filmowo blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2005

ELBA

5 komentarzy

Moja mowa o Elbie i wycieczce na nią będzie krótka. Raczej. Tak mi się przynajmniej wydaje. Aby się na nią dostać musieliśmy dość wcześnie wyjechać z naszego pensjonatu „Venezia”, chyba o 7.00. Ok dwóch godzin jechaliśmy autokarem do Piombino. Tak, tak samego co to pies koleją do niego podróżował. I z Piombino promem godzinkę do Portofereiro na Elbie. Cóż, wiedziałam, ze Elba to miejsce zesłania Napoleona, i że jest to jedna z najczęściej odwiedzanych włoskich wysp, w celach wypoczynkowych. I może z powodu pierwszego, miejsce zesłania, cały czas wyobrażałam ją sobie jako taką choć trochę dziką, tzn. jeśli chodzi o plażę. A tu proszę – jakbyśmy sie znaleźli w środku lata w Miedzyzdrojach. Jakże byłam mimo wszystko, wbrew zdrowemu rozsądkowi zawiedziona.
Nawet willa Napoleona nie okazała się godnym swego lokatora obiektem. No chyba, ze patrząc na cenę biletu – 5 euro za 10 minutowa przebieżke, bez przewodnika, po nadzwyczaj zaniedbanych komnatach biednego cesarza. Ja rozumiem, że on może i nie żył tu w wielkim przepychu, wszak zesłano go tu za karę. Ale widac było bardzo małą dbałość gospodarzy o zabytek. Żadnych objaśnień do rekwizytów, żadnego kwiecia na tarasie widokowym, i w ogóle nigdzie w pobliżu willi, ba nawet suche badyle z zeszłego roku w gazonach się walały. Nie wiem na co idą te ciężkie pieniądze ściągane od turystów. Wstyd i hańba i rozbój w biały dzień. W każdym razie ostrzegam – nie warto wchodzić do środka tej wilii, spokojnie wystarczy ja sobie pooglądać z zewnatrz. I trochę mieliśmy żal do naszej pani pilot, że nas nie uprzedziła, i naraziła nas na taką stratę. Nie przypuszczam, żeby się nie orientowała w sytuacji.
No dobrze, ale takie kiksy sa wliczone w ryzyko wycieczki i jakoś to przebolałyśmy – to wielkie rozczarowanie willa imć Napoleona. Ale domostwo samo w sobie, owszem, bardzo okazałe – duże, z dosyć obszernymi pokojami, z olbrzymim tarasem widokowym na piekną zatokę, którą wpływa się na Elbę. Tylko pozazdrościć zesłańcowi.

Na Elbie znajdują się też dosyć dobrze zachowane ruiny twierdzy Medyceuszów, znamienitego i znanego rodu książąt Florenckich, którzy zabawiali sie tu rokrocznie w sierpniu, miesiącu wakacyjnym Włochów.
Podobno sierpień do dnia dzisiejszego jest ulubionym miesiącem Włochów na letni odpoczynek, ze względu na najwiekszy upał, jaki panuje wtedy w miastach.
Nie liczy sie wtedy nawet biznes. Zamykają oni swoje interesy, na ogół, i choćby się świat walił, turyści zalali cały kraj, oni jadą na swoją kanikułę. We Włoszech są przerwy obiadowe w supermarketach, co u nas jest nie do pomyślenia. No tak, ale oni turystów mają po uszy, i wlaściwie te dwie godziny luzu w ciągu dnia, czy dwa tygodnie przerwy w sierpniu, nie przynosza im aż tak bardzo zauważalnych strat w budżecie.
Ale wracając na Elbę. Zwiedzanie Portofereiro zakończyliśmy praktycznie na willi Napoleona, i później dostaliśmy 3 godziny wolnego. Większość ekipy wykorzystała ten czas na plażowanie, bo naprawdę nic innego nie dało się robić w tym miasteczku. Ale niektórzy, tak jak ja, spędzili ten czas na lądzie, bez kapieli. Znalazłam sobie na nadmorskim bulwarze świetne zacienione miejsce pod palmą, wysłałam H. do diabłów morskich, a sam spedziłam czas na pilnowaniu rzeczy H. (i swoich) tudzież obserwowaniu plażowiczów, przechodniów czy innych ciekawych obiektów, jakie przemykały co rusz a to na rowerach, a to skuterach bądź na własnych najczęściej obnażonych mocno nogach. Nawet fajnie mi ten czas zleciał, chociaż trochę mi żal było tej niezwiedzonej przez nas twierdzy medycejskiej. Ale przynajmnie mi nogi, a konkretnie stopy odpoczęly, bo już były bardzo mocno sfatygowane przez te całodniowe marsze po miastach Toskanii.

I to by był koniec wrażeń z Elby, jeśli by nie licząc takich małych atrakcji jak nabycie sporego melona, i kawy w ulicznej kawiarence – ale bez uniesień. Czekała nas powrotna przeprawa promem do Piombino, a później podróż autobusem po autostradzie do naszego tymczasowego toskańskiego gniazdka.
Nie wspominam wcale o jedzeniu, bo myśmy w podrózy na ogół nie jadły. Nie licząc lodów. Po prostu nie było na to czasu. Ale niestety moja waga nie uległa zmniejszeniu. To sie nazywa prawdziwy opór.
Wycieczka na Elbę była wycieczką fakultatywną, poza opłatą wliczoną wcześniej. Dodatkowo kosztowała nas 30 euro + 5 ta nieszczęsna willa. Jak dla mnie koszty trochę za wysokie w stosunku do atrakcji. Ale nie żałuję, było warto, mimo wszystko. Choćby dla samej podrózy promem i widokiem wyspy jaki zobczylismy wpływając do zatoki. Poza tym było wiele pieknych akcentów widokowych, na rózne samotne skaliste wysepki, na góry wyłaniające sie z Morza Tyrreńskiego, na róznej wielkosci, ale nie samotne, białe żagle czy bogate jachty ślizgające się po wodzie. I tak ogólnie – warto czasem oderwać nogi od lądu i poczuć sie niczym wilk morski albo kurcze, jakis pirat, na łajbie. Brakowało mi tylko faji, i opaski na oku, a i chusteczki z trupia czaszką na głowie. Ale za to miałam słoneczne okulary i wiatr we włosach.

San Gimignano

3 komentarzy

Nie powiem, trochę w tej Sienie zabawiłam. Na blogu prawie miesiąc. Ale to prawda, smutno było ją opuszczać. A przecież widziałam tylko jej malutki fragmencik. Czy zdarzy mi się jeszcze choć jedno z nią spotkanie? Bardzo bym chciała, a tu tyle rat do spłacania. No nic, od czego są wspomnienia, muszę jak najczęściej do nich wracać, żeby mi nie wyblakły do cna.

Siena to połowa drugiego dnia wycieczki. Siena to pani Grażyna, a San Gimignano, kolejnego punktu programu zwiedzania, to pani Loretta. Wbrew pozorom Polka z krwi i kości (zresztą tak samo jak Grażyna), mieszkająca w miejscowości tuż obok. I pracująca na okrągło jako przewodniczka w języku polskim i rosyjskim, a może jeszcze jakimś, o czym nie wiem. Też, widać było, pasjonatka swojej pracy, Włoch i Toskanii. Ach, dlaczego ja nie wpadłam kiedyś na pomysł, by zrobić wszystko i tam zamieszkać?
Pani Loretta była świetna, opowiadała bardzo zajmująco i ma duży udział w moim zapamiętaniu San Gimignano i Florencji, którą nam również pokazała. I taka miła dla oka była, nieduża, i taka niczym ładna gałgankowa laleczka. Nie wiem dlaczego – tak mi się kojarzyła.
Z Sieny do San Gimignano to żabi skok. My tę odległość na szczęście pokonaliśmy autobusem, dzięki czemu mogliśmy podziwiać mnóstwo klasycznego toskańskiego krajobrazu. No i dojechaliśmy, zaparkowaliśmy i dalej zwiedzać to, jak się okazało równie jak Siena, zatłoczone miasteczko, nazwane Manhattanem średniowiecza. Jedno z najbardziej znanych miejsc Toskanii. I również jedno z piekniejszych i fascynujących. Właśnie przez te wieże.

Co bogatsi mieszkańcy miejscowości, a byli nimi głównie kupcy, budowali przylepione do swoich kamienic wieże obronne. Tak to jakoś bywało, że w tamtych czasach najlepszą rozrywką dla możnych były wojny i wojenki między sobą. Im kto był zamożniejszy tym wyższą sobie wieżę budował. Doszło do tego, że co niektóre zaczęły przerastać wieżę miejskiego ratusza. Trzeba było jakoś interweniować. Ustanowiono konkretną wysokość wież, ponad którą nie wolno sie było ich pysznym właścicielom wznosić. Ale jak się okazało, nie tylko Polak potrafi, także Toskańczyk! Skoro nie można za wysoko jednej wieży, to będziemy budować maksymalnie – na dozwoloną wysokość dwie albo i więcej wieże obok. Wyskość każdej z nich się zsumuje i zaraz będzie wiadomo kto panem w San Gimignano jest! I tak oto – mamy obok kamienic nie jedną, ale i bywa – dwie wieże. Wiele spośród nich uległo juz zniszczeniu. Jak by nie było miasteczko liczy sobie już ponad 850 lat. Czas i człowiek swoje zrobili. Ale i tak podziwiać, że z chyba około 40 ostało sie do naszych czasów chyba z 13. Tak plus minus, rzucam cyframi z pamięci, mogło mi się parę omsknąć w tę albo w tamtą strone.

Nasze zwiedzanie San Gimignano ograniczyło się tylko do chodzenia po jego niewielu uliczkach, placach i punktach widokowych. Nie zobaczyliśmy od środka żadnego kościoła, których jest tu kilka, ani muzeum, ani galerii sztuki. Ale i tak było cudownie, niezapomnianie. I na tym można by właściwie już zakończyć opis wrażeń – więcej słów nie potrzeba. Ale dla siebie i dla pamięci, może jeszcze kogoś, postaram się coś niecoś jednak odtworzyć.

Przed wyjazdem do Toskanii przeglądałam co nieco na temat miejsc, które mieliśmy zwiedzać. Domyślałam się, że w takiej Florencji czy Sienie tłumy turystów będą ogromne. I nie zawiodłam się. Natomiast San Gimignano, nie wiedzieć czemu, wyobrażałam sobie jako małe miasteczko, spokojne i senne, z przemykającymi niewielkimi grupkami ciekawskich jego uroków. Trochę utrudzona Sieną z nadzieją czekałam, że w San Gimignano sobie odpoczniemy. Naiwna! Tam dopiero były tłumy! H. – miała niezły ubaw z mojej zdumionej miny. Przecież to jedno z najbardziej znanych miejsc północnej Toskanii!! I każdy, kto do niej zawita chce zobaczyć słynny średniowieczny Manhattan. No i samo miasto, leżące przecież na szlaku z północy Europy do Jerozolimy. Bo to właśnie dzięki pielgrzymkom mogło się ono w ogóle rozwinąć. Później, gdy trasa szlaku zboczyła, miasto znacznie zubożało, tym bardziej, że ciągle było nękane lokalnymi wojenkami, a także epidemiami. W końcu poddało się pod protektorat Florencji.

Bardziej znaczącymi punktami spaceru po mieście były:
- brama San Giovanni, która otwierała do niego wejście i która prowadziła na główną ulicę tego samego imienia – a przy niej pałace, wieże i mnóstwo sklepów, sklepików z przeróżnymi regionalnymi pamiątkami, przede wszystkim tymi w butelkach zawierających wino z miejscowych winnic.

- domek, bo to nie był dom, przy maleńkiej uliczuszce, bo to nie była nawet uliczka, w którym urodziła się i mieszkała święta Fina, jedna z patronek miasta. Jako 10-latka ciężko zachorowała na nieuleczalną chorobę. Przez 5 kolejnych lat leżała na desce, by w ten sposób, przez swoje cierpienie zbliżyć się do Chrystusa. Umarła sparaliżowana przed śmiercią, a w chwili śmierci deskę na, której Fina leżała pokryły kwiaty.

- kolejny domek, bardzo stary, mający kilkaset lat – jeden, a może jedyny taki jaki się zachował ze swym szczególnym układem izb mieszkalnych, znajdujących się bezpośrednio nad stajnią dla zwierząt. Tego typu domostwa były bardzo popularne w ówczesnych czasach – ciepło bijące od zwierząt miało ogrzewać także ludzi mieszkających nad nimi. Oczywiście, jak każda budowla w San Gimignano – zamieszkany przez współczesnych, czego widomym dowodem był nowoczesny skuter zaparkowany przed wejściem, a na sznurkach suszące się po praniu dżinsy, wszelakie bluze z biustonoszem włącznie. Niezapomniane zestawienie.

- Piazza della Cisterna i Piazza del Duomo – dwa główne place miasta. Ten pierwszy – plac ze studnią, która stoi w jego centrum – tu się pysznie siedzi i zajadając lody gapi się na otaczające go wieże, będąc samemu wdzięcznym widokiem dla gości popijających kawkę w kawiarenkach okalających plac.
Drugi – Piazza del Duomo szczyci się obecnością jednych z największych atrakcji San Gimignano – kolegiaty oraz muzeów: miejskiego (Museo Civico) i sztuki sakralnej (Museo d’Arte Sacra).

Oczywiście uliczki miasta są zamknięte dla ruchu kołowego. Od czasu do czasu tylko przesunie się jakiś dostawczy busik, albo jakiś cichy skuterek. Wiadomo, tak cenne budowle wymagają troski, a i turystom nie można przeszkadzać w kontemplacji i odtwarzania sobie w wyobraźni życia jakie toczyło się między tymi murami. Od czasu do czasu w oknie, jednak, pojawi się jakiś współczesny mieszkaniec, albo mieszkanka. Jak choćby ta starsza pani, patrząca na nas z sympatią i z uwagą wsłuchująca się w nasz język, jakby chciała zgadnąć skąd on, a może coś i jej drgnęło we wspomnieniach? W każdym razie, gdy oddalaliśmy się z placyku, przy którym stała jej kamieniczka – z usmiechem na twarzy pomachała nam ręką na pożegnanie. Uwielbiam takie miłe, przelotne kontakty z ludźmi, których nigdy już nie zobaczę, a którzy utkwią mi w pamięci na zawsze.


  • RSS