filmowo blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2006

A co tam, postanowiłam przeprosić się z tradycją świętowania imienin i wyruszyliśmy do Elżbiety. Naszą srebrną strzałą, z prezentem ręcznej roboty jakiegoś zdolnego rzemieślnika, naręczonkiem róż przystrojonym, hm „gustownym” stroikiem i jednym dziecięciem płci żeńskiej pod pachą. Róże. O mały włos, a solenizantka jak ta bohaterka przeboju z dziecięcych lat, otrzymała by bukiet z „siedmiu czerwonych róż”, ale okazało się, że w portfelu braki z powodu zaniedbania w pobieraniu kasy, więc zamówiłam róż 5. Pani kwiaciarka spytała: przystroić? A co to szkodzi? Tak! Pewna, że słowo „przystroić” znaczy dosłownie 1-3 gałązek asparagusa, bo róże przecież same w sobie przepiękne, zmysłowe, „och” i „ach”. A tu po chwili – pani wyłania się z zaplecza z 5 różami i 5 do nich dodatkami w postaci dwóch rodzajów dziwacznych liści, a na brak listowia róże przecież nie narzekają; 2 gałązek uroczych białych kwiatuszków – a przecież nie zamawiałam i jakiegoś bzdurnego stroika w postaci rumianego jabłka. O zgrozo! Uroda i zmysłowość róż została całkowicie zaćmiona tymi dziwolągami, których cena łącznie równała się kosztowi dwóch róż. Ale tu nie o pieniądze chodzi, tylko o skromność róż. Zatrzęsłam się. Spurpurowiałam, ale słowa sprzeciwu nie rzekłam – za duże święto, za piękne kwiaty by przy nich bluźnić. Ale na przyszłość, róże zamawiam „saute”!

Dzisiaj zamknęłam sezon teatralny 2005/2006. Tym razem odstąpiłam od tradycji i zaszczyciłam scenę małą Teatru Polskiego w Poznaniu, zwaną Malarnią. I bardzo słusznie się ona zwie „małą” i „Malarnią”. Nieduża, duszna, niezbyt wygodne krzesła, ustawione w 3 rzędach na przeciw siebie, po obu stronach sceny. Razem 6 rzędów. Scena pośrodku, długa, na kształt peronu, a my jak te szyny i tory wzdłuż niego.
Taka trochę prowizorka, mini-mini-mum nakładów finansowych – wiadomo – liczy się tylko SZTUKA. Na pożeganie, przed wakacjami, wybrałam dramat nieznanych mi zupełnie braci Władimira i Olega Priesniakowych o tytule bardzo intrygującym jak na nasze czasy: „Terroryzm”.
Wcześniej, aby sie lekko wprowadzić w temat poczytałam recenzję, która zachwalała, że to i prześmieszne i jednocześnie poważne, bo opowiadające, że w każdym z nas siedzi taki mniejszy lub większy terrorysta, który wywiera nacisk, szykanuje, szantażuje, grozi, molestuje psychicznie swoich bliskich na co dzień, by osiągnąć swój cel, coś wygrać, albo kogoś za coś ukarać. I tylko czekać, kiedy nadarzy się sposobność, a sprawy mogą nabrać powazniejszego obrotu.
I o tym dokładnie traktuje ten zbiór paru niby oddzielnych, wydaje się z początku niepowiązanych ze sobą scen (np. fałszywy alarm na lotnisku; niewierna żona prosząca kochanka o akt terroru ; rozzłoszczony dzieciak terroryzujący babcię; wojskowa „fala” w drużynie strażackiej), które na koniec łączą się niby puzzle w poukładaną całość.
I to mogłoby być naprawdę fascynujące przedstawienie, bo sytuacje z różnego rodzaju napaściami na bliźniego są z życia wzięte. Tylko dialogi, a także, miałam wrażenie, że cała sztuka jest jakaś niedopieszczona, niedorobiona, za prosta, zbyt pod publikę, tylko czy taka – łasa na każdy wyartykułowany bzdet pofatyguje się do niewygodnej, szarej i ponurej malarni?
Były momenty, że czasem człowiek zatrzymywał się w błądzeniu po scenie, a także, bywało, z myślami poza nią, zauważając – o! to mógłby być ciekawy wątek, dlaczego bardziej, albo umiejętniej go nie rozwinięto. Poza tym, za dużo hałasu, za dużo niepotrzebnej, nadmiernej ekspresji, teatralnych gestów i recytacji tekstu zamiast normalnego dialogu czy monologu. Tym bardziej, że i scena mała, a więc każde nawet najmniejsze poruszenie czy grymas, dokładnie widoczny; a i temat współczesny, włożony w usta prostego ludu. Domyślam się, że ta nadmiernie wyeskponowana wyrazistość przekazu miała byćw zamyśle twórców groteską, mającą śmieszyć i przerażać jednocześnie, ale okazuje się, że nie każdy dramaturg jest Mrożkiem, a aktor Markiem Walczewskim na przykład. Po prostu – nie wyszło. Zamiast uśmiechu i niepokoju było znużenie i brak zaangażowania widza.
Wnioskuję, że w niedobrym wrażeniu z całości wina leży po stronie autorów sztuki, którym zabrakło warsztatu literackiego, albo po stronie przekładu, któremu zabrakło tegoż samego, albo po stronie aktorów, którzy z takim słabym tekstem sobie nie poradzili, bo jest słaby, a oni jeszcze za mało aktorsko wyrobieni. Albo wina w tym wszystkim po trochu.
Jedyna pociecha, że z lekkim sercem witam sezon wakacyjny w teatrze. A od września – Teatr Nowy i z pewnością stary dobry Czechow z jego „Wujaszkiem Wanią”. Na zachętę, żeby film nie zdominował żywej materii i tej swoistej atmosfery, odczucia oddechu aktora,jego czasem drobnych potknięć w wymowie, widoku jego potu, kropelek śliny, a przede wszystkim – najprzerózniejszych zapachów sceny – co lubię najbardziej.

Horror

2 komentarzy

Kiedy wreszcie lekarze zrozumieją, że strajk kosztem chorych do niczego ich nie doprowadzi. Protest, aby w naszym kraju był skuteczny, musi przestraszyć panów polityków. Jeśliby strajk medyków groził życiu lub zdrowiu posłów, prezydenta, ministrów czy innych Wielkich i ich rodzin wtedy, owszem, już dawno pensje w służbie zdrowia byłyby godne człowieka wykształconego, a na dodatek odpowiedzialnego za ludzkie życie. Ale co tam, przecież, gdy polityk zachoruje, leczy się zagranicą, na nasz koszt, oczywiście. Więc czym tu się przejmować. Rząd lituje się nad biednymi dziećmi, pozbawionymi, podobno, opieki lekarskiej na czas strajku, zapominając ile dzieci umiera z powodu niskich nakładów, albo w ogóle ich braku, na leczenie. Wszelkie media pełne są ogłoszeń zrozpaczonych rodziców błagających o każdy grosz, bo państwa nie stać ostatnio na nic.
Kiedyś lekarz, spytany jaka pensja by go satysfakcjonowała, odpowiedział, że chciałby zarabiać choć połowę tego co kierowca zatrudniony w NFZ. Tzn. „Ile?” padło pytanie – 2.500 zł. Mnie nie przestraszyły wymagania lekarzy, tylko zarobki kierowcy – wychodzi 5000 zł – w stosunku do zarobku lekarzy – 1500 zł. Nie wspominając już o pensjach dla całej armii urzędników, których jest ciągle za dużo, mimo powszechnej komputeryzacji, którzy zjadają pieniądze, mogące być przeznaczone na leczenie wspomnianych dzieci, nad którymi nasz miłosierny rząd tak bardzo ubolewa, wożąc się w coraz droższych limuzynach, upychając po kieszeniach swoje niemałe pensje i diety oraz inne dodatki za byle co i popijając swoje niewątpliwe stresy alkoholem nawet w czasie prohibicji na czas pielgrzymki papieża. Takiej hipokryzji to nawet chyba za komuny nie było. Ale ważne, że pogrom „komuchów” trwa – coraz nowe komisje, coraz nowe listy, upadek ostatnich autorytetów – bo przecież to jest najważniejsze, osobiste zemsty, kto by się tam państwem czyli nami przejmował.
A lekarze niech biorą przykład z górników, którzy notabene szykują się znowu do marszu na Warszawę (tym ciągle mało). Trochę smrodu z palących się opon i zgniłych jaj tudzież parę latających kijaszków pod oknami ministerstw jeszcze nikomu nie zaszkodziło, a nawet pomogło.
No i jeszcze jedno o równości. Nieznany nikomu wcześniej a dzisiaj „bohater” Bronisław Wildstein + jego lista = cacy. Ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski + jego lista = be. Niech nam rośnie sprawiedliwa IV Rzeczpospolita. Dla mnie takie listy z natury rzeczy są OBRZYDLIWE, ale jak ogłaszać, to wszystkie, a nie wybiórczo. Zobaczymy czy inne środowiska też będą tak ulgowo potraktowane. PiS i Kościół wpadły chyba w swój własny dołek. Po co je w ogóle było kopać?
I to tyle, wracam do filmów. Rzeczywistość zaczyna być wstrętniejsza od najgorszego horroru.


  • RSS