przepadam z Iggy’m w jego sceniczno-płytowej twórczosci, tak uważam, że muzykę filmową robi z rewelacyjnym wyczuciem klimatu filmu i… uczuciem.
A i samego kompozytora można ujrzeć na ekranie, gdy na przyjęciu wydanym przez Raphaela, zajada wielką nogę jakiegoś zwierza. A oczy mu wychodzą z orbit, taki głodny! Pycha scenka.

Podsumowując. Zawsze uważałam Deppa za kogoś więcej niż za jakiś kanon męskiej urody, na którą można głosować, zamieszczać go w jakichś pustych i pretensjonalnych rankingach nastolatek typu – „najseksowniejszy”, „najcałuśniejszy” itp. Owszem to też, ale przede wszystkim jest to mężczyzna i odważny, myślący człowiek. Widać to także w jego filmowo-aktorskich wyborach.

Telewizja Polska. Godziny dzienne. MTV. Program muzyczny,który już dawno przestał takim być, przeznaczony dla młodzieży – kwiatu narodów. Rzecz dzieje się w USA. Jedno młode chłopię i trzy panie spod znaku ryczących czterdziestek. I trzy randki. Panie mizdrzą się do chłopaka – na oko 22-25 lat, a może i mniej. Reklamują swój najlepszy towar jaki mają mu do zaoferowania. Na szczęście nie siebie, a swoje młodziutkie córki. Na szczęście? Co ja mówię! Toż to największe nieszczęście. Matka sprzedaje swoją dziewczynkę na oczach setek milionów ludzi, a żeby dobrze sprzedać musi sama dobrze wypaść przed młodym samczykiem. Dwoją się więc paniusie i troją, szczerzą zęby do smarkacza, opowiadają najprzeróżniejsze androny, jak np. jedna, że kupiła córeczce na 18-tkę mały podręczny wibrator, ale dziewczynka wstydzi się używać, bo głośno „chodzi”. Biedny chłopak, nie wiedział gdzie oczy podziać, a mamusia była taka dumna z siebie, że niby taka równa, choć mocno cycata była i rozgogolona. Młody man z pewnością doznał głębokiej traumy, córeczki nie wybrał, matka była jak niepyszna i niepocieszona. Mądry chłopczyk, mądry. Wybrał mamusię tę najprzystojniejszą, ups, to znaczy wybrał jej córeczkę, ufając, że jabłko niedaleko od jabłoni …. I nie pomylil się – córka modelka, wysoka, prawie jak mamusia, tylko bardziej świeża. Ależ było całowania, ściskania! Mówię o młodych. Aż spódniczka fruwała obnażając całkiem zgrabną pupę przyszłej panny oblubienicy, świeżo nabytej na targu próżności. Mamusia patrzyła z boku. Zazdrośnie? Nie wiem, nie pokazali. Ten smutny widok pewnie by się nie komponował z radosnym założeniem programu. A ja z zażenowaniem patrzyłam wprost w ekran telewizora, zastanawiając się co lepsze, czy PRL-owskie wtłaczanie nam do głów sukcesów partii robotniczej i Związku Radzieckiego, czy bezdennie próżniaczej ideologii, płynącej z przeżartego i bekającego USA, że wszystko można sprzedać, na czele z własną kupą (patrz Jackass albo jacyś Wilde Boys – może jeszcze kiedyś o tym fenomenie wspomnę) i córką.

Obudziła ją strużka śliny wyciekająca powolutku z ust. Na rany Chrystusa. Tego się najbardziej zawsze obawiała. Nie kolejowych złodziei, gwałcicieli, nahalnych i nudnych nagabywaczy, matek z małymi dziećmi, obleśnych facetów z naprzeciwka dotykających kolanami, albo nie daj Boże, biorących w objęcia swych fuj! goleni i ud, jej ładnie złączone nóżki, no bo przecież „w tym przedziale tak ciasno, taki wielki tłok!”. Albo – nie obawiała się tak bardzo nawet przystojnych jak diabli facetów, siedzących na wprost, przed którymi nie wiadomo było, gdzie schować oczy, by nie poznali, o nie!- tej satysfakcji nie mogła im dać – że jej się strasznie podobają i już oczyma wyobraźni widzi ich twarze w hm… ekstatycznym uniesieniu.
Nie, najbardziej na świecie bała się snu błogiego jak sen niemowlaka i tej wyciekającej cienkim potoczkiem śliny z rozchylonych bezsilnie ust. No i stało się. Na szczęście, zreflektowała się, że nie ma sprawy. Jest w takim wieku, że jest już niewidzialna. Czasem ma to swoje dobre strony. Uff. Sięgnęła dyskretnie po chusteczkę higieniczną marki Velvet – zawsze je kupuje i koniecznie w opakowaniu Blue – to na cześć pierwszego filmu Davida Lyncha – pierwszego jaki widziała tego reżysera i który autentycznie ją oczarował. Później już bywało tylko gorzej. „Dzikość serca” – owszem ciekawy, oparty jak zwykle na ostrym kontraście wysublimowanej brzydoty, tępoty i prymitywizmu z prostotą, pięknem i apoteozą życia, do której prowadzi oczywiście miłość. Załapała się jeszcze z w miarę pozytywnym uczuciami na „Miasteczko Tween Peaks”, ale czym dłużej w nim przebywała tym bardziej ją mierziło. Na początku „Zagubionej autostrady” i na końcu „Mulholland Drive” machnęła na Davida L. ręką, zrezygnowawszy z jego męczenia jej swoimi niezrozumiałymi, wyszukanymi i pretensjonalnymi, mającymi ukryć jego prawdziwe oblicze, wizjami, po rozwiązaniu zawiłości których, zawsze była rozczarowana, że chodziło o tak mało. Że zabawa była pusta i najlepiej bawił się jej twórca. Że bardziej skupiono się na komplikowaniu prostej treści, niż na odkrywaniu jej wartości. I że nic nie czuła oglądając np. „Mullholand Drive”, nic oprócz wrażeń estetycznych. Żadnych emocji. Że było dziwnie, ale zimno. Zapewne jej stosunek do Lyncha ulegał ochłodzeniu w miarę upływu lat, których większa liczba na koncie powoduje, że zmniejsza się tolerancja na czas marnowany komplikowaniem życia i przechodzenie obok niego.
Popatrzyła wokół. Sześć osób (licząc razem z nią) w przedziale i sześć różnych światów. * Elegancki gość, z otwartą, równie elegancką teczką, na kolanach – czyta, notuje, myśli i rozważa. * Zabójczy młody chłopak, dredy na głowie i pewnie tak samo skręcone myśli w jego głowie. Może ma ładne oczy? Trudno powiedzieć – są cały czas zamknięte. Ale rzęsy – piękne. Słucha muzyki. Czy reggae? Powinien. * Obok niego młoda dziewczyna. Chyba nie w jego typie. Ale kto to wie? Mężczyźni lubią blondynki, tak się mówi. Blondyneczka bardzo zapracowana. Pisze, nie, nie, nie na laptopie, na telefonie komórkowym. Sms za smsem. Pewnie bardzo zakochana. Albo po prostu gaduła, lubi zabijać czas słowami. *Naprzeciwko – smutna starsza pani. Boże. Może jedzie na pogrzeb? I nawet się nie boi złodziei kolejowych. Spokojnie, patrzy w okno. O czym myśli? O przeszłości, czy teraźniejszości? Mam nadzieję, że o przyszłości. *I dziewczynka, trochę starsza od Basi, o którą zrobiono awanturę. I bez żadnej tabliczki na sznurku z informacją na piersiach.Teraz dzieci są takie bystre ;) Czyta, na szczęście nie Girl, czy Bravo. No i nie Płomyk czy Płomyczek. Angorę – tak to dobra gazeta na podróż. Można ją bez żalu, ale z satysfakcją, że umiliła czas, zostawić na stoliku następnym podróżnym. Ale dziewczynka pewnie ją zabierze, może dla babci, do której jedzie?
Nikt nie rozmawia. Żadnych pytań. Żadnych zwierzeń. Żadnych spowiedzi, co to w podróży lepsze były jak u księdza – z rozgrzeszeniem, a bez pokuty. Żadnego jedzenia, żadnych kanapek wyjmowanych z lekko zatłuszczonych torebek, żadnych rozbryzgujących się przy nagryzaniu pomidorów, żadnego chrzęstu wyłamywanych kęsów jabłek, żadnego siorbania herbaty z termosu, żadnego butelkowego gulgotania. Cisza. Milczenie. Obojętność? Chyba nie. To tzw. strefy ochronne, które człowiek wytwarza wokół siebie. A może oszczędność czasu, szkoda go trwonić, na coś co na pozór nic nie daje, na obcych ludzi.
Zamknęła z powrotem oczy. Co tam, już ją na to stać, może sobie pozwolić – wykorzysta ten czas na drzemkę. Jedzie przecież do przyjaciółki. Przed nią długa bezsenna, przegadana noc. Przyjaciółkę poznała w pociągu. Parę lat temu.


  • RSS