filmowo blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2006

Tej wiosny nie zerwałam ani jednego fiołka. A w zeszłym roku, wydawało mi się, że już się wybudziłam i rozweselę dom kieliszkami, wypełnionymi fioletowumi łepkami. Myślałam, że Krystyna Janda roznieci moje dawne uczucia. Shirley Valentine to zgrabna sztuka, taka dla ludzi, a może pod ludzi, zwłaszcza pod kobiety. Wymagająca sporej kondycji od aktora, zabawna, chwilami refleksyjna, ale nie poruszająca. Przynajmniej nie mnie. Ludzie się śmiali, ja też. Wzruszali czasem, ja też, ale nie głęboko. A jeden taki młody na przystawce, to nawet rżał jak koń, i to wtedy, gdy myśmy jeszcze nie zaczęli . Nawet zaczęłam go podejrzewać, że to jakiś wynajęty rozśmieszacz jest. Krystyny Jandy nie pokochałam na nowo, ale mogę powiedzieć, że ją lubię i doceniam – ma talent, także komiczny, kondycję, wspaniała figurę, poczucie humoru, inteligencję, urodę, nosa do sztuk i do publiczności. Czego chcieć więcej. Wyczuwam jakieś wyrachowanie, jakąś kalkulację, ale przecież o to chodzi, żeby dawać ludziom to co lubią, albo co wiadomo, że polubią.

To miała być podobno jedna z części trylogii amerykańskiej Larsa Von Triera. Napisał on do tego filmu scenariusz, ale za kamerę zaprosił Thomasa Vinterberga („Festen” czy „Wszystko dla miłości” z J. Phoenixem). W roli głównej Jamie Bell, znowu, jako syn górnika, tym razem w małej amerykańskiej mieścinie. I podobnie jak Billy Elliot, nie ma zamiaru iść w ślady ojca. Ale, niestety nie z powodów zamiłowań artystycznych, tylko dlatego,że „bo nie!”.
Dick nie ma matki, namiastkę jej uczuć czy opieki i troski daje mu czarna niania Clarabell – osoba, która zawsze w niego wierzy i powtarza, że przyjdzie dzień, kiedy zrobi on coś dla świata. Ta kobieta, wbrew pozorom, miała duży wpływ na życie chłopca.

Dick nie zalicza sam siebie do osób, którym powiodło się w życiu. Jest nieśmiały, czuje sie niepewnie i samotnie. Pewnego razu zostaje właścicielem niedużego pistoletu i oto zaczyna się opowieść o miłości do Wendy – tak pieszczotliwie nazywa, i tak też traktuje, obiekt swej namiętności.
Miłość, jak to miłość – sprawia, że chłopak nabiera pewności siebie, zaczyna czuć swoją wartość, a także wielki przypływ sił i postanawia pomóc innym. Zaraża fascynacją bronią palną rówieśników, podobnie jak on wyalienowanych z życia. Zaczynają oni stanowić jedność, bractwo, mające swoje tajemne miejsce spotkań, swoje sekrety, rytuały, obrzędy, znaki, zaklęcia – jak np. to, że nigdy nie będą strzelać poza swoją kryjówką. Każdy z nich, bowiem, zdobywa jakiś pistolet. Ćwiczą celność strzału, studiują rodzaje ran postrzałowch itd. Jednym słowem zabawa całą gębą. Uważają się przy tym za pacyfistów, a broń ma ich tylko w tym utwierdzać.
Ale niebawem przekonają sie, że broń to nie jest zabawka, a zabawy bronią nie kończą się dobrze. No i raczej trudno być pacyfistą, gdy ma się gnata pod ręką.

„Moja droga Wendy” to taka swoista artystyczna odpowiedź na „Zabawy z bronią” Michaela Moore’a. Oczywiście, to moja interpretacja, bo nie przypuszczam, żeby taki zamiar mieli twórcy filmu. W stonowany, spokojny sposób, bez nadmiernego dydaktyzmu, w formie niewinnego wręcz z początku filmu przygodowego dla młodzieży, pokazuje i ostrzega czym jest broń, jaka z niej „femme fatale”, jak potrafi rozkochać w sobie, sprawić, że mężczyzna poczuje się silny, bezpieczny i taki…męski, stopniowo się od niej uzależnia, nie może bez niej żyć i nawet jeśli czuje, że źle przez nią skończy – nie może się uwolnić.


  • RSS