filmowo blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2005

Jeśli ktoś obudzi mnie w środku nocy wołając „SIENA!” wstanę na równe nogi i odpowiem jadę! A za chwilę wyrecytuję z tęsknotą:

- brąz, beż, żółć – skądś uczepił mi się i został w głowie zlepek wyrazów „siena palona”. Sprawdzałam, nie znalazłam. A z powodzeniem mógłby to być zwrot określający kolor przypalonego beżu,przechodzącego do brązu; bardzo elegancki i twarzowy kolor, dla starych i młodych, pań i panów, bez wyjątków

- wzgórza i typowe toskańskie pejzaże, miasto o stałej liczbie mieszkańców, około 60 tysięcy od wieków, tradycja ale i postęp, np. czołowe miejsce we Włoszech w leczeniu schorzeń okulistycznych

- Katedra – nawet dość, jak na warunki wycieczki, dokładnie obejrzana, Pinturichci, Piccolomini, Michał Anioł, duma, pycha, żal, miasto z wielkimi ambicjami, pokonany w końcu rywal Florencji, wilczyca karmiąca legendarnych założycieli Rzymu – Romulusa i Remusa przed głównym wejściem do katedry – bo sieneńczcy czują się potomkami Senia, syna jednego z nich – Remusa

- Il Campo – contrady, palio, lody (tym razem ciepłe i nie tak już upragnione) fontanna i zdjęcie przy niej, a obok oszalały rotweiler

- Kosciół św. Dominika, święta Katarzyna i obraz „Ekstaza i zemdlenie świętej Katarzyny” – H. już wie o co chodzi i na pewno się śmieje.

- Szkoła muzyczna – jedna z najlepszych w Europie. Piekny stary gmach z dziedzińcem pośrodku. Tu można, gdy się jest w Sienie dłużej, posłuchać wieczorem koncertu. Tak jak kiedyś Iwaszkiewicz. Tu zdobywał szlify nasz Zimmerman. Teraz sam uczy innych.

- Sklep, prawdziwy staroć – z dziczyzną (dzikie świnie paskówki – podobno tylko w Toskanii) – a przed sklepem rekwizyt od lat – stary rower z koszyczkiem na zakupy. H. zrobiła zdjęcie.
Tak rowerów w Sienie jest zatrzęsienie. Rowery i skutery – to najlepszy sposób poruszania się mieszkańców, po wąskich i zapełnionych przez turystów, uliczkach. Przeciskają się nimi wśród wiecznego tłumu cichutko, cierpliwie, pokornie, jak nieWłosi. Spokojnie – czekając zimy – wtedy policzą pieniądze i złapią oddech, by przeżyć następny sezon najazdu – na szczęście już nie książąt florenckich.

- Spacer uliczką i uśmiech Włocha – ze mnie, a może jednak do mnie? A może to byłby dobry początek mojej pracy na stare lata – sprawdzić i opisać co się z nim stało?

- I młodzieniec trzymany na uwięzi przez ptaka. To była żywa reklama jakiejś imprezy, ogłaszanej przez plakat obok. Ta szczególna para – przystojny młody mężczyzna, ubrany w stosowny strój i ptak na jego dłoni. Ptak spokojny, o stalowym dumnym spojrzeniu, z góry patrzący na wszystkich gapiów i On – ze wzrokiem spłoszonym, nieszczęśliwy niczym ów ptak schwytany, na uwięzi. Kompletne odwrócenie ról. Stał nieruchomy jak skała, nie miał wyjścia, takie miał zadanie. Tylko te oczy biegające rozpaczliwe – wte i wewte – marzące o tym by mieć skrzydła i ulecieć jak najdalej od tej ciżby patrzącej na niego niczym na okaz zoologiczny. Spojrzałam mu w te oczy, miałam nadzieję, że docenił to, że bez obiektywu aparatu, niestety – nadal widziałam tylko chęć ucieczki. Dodałam mu otuchy i zapamiętałam ten piękny widok – stare szacowne wejście do Palazzo Pubblico, a w nim ta para: młodzieniec pragnący wolności trzymany na uwięzi przez ptaka.
Bo tak to już jest – miasta miastami, mury murami, domy domami, a my i tak raz na zawsze zapamiętamy ludzi, albo człowieka.

Palio

Brak komentarzy

Już mam! „Dziennik Toskański” – Tessy Capponi-Borawskiej, a w niej spory opis święta Palio. Całe szczęście – będzie to świetnym dopełnieniem i ożywieniem coraz bardziej blaknących wspomnień z „przelotu” po Toskanii. Ale parę najważniejszych rzeczy zapiszę. Po czasie zerknę na tę stronę i dowiem się ile znowu zapomniałam. A przy okazji – znowu na chwilę pobędę na Il Campo, pochylonym ku ratuszowi, w kształcie rozportartego wachlarza, albo jeszcze inaczej – niczym tort podzielonym na 9 części. Tyle ile członków rady rządzącej miastem.
2 lipca i 15 sierpnia to najważniejsze dni w roku w Sienie. To dni Palio. A 2 lipca i 15 sierpnia – bo to są dwa święta poświecone matce Boskiej. Tylko nadal nie rozumiem – jak się mają zawody z 2 lipca do tych z 15 sierpnia. Które są ważniejsze?

W wyścigu bierze udział 10 contrad, wyłonionych drogą losowania. Pozostałym, niepocieszonym w bólu, contradom pozostaje tylko asysta rydwanowi, który obwozi palio podczas pochodu poprzedzającego wyścig.
Wyścig trwa zaledwie 90 sekund, ale przygotowania do niego trwają cały rok. Najpierw trzeba wybrać 10 najlepszych koni spośród wielu przedstawionych do konkursu przez znanych hodowców. 10 – wybranych po odrzuceniu najsłabszych i nasilniejszych. W Palio bierze się pod uwagę tylko konie pełnej krwi. Konie przypadają 10 wylosowanym contradom. I od tego momentu – klamka zapadła – jeśli chodzi o wierzchowca niczego już nie mozna zmienić. Nawet jeśli koń w międzyczasie zejdzie z tego świata – trudno, pech – contrada po prostu nie weźmie udziału w zawodach. Ale dużo jeszcze leży w rękach trzymających końskie cugle, czyli w rękach dżokeja. Teraz dopiero zaczynają się ze strony contrad podchody, knowania, przekupywanie, a nawet porywanie i podtruwanie – w tych dwóch ostatnich zabiegach chodzi na szczęście tylko o konie. Niestety – wszystkie chwyty dozwolone, byle zrobić to sprytnie i z wyczuciem. A jeśli contrada nie bierze udziału w Palio wtedy poświęca wiele sił by pognębić tę niezbyt ulubioną, najczęściej po sąsiedzku, wspólnotę. Bo palio – to nie tylko szlachetne z założenia współzawodnictwo, to także szkoła chytrości i przebiegłości, nie tylko w pokonaniu przeciwnika, ale nie wiadomo, czy nie przede wszystkim w jego pognębieniu. Taki to jest temperament po prostu i po włosku. Ale i dzięki chyba takim namiętnościom tradycja żyje i dobrze się ma. Jeśli dzieje się w tym wszystkim komuś prawdziwa, bo niezawioniona krzywda, to najpewniej dzieje się ona koniom, które delikatne w gruncie rzeczy często padają przy tym krótkim, acz dosyć morderczym wyścigu, w którym wszystkie chwyty, oprócz łapania za cugle przeciwnika są dozwolone. Najniebezpieczniejsze jest pokonywaniu zakrętów toru wyścigu, z których jeden niemal pod kątem prostym ma na swym sumieniu najwięcej ofiar w postaci połamanych kończyn, nie tylko końskich. Mimo wyłożenia boków trasy materacami i wysypania bruku placu specjalną glinką.

Dżokej, który doprowadzi danego konia do zwycięstwa, traktowany jest w okolicach Sieny niczym Bóg – jest noszony na rękach i uwielbiany jak bohater narodowy. Jest też bardzo sowicie wynagrodzony – stać go w tym momencie na kupienie sporej posiadłości. Pozostali dżokeje mogą nawet w chwili klęski zebrać od wynajmującej ich contrady spore manto, ale i zarabiają niezłą sumkę euro – taką że każdy z nas zaryzykowałby za nią naruszalność swojej pupy, tudzież grzbietu, gdyby tylko miał stosowne umiejętności.
Podobno jeden z najbardziej wziętych dżokeji, mieszka w okolicy Sieny, ma oczywiście olbrzymią willę ze stosownymi przyległościami, w skład których wchodzi pole ćwiczebne do jazdy konno, w postaci właśnie Il Campo, o takiej samej powierzchni i takim samym nachyleniem jaki ma oryginał. No ba! Jak się zarabia to można inwestować. Ale żeby tak zarabiać, pewnie nieraz musiało się otrzymać porządne wciry od wściekłych przegranych mieszkańców niejednej contrady.
Jeszcze taka ciekawostka. Przed zawodami w każdej parafii odbywa się nabożeństwo przedpołudniowe, poświęcone modłom o swoje zwycięstwo i przegraną przeciwników. W modłach uczestniczy także koń, a jakże, którego kapłan poświęca i błogosławi przez rozgrywką. Jeśli zdarzy się, że koń w tym czasie wypróżni się, absolutnie jest to świetna wróżba na zbliżające się zawody. Oczywiście co bardziej przejęci sieneńczycy pomagają swoim faworytom, aplikując im przed mszą czopki, czy inne środki przeczyszczające.
Ciągle to przeplatające się sacrum i profanum.
Jakie to niezwykłe – w czasach, gdy ludzie właściwie najczęściej emocjonalnie wegetują, są tak wymaglowani przez życie i pracę, że nie stać ich na większe uniesienia, tu w Sienie od emocji aż kipi, emocji wszelkiej barwy – od miłości do nienawiści, od woli szlachetnej walki do walki podjazdowej, takiej z ukrycia, przebiegłej i czasem bardziej skutecznej. A na co dzień – szacunek, zgoda, zaufanie, wzajemna pomoc, poczucie wspólnoty – jak najbardziej, i tym bardziej dla swoich, spod herbu swojej contrady :-))

A ja jeszcze ciągle w Sienie, mimo, że to już prawie trzy tygodnie mija od powrotu z krótkiego i szybkiego przebiegu przez Toskanię. Jeszcze tylko parę impresji i trzeba będzie w końcu opuścić to piękne miasto, w różnych odcieniach brązu i beżu, czasem wpadających w żółć (nawet gleba w jej okolicach przybrała podobne barwy), troszkę leniwe i senne, żyjące ciągle jeszcze średniowiecznym rytmem, przerywanym dwa razy do roku biciem w dzwon Torre del Mangia na rozpoczęcie Palio.
A jak Palio to i contrady – te dwa terminy są ściśle i wyłącznie przypisane Sienie. Takiego fenomenu socjologicznego, obyczajowego na ma na całym świecie. Jak ja zazdrościłam i żałowałam, słuchając opowieści Grażyny K., że tu nie mieszkam. Że nie dane mi jest posiadać świadomości pełnej i całkowitej przynależności do tej mini społeczności prafialno-dzielnicowej, w której „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” – tak na wieki wieków amen. Gdzie jesteś po opieką, ale i ty masz na uważaniu każdego potrzebującego, od kołyski aż po grób. Tam nie ma domów starców! Jeśli zdarzy się, że z jakichś względów, stary człowiek zostaje sam, bez najbliższych, automatycznie przechodzi on pod opiekę sąsiadów czy przyjaciół.
Contrada to taki super demokratyczny twór, gdzie wszyscy są sobie równi, niezależnie jaką pozycję spoleczną zajmują. Każdy sieneńczyk wspiera swoją contradę finansowo, na tyle na ile go stać.
Na czele contrady stoi demokratycznie wybrany rząd, a przewodzi mu w czasie pokoju urzędnik zwany „priorem” – na czas Palio władzę obejmuje Capitan. Co ciekawe – mogą to być osoby obojga płci.
Każda contrada, a jest ich obecnie 17 w Sienie (kiedyś bywało nawet 42), ma swój własny kościół, klub, symbole heraldyczne, muzeum i chorągiew. Jej nazwa wywodzi się od nazwy zwierzęcia, np. orzeł (aquilla), ślimak (chiocciola), pantera, żółw (tartuca), żyrafa itd. Ale są tez wyjątki – jak Contrada dell’ Onda czyli „fala”, ale i ona ma w herbie zwierzę – delfina, czy Contrada della Torre – w herbie słoń podtrzymujący wieżę (torre). Tylko Contrada del Nicchio – ma w nazwie i herbie nieożywioną muszlę, ale w końcu można przyjąć, że przecież jest to schronienie jakiegoś żyjątka morskiego – i reguła nazewnictwa czy heraldycznej symboliki od zwierząt będzie zachowana bez wyjątków.

Życie każdej contrady tętni przez cały rok. Organizowane są wspólnie przeróżne imprezy, Na przykład chrzciny – jako że dzieci rodza się w szpitalach położonych na tzw. ziemi niczyjej, każdego noworodka chrzci się w dniu patrona contrady, przy dzielnicowej fontannie i „namaszcza się” go przez urzędujace władze.
Odbywają się także doroczne procesje z zespołem doboszy, albo zawody w manewrowaniu chorągwiami. Tak, tak takie, jakie mogliśmy oglądać w filmie „Pod słońcem Toskanii” – kiedy to Polak Paweł z miłości do Włoszki, aby zaskarbić sobie przychylność jej rodziny, bierze udział w takiej rywalizacji, niczym Toskańczyk z krwi i kości.
Manewry z chorągwiami to prawdziwa sztuka, której korzenie sięgają zamierzchłej przeszłości, kiedy to podczas bitwy, dla każdego żołnierza chorągiew stanowiła punkt odniesienia, a jej utrata oznaczała klęskę. Tylko umiejętne manewrowanie flagą mogło zapobiec zdobyciu jej przez wroga. W sytuacjach skrajnych – chorąży wyrzucał ją jak najwyżej do góry, by przywołać rozproszone wojsko, albo jako ostateczność – poza walczącą ciżbę. Chorąży uczyli się tej sztuki w specjalnych szkołach wojskowych, nie każdemu było dane posiąść tę technikę – wymagała ona ogromnej siły fizycznej, precyzji, skupienia. Z czasem, przestały im już wystarczać podstawy tej sztuki – jak to ludzie, a szczególnie mężczyźni, każdy starał się być lepszy od drugiego, wymyślał coraz trudniejsze ewolucje. Postanowiono uczynić z tego pokazy, by w czasie pokoju, trud nie poszedł na marne i znalazł uznanie – i tak to się zaczęło. I świetnie – jakie to piękne, malownicze i ekscytujące, prawdziwie męskie widowisko mieliśmy przykład w filmie.
No i jak tu nie było dawniej kochać wojaków? „Za mundurem panny sznurem” – nie tylko, że pięknie wyglądali, byli silni jak zdrowe dęby, dzięki długim mozolnym ćwiczeniom, rozwijającym krzepę i ciało. A przede wszystkim walczyli jeden z drugim jak równi sobie, nie z ukrycia, z kobietami i dziećmi. A ich zwycięstwa, oprócz goryczy płynącej z faktu zabijania, miały jednak smak dumy – zwyciężyłem, bo byłem lepszy, ja – a nie pieniądze rządu mojego państwa , zaoszczędzone na drogi sprzęt wojenny poprzez ograniczenia wydatków mających chronić środowisko kuli ziemskiej, zabezpieczające przed skutkami ogromnych huraganów, topnieniu lodowców itd.
W każdym razie, tak czy siak – zawsze kończy się na Bushu, nawet w tak przyjemnym temacie jak Toskania. :-)))Pewnie jestem lekko zboczona na jego punkcie, ale uważam, ze nie bez powodu i każda okazja jest dobra dla wyrażenia dezaprobaty.

Ale jednak zdrowiej i przyjemniej będzie wrócić do Sieny. Nawet tej współczesnej, ale od wieków zakochanej w swojej tradycji, obyczajach mających już ponad 700 lat, w której najważniejszym wydarzeniem w roku jest króciutkie konne ściganie się o palio, nie, nie tym razem nie chodzi o samochód! Fiat Palio – chodzi tylko, albo „aż” o chorągiew – „pallium” – symbol chwały i istnienia, nie tylko na polu walki.

Po niedługim, acz intensywnym w przeżycia, pobycie w domu –sanktuarium świętej Katarzyny znowu króciutki spacer, bo centrum Sieny naszpikowane zabytkami nie jest aż tak rozległe – i znajdujemy się na Piazza del Duomo (Plac Katedralny).
Stoimy i wznosimy oczy ku niebu – w podziwie dla ludzi i podziękowaniu Bogu, że to za Jego sprawą sięgali oni takich szczytów marzeń, odwagi, myśli twórczej, nauki, w końcu i pychy, niestety. Bo to i ona, pycha właśnie, wiodła człowieka ku stawianiu takich wspaniałych dowodów swojej, owszem, pobożności, miłości do Boga, Jezusa, Matki Jego i wielu świętych, ale i dowodów na swe bogactwo, władzę, chęć górowania nad innymi podobnymi sobie możnymi tego świata.

Siena i Florencja, ich mieszkańcy – książęta, obrotni kupcy, przemyślni bankierzy, sprawni rzemieślnicy, prześcigali się w owym czasie, w wielkości i splendorze kościołów budowanych ku chwale, jak wyżej. I bardzo dobrze – artyści, architekci mogli rozwijać skrzydła swego talentu, robotnicy wszelkiej maści mieli zatrudnienie i chleb, a wszyscy razem wzięci mieli swoje miejsca kultu, w których odrywali się od męczącej codzienności, od miałkości i bezsensu życia, w końcu samotności – mogli poczuć się we wspólnocie, którego to poczucia często brakuje współczesnym.

I tak oto sieneńskie Duomo ku chwale boskiej i miasta zaczęto budować w XII wieku, w jednym z najwyższych punktów miasta. Budowa katedry na dobre zakończyła się w XIII wieku – trwała ponad 100 lat. No cóż, na szczęście – obyło się bez takiego tempa jakie ma proboszcz w naszym rodzimym Licheniu, budujący, siódmą pod względem wielkości świątynię w Europie, dziesiątą na świecie w okresie kilkuletnim – obawiam się, że bez zachwytu zwiedzających i modlących się. A już z pewnością – nie wytrzyma ona tylu wieków co zabytki Włoch. Ale – cóż, pycha, fałszywa ambicja, chęć zdystansowania swoistej konkurencji (największy kościół w Polsce) – rzecz ludzka i znana od stulci… tylko funduszy, prawdziwych artystów, spokoju i nieco godności, wstydu czy ambicji – tej o pozytywnym wydźwięku właśnie – zabrakło.

Wzrost liczby mieszkańców i zamożności Sieny, a przede wszystkim chęć dorównania znienawidzonemu rywalowi – Florencji, również zmobilizowała władze miasta do budowania drugiej, Nowej Katedry – Duomo Nuovo. Plany były tak duże, że gdyby się udało doprowadzić je do końca – Duomo Nuovo w Sienie byłaby najwiekszym kościołem tamtych czasów. Niestety, zamieszki polityczne, a przede wszystkim epidemia dżumy, która zdziesiątkowała mieszkańców Sieny, a tych, którzy przeżyli doprowadziła do ubóstwa i chaosu – przekreśliły ten zamysł. Ale jego początki widać do dziś po prawej stronie katedry w postaci częściowo ukończonej kamiennej nawy – faktycznie to miał być olbrzym,… a może Pan Bóg uważał, że i mniejsze jest śliczne?

Niestety, nie dane nam zobaczyć frontonu Duomo – był zasłonięty z powodu jakichś prac remontowo-konserwatorskich. Ale za to mieliśmy inne szczęście – w katedrze odsłonięto dla zwiedzających przepiękną, wręcz zjawiskową posadzkę, prawdziwe arcydzieło, tworzone na przestrzeni dziesiątków lat, przez wielu znakomitych artystów, wykonane z różnokolorowego marmuru, przedstawiające sceny biblijne i świeckie. Zwykle jest ona zakryta, odsłania się ją tylko kilka razy w roku. Nam się udało, za drobną opłatą 6 euro (wstęp do katedry jest na ogół bezpłatny), zobaczyć i posadzkę i całe przewspaniałe wnętrze katedry, które jak mówią znawcy jest wspanialsze od wnętrza florenckiej. Wierzę im na słowo, bo we florenckiej nie byłam. Ale jestem skłonna uwierzyć nawet i bez ich słowa – bogactwo najważniejszej sieneńskiej świątyni oszałamia wprost już po przekroczeniu jej progu. Ogrom, przede wszystkim ogrom, wszystkiego – powierzchni, kubatury, zdobnictwa wszelkiego rodzaju i najwyższej klasy i jakości – począwszy od wspomnianej posadzki, po ściany, ołtarze, kazalnicę, kolumny, kolumienki, kaplice, ołtarz główny, absydę z jej chórem, ołtarze boczne, po strop z jej nieco zwichrowaną kopułą. Wszystko wykonane rękoma najprzedniejszych ówczesnych artystów np. między innymi Nicolo i Giovanni (ojciec i syn) Pisano, a i samego Michała Anioła.

Coś jednak trzeba było wybrać, na czymś skupić uwagę, mając tak mało czasu (w katedrze jesteśmy jak zwykle, w czasie tzw. wolnym – czyli bardzo ograniczonym). Poinstruowane wcześniej przez panią Grażynę – Sieneńską Polkę (niestety nie weszła z nami do katedry) zwracamy uwagę przede wszystkim na wspomnianą posadzkę, na kazalnicę przepięknie rzeźbioną scenami z życia Chrystusa (Pisano), na ołtarz główny i absydę, szeroką na trzy nawy i takim że samo szerokim drewnianym chórem w jej dolnej części. Stalle chóru mają cudownie zdobione drewniane zaplecki – głównie martwe natury i widoki miast wykonane techniką inkrustacji – różne gatunki drewna, o różnej barwie, łączone ze sobą (to się pewnie jakoś inaczej fachowo nazywa) w ten sposób, ze mamy wrażenie głębi obrazu.

Warto było również wejść do okrągłej kaplicy Madonny del Voto. Istne cacuszko, okrągłe, przykryte kopułą, podzieloną na 8 sektorów, ujętymi na dole kolumnami. Wiele w tej kaplicy dzieł ówczesnych mistrzów, a wśród nich cztery rzeźby: św. Paweł, św. Piotr, św. Grzegorz i św. Pius z ręki samego Michała Anioła. Tutaj przychodzi się pomodlić w intencji, tu składa się vota dziękczynne za wysłuchane modlitwy i pomoc w potrzebie – wśród nich w oczy rzucają się głównie zdjęcia dzieci i maluśkie włóczkowe pantofelki. Każdy pielgrzym może tu zapalić swoją świeczkę – nawet ten niewierzący, i choć na moment, czasem może i wątpiąc, ale jednak – poczuć nadzieję.

A już perełką samą w sobie jest w katedrze Biblioteka Piccolominich, w której zaczynasz czuć klimat filmu „Imię róży”. Księgi, księgi, tzw. kancjonały iluminowane (śpiewniki zdobione ręcznie po „naszemu”) wielkie, niebotyczne w porównaniu z dzisiejszymi mizernymi ‘kieszonkowcami” – istne dzieła sztuki księgarskiej – kaligraficznej, zdobniczej, malarskiej – iluminatorskiej. Brakuje tylko mnichów, uważnie i cierpliwie wodzących piórkami po pergaminie, dla urozmaicenia sobie tej jakże pożytecznej, ale w gruncie rzeczy nużącej pracy – puszczających wodze fantazji ku ludzkim uciechom.
Bibliotekę zbudowano z rozkazu kardynała Francesca Piccolomini – późniejszego papieża Piusa III pod sam koniec XV wieku, w celu skupienia zbiorów jego wuja – papieża Piusa II. Zainteresowanym sztuką warto zapamiętać nazwisko Pinturicchi z Umbrii, jest on autorem fresków biblioteki, przedstawiających 10 epizodów z życia Piusa II (Enea Piccolomini). Być może ma w nich udział sam Rafael, który ponoć pomagał mu Pinturicchiemu w ich projektowaniu. Rafael przez kilka lat pracował w Umbrii, gdzie zdobywał malarskie szlify u tamtejszych mistrzów.
To był obłęd. Istna wariacja! Przez godzinę, niestety, dłużej się nie dało – czas wolny okazał się niewolą, byłyśmy w środku rozkwitu budownictwa sakralnego dwóch epok – średniowiecza i renesansu. Ale pamietajmy właściwemu pod względem pewnych cech stylowi pizańskiemu (nawiązanie do stylu bliskowschodniego – kolumny, łuki zdobnictwo w kolorowe pasy). Nagromadzenie tak wielu dzieł wrażliwych i utalentowanych artystów, ogrom świątyni, jej przepych, ale w ramach rozsądku, jej powaga i spokój – mimo tylu zwiedzających, jej niezatracone piękno, mimo upływu czasu – na pewno wcisną nam się w pamięć na długie lata.
I pewnie wspomnienia te odezwą się, z żalem, niestety, podczas kolejnej wizyty ze znajomymi, wizytującymi Wielkopolskę, w wielkiej, ale bardzo siermiężnej i kiczowatej bazylice w Licheniu. Niecierpliwość, zachłanność na zaszczyty, zbytnia pewność siebie, oszczędność na artystach, materiałach, brak smaku, brak gestu, kumoterstwo nie sprzyjają powstaniu dzieł wielkich. Czasem trzeba pamiętać, że – każdemu według jego potrzeb, i według możliwości. Albo: tak krawiec kraje jak mu materii staje… Inaczej – wychodzi dziwnie i coś nie pasuje. I wstyd.

A po pięknej, ale dość mrocznej w środku katedrze, czekały na nas rozjaśnione słońcem, małe i malutkie, wąskie i wąziutkie, ślepe i otwarte, wesołe uliczki Sieny i Il Campo z jego ratuszem i posągowym młodzieńcem z ptakiem na ręce. Ale o nim, o palio i contradach przede wszystkim, trzeba koniecznie wspomnieć oddzielnie – bo to niesłychane, jak jeszcze można we współczesnej Europie, cudownie żyć w całkiem niedużej wspólnocie, cieszyć się lub smucić razem, i to nie tylko od święta.

Z kościoła San Domenico,idąc przeuroczymi, starymi, zakonserwowanymi uliczkami, w górę i w dół, mijając całe rzesze zwiedzających, z tak samo mętnym, nieobecnym w XXI wieku spojrzeniem, jak nasze, dotarliśmy do domostwa patronki Sieny – św. Katarzyny.
Normalnie, gdy jestem, powiedzmy w Zakopanem, na przykład i widzę te całe hordy ludzkie, chcę uciec jak najdalej od nich, najlepiej do domu.
W Toskanii – turystów, których są tu wprost oszałamiające ilości, niemal wszędzie, w ogóle nie zauważałam, nie istnieli dla mnie, nie przeszkadzali, mimo, że trzeba się było czasem przez nich przedzierać, by dotrzeć do celu.

Po krótkim, wprost czarujacym, spacerze znaleźlismy się w miejscu, gdzie urodziła się, mieszkała, poczuła swoje powołanie święta Katarzyna Benincasa. Na świat przyszła w dosyć zamożnej mieszczańskiej rodzinie – o czym świadczy rozmiar domu, jego wystrój – na przykład piękny kamienny portal kamienny i krużganki. Katarzyna już od najmłodszych lat poczuła, że jest stworzona do rzeczy wyższych – ale żeby do nich dostąpić, musiała się umartwiać. W jej skromnej komnacie jest zachowany spory kamień, który służył jej za poduszkę do spania. Gdy miała 7 lat doznała pierwszej wizji. W wieku około 13 lat wstąpiła do zakonu dominikanek. Dość wcześnie zajęła się sprawami publicznymi. Uważa się ją za orędowniczkę pokoju w Europie na rzecz wspólnych wypraw krzyżowych. A także za osobę, której na sercu leżało przeniesienie stolicy papieskiej z Awinionu do Rzymu.
Udało jej się przeżyć wielką epidemię dżumy, która nawiedziła Sienę w latach 70-tych XIV wieku. Od tego momentu, jeżdżąc po miastach Włoch, podjęła wzmożoną działalnośc na rzecz krucjaty. Bedąc w Pizie otrzymała stygmaty, które do końca zycia ukrywała. Żyła 33 lata.
Zostawiła po sobie wiele pism, listów, modlitw które dyktowała, jako że nie umiała pisać, tak więc ich autentyczność nie jest do końca pewna. Jednak w roku 1970 otrzymała tytuł doktora Kościoła. Papież Jan Paweł II obwieścił ją patronką zjednoczonej Europy. Na wewnętrznym dziedzińcu domostwa znajduje się na ścianach jakby poczet głów papieży, którzy przyczynili się w jakis sposób do upamiętnienia zasług Katarzyny Sieneńskiej czy pomogli w szerzeniu jej pokojowo-zjednoczeniowych idei. Jest też oczywiście wizerunek Jana Pawła II.

Jakże innego wymiaru nabierają takie suche wiadomości o osobie w obliczu, gdy obcujesz z miejcami jej bliskimi, stąpasz po miejscach, po których i ona stąpała, dotykasz, choć nie powinieneś, tych ścian, które były świadkami jej żarliwych modlitw, jej wizji, jej zaklęć, że nigdy nie poświęci się żadnemu mężczyźnie, nawet wbrew woli rodziny. Jakże wyobraźnia intesywnie pracuje, gdy wchodzisz do pomieszczenia będącego kiedyś kuchnią, gdzie matka wydawała obiady dla 23 sztuk rodzeństwa Katarzyny (wiekszość dzieci pochodziła z porodów bliźniaczych). Teraz kuchnia jest kaplicą – przepieknie zdobioną malowidłami, z mozaikową – podobno zachowaną jeszcze z czasów Katarzyny – posadzką. Kaplicą, gdzie obecnie odprawia się msze dla pielgrzymów.
A jeśli spojrzysz w okno – być może widzisz widok podobny temu, który był wytchnieniem dla zmęczonej wyrzeczeniami dziewczynki, która postanowiła poświęcić swoje życie Bogu i ludziom, w imię zbliżenia ich ku sobie.
Intencje dziecka są zawsze czyste, życie, późniejsze dorosłe doświadczenia robią swoje, ale warto pamiętać, pielęgnować to dziecko, niech ono żyje – wtedy i świat nie zgnie, a wraz z nim i Zjednoczona Europa?
Cdn. Jeszcze Sieny – bo o niej można długo i długo…

Siena, Siena – aż nie mam odwagi o niej pisać. Bo cóż mogę powiedzieć, oprócz tego, że jest piękna? Tyle razy człowiek używa tego słowa: czasem pochopnie i na wyrost, albo brak mu akurat w danej chwili innego, albo czasem mu się tylko wydaje, że „coś” jest piękne – po prostu ma dobry nastrój i uwielbia cały świat.

Zdaję sobie sprawę, że widziałam tylko mały kawalątek Sieny – Katedrę, kościół św. Dominika, dom – sanktuarium św. Katarzyny Sieneńskiej, Piazza del Campo i parę uliczek odbiegajacych od niego. W tym mieście trzeba by być kilka dni, by nasycić się do pełna jego zabytkami, których jest zatrzęsienie – właściwie jest to jeden wielki zabytek, by odetchnąć naprawdę pełną piersią, wchłonąć do głębi jego klimat.

Już od pierwszych minut pobytu w mieście, które całe lata rywalizowało z Florencją, zaczęłam w myślach bezustannie powtarzać moją litanię i zaklinać los „musze tu wrócić, musze tu wrócić, muszę”. Diabeł zaraz zaczął mi wrednie szeptać „ocho, akurat, ciesz się, bo będzie cię stać, a Toskanii nie poznasz dobrze jeżdżąc na wycieczki autokarowe itd.”. Kopałam tego skurwiela w kostkę, aż wył z bólu i wtedy znowu krzyczałam w duchu , rzecz jasna, – „muuuuszę tu wrócić”. W końcu ustąpił i gdzieś pobiegł… Może na swoją wieżę w San Gimignano, która nosi jego imię? Zresztą nie miał innego wyjścia – zwiedzanie Sieny rozpoczęliśmy od kościoła św. Dominika.
A pod swoją opiekę wziął nas anioł – przewodniczka pani Grażyna – Polka o wyglądzie rasowej Włoszki, mieszkająca od lat w Sienie, świetnie mówiąca w ojczystym języku, o dużej wiedzy i pasji do tego co robi. Jej opowieści słuchało się z wielkim zainteresowaniem, co trzeba przyznać, zdarzało mi się do tej pory bardzo rzadko – przeważnie tacy ludzie odklepują rutynowo to co mają powiedzieć i do widzenia.
Pani Grażyna z ogromnym zaangażowaniem i miłością opowiadała nam o Sienie i Sieneńczykach, którzy ze względu na swoje życie w ściśle określonych, małych społecznościach, przynależących do konkretnych dzielnic- parafii, w tzw. contradach i z uwagi na coroczne zawody „palio” – rywalizacja tychże contrad w wyścigu konnym wokół Piazza del Campo, stanowią światowy ewenement socjologiczny.

Tak więc, jak rzekłam, na początku naszej wycieczki po Sienie znaleźliśmy się w XIII-wiecznym, olbrzymim i wyniosłym, gotyckim, zbudowanym z czerwonej cegły kościele San Domenico. Wygląd jaki obecnie posiada ów sakralny obiekt osiągnięto dopiero w drugiej połowie XV wieku (ok. 250 lat trwała budowa i rozbudowa). Świątynia przeżyła dwie poważne katastrofy – pożar w XVI wieku i trzęsienie ziemi w XVIII. Jej wnętrze, przywrócone po tych nieszczęściach do pierwotnego wyglądu, jest nadzwyczaj proste i skromne – jest to jedna wieka nawa, co miało służyć podkreśleniu równości społecznej wszystkich wiernych. Sklepienie, podobnie jak w innych kościołach Toskanii z tego okresu, nie ma typowych gotyckich żeber-łuków. Wzdłuż środka sklepienia przebiega jedna podłużna belka (płatew)i to ona podtrzymuje poprzeczne, również drewaniane elementy – belki, nie wiem jak to fachowo nazwać.

San Domenico to bardzo ważny kościół dla Sieny i Sieneńczyków, bo związany jest z najukochańszą świętą tego miasta – jego patronką św. Katarzyną. Tu własnie dokonała ona kilku cudów, wstąpiwszy do przykościelnego żeńskiego zakonu dominikańskiego i tu otrzymała stygmaty.
Jest wiele obiektów w kościele poświęconych świętej – dużo portretów, przedstawiających jej bladą wychudzoną postać – w dzisiejszych czasach, gdyby była osobą świecką, nazwalibyśmy ją po prostu anorektyczką. Św. Katarzyna, bowiem, umartwiała się w intencji pokoju w Europie morząc się głodem. W jednej z kaplic kościoła, nazwanej jej imieniem (Capella di Santa Caterina) w XV-wiecznym marmurowym tabernakulum przechowywany jest fragment jej czaszki. Tak jak wspominałam w poprzedniej notce – św. Katarzyna należała do tych nieszczęsnych świętych, których ciała od razu po śmierci, najzwyczajniej w świecie cięto na kawałki, by władze kościelne miały okazję do obdarowywania się nimi nawzajem. Prowadziło to do uatrakcyjnienia miejsca ich przechowywania, co wiązało się z bogaceniem miasta i parafii – pielgrzymi walili drzwiami i oknami. No cóż – każde czasy mają swoich idoli i swoje sposoby oddawania im hołdu. A przy okazji zawsze ktoś na tym dobrze zarabia. Ale na pewno nie martwy święty, w tym przypadku.

To w tym kościele, na jego bocznych ścianach wiszą flagi wszystkich contrad, to tu rozpoczynają się ogólne modły o powodzenie wyścigu palio, wszak to kościół patronki Sieny. To z placu przed kościołem rozpościera się przecudny widok na starą Sienę, taki jak za czasów, gdy zaczynano go budować. Wszystkie stare kamieniczki są po operacji, owszem, ale raczej konserwującej i zachowaczej niż odmładzającej – czyli zachowały swój wygląd z czasów swojej świetności i młodości. Takie cudowne starsze panie nie wstydzące się swoich lat, zadbane, stosownie do swojej metryki, dumne, że udało im się dotrwać przy swojej, lekarzy i boskiej pomocy do tego wieku i w takim zdrowiu. A nad nimi, i nad całym miastem – góruje dumnie 102-metrowa wieża-dzwonnica Torre del Mangia, przylegająca do Palazzo Publico. Jej bijący dzwon oznajmiał o końcu dnia pracy oraz otwarciu i zamknięciu bram miejskich rano i wieczorem.
I ja na razie dzwonię na znak zakończenia fragmentu moich sienneńskich wspomnień. Cdn.


  • RSS