Żeby tak szybko zakończyć o Toskanii, bo nie mam sumienia, by ten temat zostawić tak ot sobie, porzucony, spróbuję napisac w jednej notce o dwóch dniach. Będą to dwa ostatnie dni wycieczki.
Przedostatni, czyli miasteczka w rejonie Chianti i dzień ostatni – Florencja – co brzmi dumnie, i dumne było – bo udało nam się zwiedzić Galerię Uffizi, o dziwo! od środka, a nie jak to zazwyczaj bywało, że wszystko ogladalismy z zewnątrz. Ale po kolei.

Z miasteczek w rejonie Chianti widzieliśmy Greve in Chianti, Impruneta i oczywiście Radda in Chianti. Nie będę opisywała zabytków, bo nie na zabytkach sie w nich skupialismy, z oczywistego powodu, jakim był brak czasu. My po prostu, wszystko ogarnialismy wzrokiem. Z tym, że akurat dzień przedostatni był dniem z lekka wypoczynkowym. Tzn. nadal chodzilismy sporo, ale mieliśmy też trochę czasu na zajęcia własne – mogliśmy sobie cos zjeść, pospacerować, gdzie nam przyjdzie ochota, zrobić zakupy, posiedzieć na ławeczce i popatrzeć na przykład na rynku Greve in Chianti na pomnik naszego polskiego rzeźbiarza Igora Mitoraja. Do niedawna rzeźbiarz ten nie był szeroko znany w naszym kraju. Jak to często z artystami bywa, bardziej znani są w świecie niż w swojej ojczyźnie. Spore zasługi w przybliżeniu tego twórcy rodakom ma ród kupców, i innego rodzaju biznesu również, Kulczyków, który niczym słynny ród Medyceuszów postanowil patronować sztuce i rozsławił to nazwisko w Polsce. Zaczęło się to chyba w Poznaniu, od ekspozyji jego dzieł na Rynku – słynne głowy i inne części ciała sporej wielkości rzucone na miejski bruk. Jest to jakiś pomysł na zaistnienie, zarówno artysty jak i jego mecenasa, jak i na douczenie maluczkich i zapewnienie im obcowania ze sztuką. Podobno we Włoszech, a przynajmniej w Toskanii, polski rzeźbiarz jest znany i ceniony. Mieszka właśnie w miasteczku Greve, jest jego honorowym obywatelem, czego dowodem jest rzeźba stojąca przed samym ratuszem. Jak wieść niesie, to rzadko spotykany zaszczyt, by Włosi w ten sposób docenili artystę cudzoziemca. Włosi to naród dosyć zamkniety, skierowany na siebie, wielbiący swoją kulturę, szczególnie tę starą. A tu proszę – nie dosyć, że obcokrajowiec, to jeszcze sztuka współczesna!
Swoją drogą, jest to dzieło szczególne, i być może kontrowersyjne – obnażony męski tors, od szyi po pachwiny z dosyć wyeskponowanym tym co między nimi. Pewnej ekspresji dodaje rzeźbie coś na kształt rany(?), pewnego naruszenie, w boku tułowia, ktore wygląda jakby ktoś korę z drzewa zdarł. Czy dzieło się podoba czy nie, czy robi wrażenie czy nie, jakiego rodzaju odczucia wywołuje, to już indywidualna sprawa każego patrzącego nań, ale jest to mocny akcent, na pewno, i na dodatek polski.

W Greve jest też inny pomnik, położony w mniej eskponowanym miejscu, pomnik Czarnego Koguta, który jest symbolem tego regionu i wina jakie ten region produkuje „Chianti Classico”. Oczywiście, obiekt ten był również obowiązkowym celem naszej wycieczki oraz, w odróżnieniu od pomnika Mitoraja, wdzięcznym i bezpiecznym ;-)obiektem do pozowania do zdjęc – pamiątek z miasteczka.

W Greve wreszcie był czas, by usiąść i zjeść coś przyzwoicie. To było pyszne! Najmilej wspominam „bruschettki” czyli kromeczki pysznego ciepłego pszennego chlebka, opieczone jakby na patelni, natarte czosnkiem, obłożone pomidorem soczystym, czerwoniutkim i jeszcze gorącym od słońca, posypane odpowiednim zestawem ziół. Wszystko to polane jedwabistą oliwą z oliwek. Pycha, pycha. Tym bardziej, że danie łatwe, tanie, szybkie i chrupiące, co lubię. W zwiazku z czym zakupiłam w Radda in Chianti jedną z wielu suszonych kompozycji ziołowych dla „preparato per La Bruschetta” w składzie: aglio, prezzemolo, pomodoro, peperoncino, erba cipollina, cefoglio. Czyli: czosnek, zielona pietruszka, pomidor (rzecz jasna), papryczka chili, zielona część cebuli, no i cerfoglio – rzecz jasna!;-)Zioła czekają sobie teraz na odpowiedni moment, żeby posłużyć mi do przyrządzenia tej prostej przystawki szczególnie lubianej w rejonie Toskanii właśnie. Ale nie jest to z pewnością żadne kulinarne odkrycie Ameryki – podobne przystawki w różnych odmianach jada się przeciez chętnie na całym świecie.
Niestety, na dalszą, bogatszą, pod każdym względem, konsumpcję zabrakło nam już środków wszelakich, także czasowych. Ale w każdym razie lokal, a właściwie lokalik, wspólnie z H. zaliczyłyśmy. Mogłyśmy wracać z podniesionym czołem do naszych bywałych w świecie mężów. ;-)

Impruneta – dość wysoko położone nieduże miasteczko, mające swoją historię, której w tej chwili już nie pamiętam. W sumie, „na oko” mało ciekawe. Prawdopodobnie miejsce zamieszkania kogoś z bliskich znajomych naszej pani pilot. Mieliśmy tam bowiem wyjątkowo dużo wolnego czasu w porównaniu do atrakcji tej miejscowości. Zdążyliśmy zwiedzić dwa kościoły, w każdym z nich nawet mocno się pomodlić, łącznie z zapaleniem świeczki „na intencję” (moją była, już niestety nie pragnienie przeżycia żarliwej miłości, a po prostu – chęć powrotu choćby jeszcze raz w życiu do Toskanii, prywatnie, z dużym bagażem wolnego czasu i pieniędzy). Poza tym zdążyliśmy załatwić na poczcie (wreszcie się takowa pojawiła od początku wycieczki!) wysyłkę pocztówek. Zwiedziliśmy prawie wszystkie sklepy, posiedzieliśmy sporo czasu na rynku, zauważając na nim wiele nieporządku i bałaganu, co znacznie polepszyło nasze polskie samopoczucie. W końcu już o mały włos, a poszłabym do kawiarenki internetowej, by przekazać pozdrowienia na forum filmowe. Na szczęście czas wolny już się kończył, i nasza, wyjątkowo zrelaksowana, pani pilot pojawiła się na impruneckim horyzoncie, mijając po drodze wiekowe drzewo oliwne – dumę i zabytek historyczno-przyrodniczy miasta.
A propos wysyłania widokówek. Gdzieś czytałam, że Włosi są wyjątkowo opieszali w przekazywaniu korespondencji za pośrednictwem poczty. I to jest święta prawda, potwierdzam! Kartka wysłana z Imprunety do Wrocławia szła dokładnie miesiąc.

No i pojechalismy dalej. Do Radda in Chianti. Nie opisuję mijanych przepięknych krajobrazów, bo tego się nie da opisać. To trzeba widzieć, najlepiej osobiście, w ostateczności w albumach, na zdjęciach. Szkoda moich nieudolnych słów, by oddać urok, czar tej krainy.
Dzień zakończyliśmy degustacją miejscowych win, w gospodarstwie o przyjemnej nazwie „Aiola”. Wina Chianti są bardzo mocne i bardzo wytrawne, dla smakoszy. Ich picie można sobie osłodzić przygryzając suche, prawie jak sucharki, ciasteczka o smaku migdałowym, w kształcie naszych klusek kopytek. Niestety, nie zapisałam sobie ich nazwy, zarozumiała, że zapamiętam, i oczywiście zapomniałam. A to była taka ładna dźwięczna nazwa, od słowa „kopytko” w każdym razie. Tylko jak to jest po włosku? Może panowie kabareciarze reklamujący Plus GSM wiedzą?
W każdym razie, my z Hanią, jako że wcześniej, z okazji jej urodzin, zrobiłyśmy sobie degustację Chianti u siebie w pokoju, postanowiłyśmy delektować się tym razem tylko i wyłącznie pięknem rolniczej ziemi toskańskiej. A było na co popatrzeć z tarasu gospodarstwa „Aiola” – tylko pozazdrościć życia w takim raju. A czy ono jest rajskie, to już inna sprawa i nie na tę wycieczkę.