filmowo blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2005

Mija kolejny rok życia. Jak pisze Landers, kolejny rok bliżej śmierci. To prawda. Z czego tak się cieszymy, jak wariaci, każdego 31 grudnia? Na jaką cześc te wiwaty, te ognie paradne, te petardy huczne? Ku nadzieji, że zbliżający sie rok będzie lepszy, a przynajmniej nie gorszy, od od odchodzącego? Przecież on na pewno będzie gorszy. Na pewno będziemy o rok starsi, o rok słabsi, z coraz wiekszą liczbą obumarłych komórek na koncie, ale być może i daj Boże o rok mądrzejsi. I z duchem, na przekór naturze, coraz młodszym, ku utrapieniu zdrowego rozsądku.
I znowu jak co roku, pijąc szampana o 00.00, będę po cichutku w myślach postanawiać. Po to, by za 12 miesięcy, znowu po raz n-ty, przekonać sie jaką słabą kobietą jestem i jakie życie nijakie wiodę. A może jednak przesadzam? Może zbyt wybujała fantazja sprawia, że odczuwam, swoje życie jako uwiędłe? W końcu wszystko leży w moich rękach. W końcu w tym roku wreszcie pojechałam, by zobaczyć na własne oczy i dotknąc własną stopą włoskiej Toskanii. Nie zapomnę tych pięknych chwil uniesienia, gdy oczarowana patrząc na przykład na Sienę w kolorze swej nazwy, przysięgałam, że muszę tu jeszcze wrócić. Nie z wycieczką, ale prywatnie, na niespieszne zwiedzanie i smakowanie uroków miejsc jakich chcę i jak długo chcę. A w Imprunetcie zapalałam świętemu świeczkę, by pomógł spełnić te plany, mimo że nie dowierzam jego mocy, ale może, a nuż zechce mi jej dowieść?
Póki co, cieszę sie, że mam już cztery książki o Toskanii, nie licząc przewodnika NG, mam telefon na kursy językowe – byc może prowadzą też włoski, o ile będą w wystarczającej ilości chętni do nauki – tak mi zawsze obiecują w tym małym mieście, niedaleko którego mieszkam. A jeśli nie, to bez łaski – mam płytkę „Włoski dla początkujących” – prezent od Stuart. Za miesiąc jak dobrze pójdzie będę miała nowy komputer – a więc możliwość jej wykorzystania. Nagrywam każdziutki filmw tv o Toskanii i ciesze sie jak dziecko, gdy widzę miejsca, w których byłam. Mijają 4 miesiące od powrotu z Włoch, cały czas jestem w stanie gotowości do realizacji marzenia. Jest dobrze. Pamiętam. Czuwam.

I mam pierwsze zaklęcie na Nowy Rok – Toskanio spełnij się. Wszystko jedno jak – spełniaj mi się. Mimo braku kasy, mimo żem na becikowe za stara, mimo że nie mam szczęście w ToTo, spełniaj mi się w myślach, mowie i uczynkach, ku Tobie wiodących.

I drugie zaklęcie, które właściwie powinno być pierwszym – fantazjo kwitnij! Strachu umieraj! I tylko tyle. Albo aż tyle. Miałam napisać więcej, o tym, że mijającym roku wreszcie zrobiłam coś, co sprawiło, że po czułam że chyba mam jeszcze skrzydła, coś drgnęło, jakieś piórko się u ramion poruszyło. W przyszłym roku muszę zrobić następny ruch, i następny – albo te skrzydła się rozwiną, albo połamią, skruszałe od długiego nieużywania. Zobaczymy.

I trzecie zaklęcie – ech! Nie, nie napiszę tego, bo mój blog nie jest moim pamiętnikiem. Właśnie, a czym jest? Czym jest dla mnie mój blog, czym są blogi innych? Ale to już temat na osobną notkę.

Koniec moich zaklęć mój Ty Nowy Roku. Pamiętaj tylko, masz być fantastyczny! A ja Ci będę w tym pomagać. Powodzenia!!!

Święta

4 komentarzy

Tak sobie dziś, natchniona, odwiedzając chorego, przebiegłam jeszcze po paru innych blogach. I kurcze panuje tam świąteczna atmosfera, życzenia do Mikołaja ludzie piszą, ciesza się, a ja normalnie zapominam że są święta. To znaczy, nie zapominam tak do końca, bo i kartki do wszystkich, których lubię i do których wypada, napisałam. I myślę o prezentach, na które w tym roku nie mamy kasy, więc chyba ich nie będzie. Chyba że jak to mówią ludzie pracy, Matka Boska Pieniężna nam sie przed wigilią zdązy objawić. Ale karp bidulek będzie. Żal mi go, ale co zrobić? Taki mu los przypisany w łańcuchu pokarmowym. Nas za to zjadają stresy, namiętności, praca, frustracje, nuda etc. A jemu i tak lepiej, bo ginie od razu a my konamy powoli. A karp to jeszcze swoją misję życiową ma. A my? Tylko niektórzy. Chociaż nie, bym skłamała, kobiety mają misję – urodzić następnych cierpiących. Ale co to ja? Acha, o świętach. Od jakiegoś czasu za nimi nie przepadam. Kojarzą mi sie z przymusem i wypadaniem. Wypada być radosnym, wypada zrobić pyszne jedzonko na ktore wszysycy czekają, wypada odwiedzać rodzinę, wypada składać napotykanym znajomym szczere życzenia. Ale ja chce być radosna, tylko, że mi zawsze smutno, bo kogoś brak. Chcę by w domu pachniało pierniczkami, makowcem, sernikiem, łatwiej jest to kupić, ale chcę zrobic to wszystko sama, bo moja mama też tak się spełniała, a tradycja – wiadomo – podstawa, ale jestem tak strasznie już znużona rolą matki polki co to wszystko sama sama. Chcę sie spotkać z rodziną, bo ją kocham, ale akurat w święta muszę, chcę i życzę znajomym wszystkiego dobrego, ale przed świętami muszę. Wiem, że marudzę, wszyscy tak sie cieszą, a ja ciągle co roku swoje. Ech, gdybym była bogata, to ja pojechałabym do Mikołaja odebrać swoje prezenty u niego. Niech by sobie dziadek odpoczał trochę. Też juz pewno zmęczony tymi swoimi świątecznymi obowiązkami. I na reniferze bym spróbowała pojeździć, i zorzę polarną może bym zobaczyła, jakie piekne choinki w lesie bym ze śniegu otrząsała. A wieczorem, w fińsko-lapońskim domku, coś na rozgrzewkę by sie wypiło, catering z karpiem w galarecie by sie zamówiło, jakiegoś orzeszka z miodem z lasu przegryzło… A ogień by w kominku hulał, a wszystkim nosy i policzki by z radosci i gorąca sczerwieniały! A rano byśmy zgodnym chórem wykrzyczeli – „wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”.

Wczoraj zadzwonił J., żebym po niego wyjechała na dworzec autobusowy. Przyjeżdża na parę dni do domu. Dziś dzień jak codzień, zaczęłam jak zwykle, od codziennego rytuału: prysznic, zęby, suszenie głowy, lekki makijaż, herbata, parę minut przy szafie, parę minut z gazetą, płaszcz, buty, klucze od domu i samochodu z szuflady, zejście po schodach na dół do wyjścia. Jasny gwint! Telefon! Tup, tup na górę. Piekarnia? Halo, czy to piekarnia? Nie, pomyłka. Ech! Znowu tup, tup, znowu na dół, do wyjścia. Samochód by trzeba umyć. Ale to nie dzisiaj. Jazda, jazda, szkoda czasu. Na szosie, jak na złość ruch, jak w piątek popołudniu. No nie da rady nic zrobić. Trzeba jechać grzecznie, jeden za drugim, jak gęsi. Ok. Już Września. Pierwsze skrzyżowanie pokonane. Na szczęście, nikt nie wymusza pierwszeństwa z podporządkowanej, co się często w tym miejscu zdarza. Co jest grane? Co ten maluch z przeciwka wyprawia? Pijany jakiś czy co? Czemu on tańczy z jednego pasa na drugi? Cholera, dlaczego on wjeżdża na mój pas??! Całe szczęście, że przed chwilą, mijając krzyżówkę, zwolniłam. No nie, on cały czas na moim pasie! Trzeba hamować, tylko spokojnie. Udało się – maluch z przeciwka stanął w poprzek, może z pół metra przede mną. Uff! Na szczęście mam jeszcze pobocze, żeby go ominąć, zdążę w sam raz na autobus. No tak, kobita jechała z przyczepką większą i dłuższą od samochodu, załadowaną jakimiś drewnianymi balami. Kompletny brak wyobraźni. Jak dobrze, że się nie spieszyłam, nie wyprzedzałam całą drogę. Jak dobrze, że odebrałam telefon. Może to anioł stróż zapytał o piekarnię, tak tylko, po prostu, żeby o coś zapytać…

Aaaa. Witam. Witam.
(jestem taka szczęśliwa że cię słyszę)
U mnie? Ok, jak zawsze. Nic ciekawego.
(tak bardzo za tobą tęskniłam)
Pogoda u nas piękna, słońce jak szalone.
(dlaczego nie dajesz mi nadziei)
Co robię? oglądam film.
(łudzę się, że może jesteś tym)
A, dobry, tylko takie oglądam.
(wiem, że to niemożliwe)
U ciebie pada?
(irracjonalne)
Acha. Idziesz na spacer.
(śmieszne)
Miłej przechadzki
(a jednak)
No to pa.
(chcę)
…..
Usta
(serce)

Film z początku odbieramy jako śliczny portret amerykańskiej wzorcowej rodzinki we wnętrzu z lat 50-tych ub.wieku, ze sfery „middle class” żyjącej sobie niczym w raju na peryferiach pewnego amerykańskiego miasta w pewnym miejscu USA. Ale do czasu. Do czasu, gdy perfekcyjny mąż (Dennis Quaide) perfekcyjnej żony nie uzmysłowi sobie, że „choroba”, o ktorej myślał, że już minęła, daje o sobie znowu znać. Do czasu, gdy perfekcyjna żona (cudowna Juliene Moore) prowadząca perfekcyjny dom, na który doskonałe pieniądze zarabia ów doskonały małżonek nie uzmysłowi sobie, jak bardzo jest samotna. Jej jedynym powiernikiem okazuje się być czarnoskóry mężczyzna – wysoce wyedukowany syn zmarłego ogrodnika, który dbał o ich posesję.

No i czar pryska. Tę doskonałą rodzinę nagle dotykają dwie fobie zżerajace ówczesną Amerykę – homoseksualizm i uprzedzenia rasowe. Z tym, ze rasizm, jak się okazuje, jest bardziej nie do przyjęcia niż związek mężczyzny z mężczyzną. Pani Whiteaker początkowo próbuje walczyć i o uczucia męża i o przyjaźń z Murzynem. Niestety, zostaje sama na placu boju. Mężczyźni dla dobra swego i swych najbliższych opuszczają tę doskonałą istotę. Mąż nie dając jej żadnej nadziei, zaś czarnoskóry przyjaciel, owszem, nie odmawia spotkań w przyszłości, choć na jego twarzy maluje się lekkie zdziwienie, gdy Cathy przychodzi na dworzec by jeszcze raz, ostatni, rzucić na niego okiem w momencie odjazdu.
I właściwie nie można mieć do nich pretensji. Każdy z mężczyzn wybiera życie w zgodzie z sobą i tego też pragnie dla nich Cathy – ona chce ich szczęścia, choć wie, że sama nigdy go nie zazna. Bo to nie oni są winni. Nie jest winny mąż, który dotknięty homoseksualizmem i czując się winny, cierpi na równi z żoną z tego powodu. I nie jest winny ów czarny, że taki jest i w związku z tym nie ma prawa spotykać i przyjaźnić się z białą kobietą. Winne jest społeczeństwo – zacofane, pruderyjne, bez przerwy ogarnięte jakimiś uprzedzeniami, by mieć pożywkę do odrzucania i znęcania się nad tzw. innymi. Choćby ci „inni” byli z gruntu wspaniałymi i szlachetnymi ludźmi, ale nic to – ze swoją odmiennością nie mieszczą się ciasnych ramach zacofanej społeczności,.
Bardzo smutny to film, choć nadzwyczaj kolorowy. Akcja dzieje się bowiem podczas pięknych słonecznych jesiennych dni. Tak pięknych, jak piękne z pozoru było dotychczasowe życie Cathy Whitaeker. I czujemy, że te cudowne barwy już niedługo odejdą w przeszłość. I w życiu tej kobiety, tak jak w przyrodzie, również nastąpi zima. Pozostaje mieć nadzieję, że po zimie przyjdzie wiosna – jeśli tylko Cathy pogodzi się z losem i normami społecznymi, które zamknęły przed nią szczęście. Tylko czy starczy jeszcze na przetrwanie sił tej kobiecie, której całe dotychczasowe życie polegało na uśmiechaniu się, ustępowaniu wszystkim, by stworzyć dla siebie i rodziny raj na ziemi. Niestety, ona już wie, ze na ziemi, wśród ludzi, do raju bardzo daleko.

…….
Nie kocha się samotnych drzew
stojących z boku
Nie kocha się czarnych
bo można się pobrudzić
Nie kocha się muzułmanów
bo nie wierzą w boga jedynego
Nie kocha się Żydów
bo zabili syna jego
Nie kocha się rudych
bo fałszywi
Nie kocha się grubych
bo to słabi ludzie są
Nie kocha się gejów
bo brzydko się kochają
Nie kocha się lesb
bo niezdrowo podniecają
Nie kocha się krzywych, kostropatych
szczerbatych, starych, chorych, karłowatych
nieśmiałych, ponurych, smutnych …..
Niekochane, niechciane, niepoznane straszne stereotypy

Kocha się piękny, bezpieczny,
wygodny, uśmiechnięty,dobrze sprzedający się,
nie wadzący nikomu, przewidywalny
nudny, wszechogarniający
stereotyp


  • RSS