filmowo blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2005

Jak się okazało, zakwaterowanie mieliśmy niebyle gdzie, bo w Montecatani – w sporym kurorcie z ciepłymi źródłami – same hoteliska, hotele i hoteliki. Gdzie mieszkają rdzenni mieszkańcy miasta – nie odgadłam. Pewnie w tych swoich hotelach, w których pracują i które posiadają. Zresztą i tak tylko tam byli widoczni – po uroczych, zadbanych ulicach i uliczkach spacerowali, albo pili „coś’ – tylko starsi państwo, które przyjechało kurować swoje nadszarpnięte wiekiem ciała. Ducha nie potrzebowali odmładzać – co wieczór słychać było naokoło melodie taneczne – bawili się świetnie i do późna.
My, utrudzeni wycieczkowicze musieliśmy spać i nabierać sił na każde nowe, atrakcyjne toskańskie jutro.
A spało się bardzo smacznie, bo i kolacje takie były. Ba, to nie były kolacje, tylko obiadokolacje – na sposób włoski oczywiście. Na „pierwsze” był zawsze makaron z pastą płynną, czyli sosem. Pasta oczywiście obowiązkowo aldente – ale aldente tak jak się należy, w sam raz – jędrnie ale nie za twardo. Sosy były różne – raz lepsze raz gorsze ale nigdy złe. Na „drugie” było mięsko na ciepło – smaczne, soczyste, miękkie, oprócz steku pożegnalnego, który przypominał podeszwę buta turystycznego, ale też smakowitą. Trochę sałaty, pomidora, groszku jako wykończenie. No i kropka nad „i”, czyli deser – przeważnie w formie owocu pod różną postacią. Najsmutniejsze było, gdy otrzymaliśmy sałatkę z owoców z puszki – takie to było nijakie, bez polotu, jakbym była na Antarktydzie a nie we Włoszech. Ale co tam – przyjechaliśmy zwiedzać a nie jeść, melony na przykład. Do popijania: kawa, herbata, woda – bez ograniczeń. Wino również bez ograniczeń, ale na zamówienie i za opłatą, w dzbanie. Szkoda, że nie siedziałam przy stole z H. (spóźniłyśmy się na pierwszą kolację – H. myła głowę, ach! te kobiety!) – pewnie bym sobie pofolgowała w tej materii ( było słabe jak woda).
Niestety, siedziałam przy stoliku bardzo kulturalnym, eleganckim, z dobrymi manierami, dbającym o prawidłową czyli przyjemną atmosferę przy jedzeniu, ale nieco chłodnawym. Jadłam na sztywniaka modląc się o jak najszybsze przeżucie strawy.
H. jadała przy stoliku znacznie młodszym, nawet rozgadanym, ale i ciągle o coś walczącym – a to o czysty obrus, a to o ciepłe frytki, a to wyjęcie muszki owocówki z wody. I jak mówiła, było podniecająco, ale czy koniecznie przy jedzeniu?
„Fascynujące” natomiast były śniadania (kontynentalne – jak mawiają obieżyświaty) – co ranek dwa przezroczyste plasterki – mielonka i serek żółty plus galaretka udająca dżem o smaku morelowym i gram masła dla okrasy. My kobiety, zabiegające wiecznie o linię byłyśmy nawet zadowolone, ale czy mężczyźni, tym bardziej polscy, przyzwyczajni do normalnych ludzkich śniadań – wątpię.
Obsługa – uśmiechnięta i jowialna – pan kuleczka z wąsem, życzliwa, ale nie rozpieszczająca. Kontynentalna norma, tak myślę.
Czasem wpadała młoda osoba płci żeńskiej, żująca gumę – na szczęście z dużą wprawą – nie zauważono upadku gumy na talerz, przynajmniej na sali jadalnej.

Pokoik 2-osobowy miałyśmy na 3 piętrze – bardzo korzystne usytuowanie, szczególnie istotne po obfitej kolacji. Szczupli, albo z bagażami, mogli jechać windą. Łóżka na kształt łoża małżeńskiego stały złączone i na środku. Nad nimi obraz z fruwającymi amorkami. Pokój ładnie urządzony – szafa, toaletka, stoliki nocne, telewizor u sufitu – wolałyśmy nie włączać, podejrzewając, że to kamera (he, he – czyżbyśmy miały coś do ukrycia?), spore lustro, wentylator. Na dodatek dosyć obszerna łazienka, bez ani jednego wieszaka na ręczniki, ze stosownym wyposażeniem. Jednym słowem, czułyśmy się niczym u tatusia Paris Hilton.
Podobno miałyśmy jedno z lepszych locum – widać sobie zasłużyłyśmy ;-)

A propos tych łóżek a la małżeńskie. Mieliśmy dwóch świetnych, przemiłych, uprzejmych kierowców. Jeden z nich, tego pierwszego wieczora, gdy dowiedział się z kim – czyli kolegą po fachu, i w jakiej odległości przyjdzie mu spać – zaczął walczyć jak lew o zmianę sytuacji. Pani pilot zapewniała go, że Jurek to przecież fajny i przystojny chłopak – Nie wiem, czy dał się przekonać, gdzie, w końcu, i jak spał oraz z jakim efektem. W każdym razie zadziwia mnie zawsze fakt, jak czasem niektórzy faceci bardzo obawiają się spać blisko siebie, sami w pokoju. Kobiety nigdy nie mają tego typu problemów. Czego oni się boją?
Jednym słowem – socjalka wycieczki jak najbardziej w normie. Pod każdym względem, tak mi się wydaje…

Parę chwil jazdy od Pizy i już jesteśmy w Lukce. Parkujemy nieopodal murów obronnych, które otaczają miasto.
O dziwo, nawet dosyć żwawo idzie nam marsz ku jej średniowiecznemu centrum. Już wiemy, niestety, że nie będzie nam dane uważne zwiedzanie zabytków miasta. Znowu bęzie szybko, by zaliczyć kolejny punkt wycieczki, która musi mieć w programie dużo obiektów do zobaczenia, ku podniesienia atrakcyjności oferty. A że polega to często tylko jakby na ich odhaczaniu, to nieważne. Z drugiej strony – może to i lepiej – zorientować się co w trawie piszczy, połknąć bakcyla i przyjechać ponownie?
To właśnie w Lukce, już w pierwszym dniu, połamana po podróży, poczułam, że chyba coś załapałam – jakieś choróbsko, któremu na imię Toskania – miejska i sielska. To już w tym mieście poczułam, że muszę tu jeszcze wrócić. Ale po kolei.
Zaledwie parę minut od wyjścia z autobusu znaleźliśmy się na Piazza Napoleone – obramowanym na każdym swoim boku przepięknymi starymi łaciatymi platanami. I oczywiście obowiązkowe równie, albo jeszcze bardziej stare budowle. Doprawdy urocze miejsce – spokój, zaduma, niczym za czasów, kiedy zaczęto je tworzyć.
Stąd już tylko parę kroków do Piazza San Martino i katedry (Duomo), poświęconej św. Marcinowi, budowę której rozpoczęto w 1060 roku. Oczywiście w stylu pizańsko-romańskim – mnóstwo kolumn, kolumienek, filarów, filarków, z poprzecznymi ciemnymi paskami – nakładki z marmuru, często też każdy filar, kolumna, łuk, łuczek – ma odmienne wzory, jak by to powiedzieć po naszemu – każdy z innej parafii. Poza tym nieskończona ilość ozdób, ozdóbek, ozdobisk – jednym słowem czasem małe przegięcie, jeśli chodzi o spokój czy skromnosć. Ale trzeba cenić twórców – ich cierpliwość, pracowitość, zamiłowanie do swoistego piękna, przepychu, czasem prowadzącego do przesytu. Może się to podobać, albo nie – lecz podziwiać jest co i za co.
Tym razem weszliśmy do wnętrza zabytku. Niestety, tak mało już szczegółów pamiętam. Na przykład – rzeźba św. Marcina na koniu z żebrakiem. Św. Marcin użycza biedakowi swojego płaszcza, później okazuje się, że proszący o litość jest samym Chrystusem.
Albo – rzeźba krucyfiksu, na którym Jezus ma, jak wieść niesie, taką twarz, jaką miał Jezus prawdziwy. Krzyż i postać Jezusa rzekomo miał wyrzeźbić Nikodem, świadek ukrzyżowania. Legenda mówi, że dzieło to samo, w cudowny sposób, znalazło drogę do Lukki – najpierw statkiem, a później drogą lądową, na grzbietach wołów prowadzonych boską ręką.
W każdym razie – rzeźba i legenda z nią związana przysporzyły miastu wiele popularności (pielgrzymki) i bogactwa. A biskupowi Anselmowi, władającym wówczas miastem, pomogła w zdobyciu tronu papieskiego.
A jaka jest owa twarz Jezusa? Na pewno bardzo, i bardzo po ludzku, cierpiąca, wykrzywiona grymasem bólu, i o rysach znacznie grubszych od tych, które przywykliśmy podziwiać na wizerunkach Odkupiciela nam bliskich.
Dodatkową, choć płatną dla zwiedzających, atrakcją jest piękny nagrobek znamienitej, mieszkanki grodu –Ilarii, drugiej żony Paola Guinigi, jednego z najważniejszych średniowiecznych władców Lukki. Nagrobek ów znajduje się w specjalnie wydzielonej w kościele kaplicy i przedstawia Hilarię śpiącą, z drzemiącym pieskiem, symbolem wierności, u jej stóp. Podobno jest to jedno z najbardziej uroczych włoskich dzieł.
Przy wyjściu ze świątyni, oczywiście, jak wszędzie zresztą, stoisko z pamiątkami, widokówkami przede wszystkim. To normalne, że kościół stara się zarobić, wspomóc swoje zasoby pieniężne – wszak jest o co dbać. Każda włoska katedra to ogrom materii do utrzymania, konserwacji, renowacji, sprzątania itd. A i przy okazji niewymierny ogrom ducha, jaki się w niej przez wieki minione, dzięki ludziom, tworzących je i modlących się w nich, nagromadził.

Udajemy się do jeszcze jednego lukkańskiego kościoła – San Frediano (1112-1147). Jego największą atrakcją jest m.in. Fontana Lustrale – duża kamienna chrzcielnica, no i mała kapliczkę z zmumifikowanymi zwłokami św. Zyty na ołtarzu. Oczywiście – zabezpieczone szybą.
No cóż – widok tyleż ciekawy co nieapetyczny. Ale to i tak sukces, że udało się jej ciało zachować w całości. Może cieszyła się za małą popularnością wśród wiernych? Nie taką jak św. Katarzyna ze Sieny, której ciało po śmierci zostało natychmiast rozczłonkowane, pocięte na kawałki, by władze kościelne mogły się nimi obdarowywać. Bo nie było wtedy nic bardziej atrakcyjnego dla parafii, czy miasta, jak posiadanie kawałka ciała zmarłego zasłużonego świętego. A św. Zyta, urodzona w Lukce w XIII wieku, była za życia służącą po prostu, a i po śmierci została obwołano ją patronką służby domowej. Skromne życie, skromni wierni oddani pod opiekę, skromne ciałko na ołtarzyku w San Frediano, ale za to jaka moc przetrwania. W stanie nieco naruszonym przez ząb czasu, ale jednak.
Św. Zyta, jak głosi legenda, karmiła ubogich chlebem podbieranym z domu jej pracodawcy (cel uświęca środki – gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości). Przyłapana i wypytywana co niesie w fartuchu odpowiadała: „róże i inne kwiaty” – wtedy chleb cudownie zamieniał się w róże.
A propos jest taki film włoski – „Chleb i róże” – ciekawe czy ma się on jakoś do św. Zyty z Lukki?

Po dawce czegoś dla ducha otrzymujemy godzinę wolnego czasu, który jeśli chcemy możemy spożytkować dla ciała. Z tą mizerną godziną nie wiadomo na dobrą sprawę co zrobić. Postanawiamy z H. poświęcić ją na zwiedzanie uroczych, ciasnych, kamiennych uliczek miasta. Szukamy domu, w którym urodził się G.Puccini. Znajdujemy, w pobliżu kościoła San Michele. Patrzymy w zadumie na kamieniczkę, obiecując sobie w duchu, że może następnym razem wejdziemy do mieszkania – muzeum mistrza i nawiążemy z nim jakiś transcendenty kontakt. Chociaż, tak prawdę mówiąc, wątpię – nigdy nie byłam wielbicielką jego dzieł, jak i opery w ogóle, więc nie wierzę, żeby się do mnie pofatygował.

Mój pierwszy dzień w Pizie i w Lukce zaczał się i skończył wrażeniem zupełnie nie związanym z artystyczną czy estetyczną stroną, celem, naszej podróży. Otóż, gdy wysiedliśmy w Pizie, zaraz już na parkingu, zaczęłam przecierać oczy pytając, czy aby przypadkiem nie znaleźliśmy się jakimś trafem na Czarnym Lądzie. Wokół jeszcze żadnych średniowiecznych zabytków, a tylko sami Murzyni, i to tacy najczarniejsi z czarnych. Po prostu – zatrzęsienie. A to z okularami (w ofercie sprzedaży – nie na nosie), a to ze „złotymi” zegarkami, kapeluszami, a to z jakimiś rzeźbionymi potworkami, strzelającymi żołnierzykami i Bóg wie czym jeszcze. Ale trzeba przyznać – nienatrętni. I tak było wszędzie. Także, a może przede wszystkim na Placu na Cudów.
A w Lukce – miałyśmy „przyjemność”( odpoczywając, znużone po całodniowym turystycznym trudzie, i zajadając, równie umęczone bułki i kabanosy) być przypadkowymi świadkami, jak Murzyn zapomina, że Lukka to nie busz i czyni swoją toaletową powinność na łonie przyrody. Mnie tam, dojeżdżającej kilkanaście kilometrów szosą nr 95 (? W każdym razie Września- Warszawa), nic nie jest w tej kwestii już dziwne – biali panowie również czują się na tej drodze swobodnie – nie żałują sobie i sprawiają ulgę swoim przewodom moczowym, nawet bardziej ostentacyjnie i bezwstydnie niż ten biedak z Lukki. Ale moja H. przeżyła mały szok. Sacrum i profanum. Samo życie.

Na początku, zanim się trochę rozkręcę, zacznę nieco oficjalnie. Później będzie znacznie luźniej. Człowiek taki trochę uduchowiony wrócił z tych wojaży. Ta Toskania – to jedno wielkie piękno, jeden wielki zabytek i jeden wielki park krajobrazowy.
Prosto z ponaddobowej podróży udajemy się na zwiedzanie Placu Cudów (Campo dei Miracoli), na którym znajduje się znany na całym świecie zespół średniowiecznych budowli: Krzywa Wieża, katedra i baptysterium. Oprócz tego mały spacer po uliczkach miasta, dochodzimy do Placu Kawalerzystów (Piazza dei Cavalieri), otoczonego średniowiecznymi budynkami, w jednym z nich (Palazzo dell’Orologio) znajduje się obecnie ratusz – siedziba władz miejskich, w drugim (Palazzo dei Cavalieri) – najbardziej okazałym, obecnie jest gimnazjum, w trzecim – uniwersytet, założony w 1343 roku, gdzie studiował, urodzony w Pizie, Galileusz. Popstrykałyśmy tu parę zdjęć, pozazdrościłyśmy w imieniu naszych dzieci pizańskim gimnazjalistom tak świetnej siedziby i dalej znowu na Plac Cudów. Ku najznamienitszym zabytkom Pizy.
Krzywa Wieża, najczęściej chyba fotografowany obiekt Włoch, którą każdy na zdjęciu koniecznie musi podperzeć własnymi rękoma – miała być dzwonnicą budowanej wcześniej katedry. Budowę Torre Pendento rozpoczęto w 1173 roku. Jednak, jak wiadomo, piaszczyste, niestabilne podłoże, sprawiło, że konstrukcja wieży zaczęła się od razu przechylać. W ciągu najbliższych 180 lat, kolejni architekci starali się, bezskutecznie, zapobiec przechyłowi. W XX wieku, sytuacja pionu wieży znacznie się pogorszyła. W roku 1990 wieżę zamknięto.
Największy odchył wieży wynosił 5.5 m. W 1999 roku inżynierowie,w tym także Polak – mieszkający we Włoszech Jan Jamiołkowski, którego metoda okazała się najlepsza i decydująca, podjęli próbę zahamowania procesu pochylania się wieży. Zastosowano przeciwwagi, stalowe liny i skomplikowane technologie podbudowywania fundamentów.

Niestety, nam nie udało się wejść na Torre Pendente z powodu zbyt małej ilości czasu, jaki mieliśmy do dyspozycji oraz przeogromnej ilości chętnych na oglądanie widoku Pizy i okolic z najwyższych partii wieży.
Z tych samych powodów nie zwiedziłyśmu również wnętrza katedry i baptysterium. A szkoda. Bo katedra ( Duomo) pizańska to podobno najwspanialsza romańska budowla włoska. Jej budowę rozpoczęto w roku 1064, kiedy to w żadnym z miast rywalizujących z Pizą nie myślano jeszcze o wznoszeniu katedr.
Zestawienie filarów, kolumn i barwnego marmuru jakie zastosowano w architekturze tejże katedry stało się bazą dla pizańskiej odmiany stylu romańskiego, naśladowanej w budowlach kościelnych w całych środkowych Włoszech (tzw. styl pizańsko-romański). Głównymi cechami tej odmiany stylu było zastosowanie pasów barwnej okładziny marmurowej z bogatymi motywami dekoracyjnymi, które Pizanie zapożyczyli ze Wschodu, dzięki kontaktom handlowym z Bizancjum i krajami arabskimi.

Trochę szkoda, ale taki był program wycieczki, że nie mogliśmy w Pizie pobyć trochę dłużej i nacieszyć oko jej unikalnymi zabytkami.
Poza tym, zwiedzaliśmy ją prosto po długiej podróży, a więc i percepcja nie była taka jak powinna. Po trudach dojazdu i „zewnętrznego”, i niestety pobieżnego, zwiedzania miasta przycupnęłyśmy (ja i H.) w końcu na upragnione zimne włoskie lody. Tylko dwie kulki – melonowe i mango – a ile błogości, spokoju i wytchnienia! I animuszu do dalszego zwiedzania pięknej Toskanii. Choćby nogi nie wiadomo jak bolały i puchły, choćby włosy zmierzwione, twarz i oko „saute” – my przemy prosto do przodu w kierunku Lukki. Tak, tak – jeszcze dzisiaj Lukka, dopiero później – hotelik, kolacyjka i lulu.

A jednak –jak się okazało, niektórzy spróbowali – postali w długachnej kolejce po bilety i weszli do Baptysterium i Katedry. Może i za dużo i za długo nie przypatrzyli się dziełom sztuki sakralnej włoskiego średniowiecza – ale poczuli choć przez chwilę atmosferkę. Do ryzykantów świat należy, pani Basiu.
Ale za to wspomnienie loda o smaku melona – nadal drażni i podnieca moje kubki smakowe na języku. Tak – melon, i to nie tylko z okazji lodów, także będzie mi się kojarzył z Toskanią. Już go szukam po straganach – nie ma, nie ma. To co, i po melony w środku lata też mam jeździć do stolicy województwa? No bo chyba nie do samych Włoch? Ludzie, trochę fantazji – dajcie nam poszaleć melonowo. Nawet niech to trochę kosztuje – nas konsumentów parę groszy więcej niż za śliwkę, was – sprzedawców nieco ryzyka – od jednego zgniłego, niesprzedanego – ewnetualnie, melona świat się nie zawali… Do ryzykantów świat należy – jeszcze raz się przekonałam.

Wróciłam z Toskanii! Szczęśliwa i zakochana.To dla niej znowu mam ochotę uczyć się włoskiego. To z jej powodów poczułam, że chce żyć jak najdłużej, by jak najczęściej do niej wracać. Muszę się uczyć włoskiego…

Jadę. Jadę na spotkanie z krainą, na widok której (oczywiście, tylko w filmach czy w albumach) ściska mnie w dołku. Piza, Lukka, Siena, i małe miasteczka lub wioski położone malowniczo między i na wzgórzach porosłych winnicami. Dzieło natury i rąk ludzkich. M. życzył mi, żeby widoki były jeszcze piękniejsze niż w filmach. Czy to możliwe? Może i tak – bo nie tylko, że ją zobaczę, ale jeszcze poczuję, a nawet posmakuję – liczę na dobre i w sporych ilosciach wina, ze sławnym Chianti na czele.
Ta wycieczka to prezent od J. – to on pchnął mnie ku zrealizowaniu choć jednego podróżniczego marzenia. Myślę, a właściwie mam nadzieję, że to będzie początek jakiegoś dalszego działania w tym kierunku. Może nie na taką skalę, jaka mi kiedyś, kiedyś majaczyła – niczym Elżbieta Dzikowska chciałam przemierzać najdziksze ostępy Ameryki Południowej… :-) Nie, teraz już mi wystarczy urok, spokój i błogie ciepełko Południowej…. Europy! Nie wiem, jak ja to zrobię, ale będę marzyć i brać przykład z mojego J. – on zawsze ma coś na oku, jakąś małą pasyjkę, jakieś marzonko – bo jak mówi, najważniejsze jest pragnienie, moment planów, zarysów, oczekiwanie, a rzecz spełnienia – to już inna sprawa. Miło jak się ziści – ale jeszcze milej jest czekać.
Tak jak w miłości – czyż nie najbardziej ekscytujacymi chwilami są te, w których drżąc, jak to mawiają poeci, wyglądamy na ukochanego, majaczy nam po głowie jego ideał, niemal czujemy jak muska nasze ciało, jak oddycha, jak pieści wzrokiem – pieszczoty wzrokiem – mają najwiekszy ładunek erotyzmu… Przychodzi dzień, że pojawia się obok – marzenia zaczynają się spełniać. To nie tak miało być, to wzgórze miało na filmie zupełnie inne barwy – jest piękne, ale zieleń, która je okrywa jest nieco przytłumiona, wieże na jego szczycie – nie takie dumne, cyprysy nie takie strzeliste, winnice nie tak podświetlone – to ta sama Toskania, to ten ukochany, wyczekany, wymarzony, a jednak tak daleko mu do tego z marzeń.
A. mówi, że po tylu latach bycia razem miłość jest niemożliwa, to tylko przywiązanie. Bronię się przed tym jak tylko mogę. Sama czasem nie wiem. Człowiek ponoć łatwo przyzwyczaja się do dobrego. Życie, jest aż takie mdłe?
A marzenia trzeba spełniać, by móc sięgać po nowe. Tymczasem jadę, jadę zobaczyć, zakochać się jeszcze bardziej, albo odkochać. W Toskanii. Zapomnieć się i odpocząć… także od siebie.

Piszę do ciebie, bo gdy jesteś w domu, to za bardzo się z Tobą nie da porozmawiać. A ja naprawdę, chciałabym ci pomóc, żebyś nie marnował swojego życia. Już widzę, twoją zniecierpliwioną minę. Poczekaj, wysłuchaj. Teraz może tego tak nie odczuwasz. Jak mówisz, niczego do szczęścia nie potrzebujesz. Łudzisz się, czy tak uważasz naprawdę? Odsuwasz swoje problemy,udajesz że ich nie masz, uciekając w świat gier. Nie wiem czemu tak się dzieje, może ci wygodniej, albo nie masz odwagi zmierzyć się z trudnościami, wysiłkiem jaki trzeba włożyć w życie, by Ci się odwdzięczyło. I ja za późno doszłam do tego wniosku: „żeby coś mieć – trzeba cos dać” – parę lat z tego powodu uważam za stracone, albo niewykorzystane w pełni.
Być może popełniłam jakieś błędy, które cię dotknęły. Nie, nie „być może” – na pewno. Tak to już jest, człowiek nie jest doskonały i nie uczy się na historii, także swojej rodziny. Zobaczysz. Ale musisz też pamiętać o dobrych chwilach i zawsze moich jak najlepszych chęciach, którymi być może czasem i piekło brukowałam.
Powiadasz, że ludzie nie są ci potrzebni do szczęścia – wystarczą ci internetowe postaci. Już ci mówiłam, jakie to ulotne. Sieciowi przyjaciele są z tobą, kiedy im wygodnie. Gdy będziesz ich potrzebował, a będzie im niezręcznie – włączą czerwone słoneczko, w najlepszym razie – żółte z chmurką. W najgorszym założą nowy numer i szukaj wiatru w polu. Masz rację – przyjaciel w realu też może nie odebrać telefonu, to prawda. Ale gdy jest dostępny – możesz podać mu rękę, poklepać po plecach, spojrzeć mu w oczy i już będziesz wiedział, że naprawdę cię rozumie. I będziesz bardziej pewny, ze po prostu nie ma go w domu, albo komórka nie ma zasięgu.
Masz już tyle lat, a może dopiero. Ja mówię „już” – bo niestety wiem, jak czas zatrważajaco szybko płynie. Życie ci przeleci, będziesz żałował że je olewałeś. Mówisz „i tak trzeba kiedyś umrzeć” – ale czy nie warto się trochę postarać, żeby ciekawiej upłynęło? Boisz się, że będzie żal umierać? Może będzie bardziej żal, ale z kolei – będziesz zadowolony, że je wykorzystałeś, najlepiej jak umiałeś.
Musimy więcej rozmawiać, i to nie tak przelotem, między jednym ekranem a drugim. Albo w nocy, zasypiając. Normalnie – w dzień, kawa (bo ty ostatnio jesteś abstynentem doskonałym) i patrzenie sobie w oczy. I nie bój się, że może się wzruszysz, że ci się łezka w oku zakręci. Jak powiedział pewien sufi w filmie „W stronę Marrakeszu” – „łzy są dla pamięci. To dar boży. Bez nich nie pamiętalibyśmy o sobie, a co dopiero o Bogu”. Czasem warto sobie przypomnieć, że się żyje – łzy ci to udowodnią.
Synku, zacznij żyć! Niech ci zależy! Niech ci się chce! Staraj się! Wysilaj! Nie machaj ręką! Jest tylu ciekawych ludzi na świecie, także w sieci. Tak, tak – ja wcale cię nie namawiam do rezygnacji z poszukiwiań w necie. Ja cię namawiam w ogóle do POSZUKIWAŃ. Gdziekolwiek. I wielostronnych. Nie tylko ludzi, także wspaniałych wytworów ich umysłów, wyobraźni i emocji (brzmi to dziwnie – wytwory, ale nic w tej chwili mi subtelniejszego nie przychodzi na myśl). Kształtuj swój charakter, nie poddawaj mu się. I – „bierz życie za rogi!”. (jak byka, nie chusteczkę).

Napisane. Niewysłane. Ufam, że dojdzie.

Anna Brandt – życie uśmiechnęło się do niej po czterdziestce. Jedzie na spotkanie z córką – już dosyć natęskniły się za sobą.

Miriam Hyman – wczoraj do późna pracowała w nocnym klubie. Jest kelnerką. Ale musiała wstać wcześnie – przyjaciółka pilnie jej potrzebuje, ma chore dziecko, a musi iść do pracy.Może liczyć tylko na nią, ojciec dziecka nawet nie wie, że jest ojcem.

Richard Ellery – ech! Ma już 17 lat! Dziś właśnie postanowił być dorosły. Kathy jest sama w domu, ale tylko do 12.00.

Christian Small – Już ma dosyć tej harówy! Całą noc sprzątał biurowiec – a przecież mógłby tam przyjmować petentów, gdyby tylko był biały.

Philip Russell – jest biały, ale co z tego. Jedzie do szpitala, chyba tam zostanie. Już wie, że ” pani z kosą” podpisała na niego wyrok, za trzy miesiące być może egzekucja.

Adrian Johnson – właśnie wczoraj wieczorem postawił ostatnią kropkę kończącą ostatnie zdanie jego pierwszej powieści. To pewnie nic wielkiego, ale co tam! Niech wydawnictwo powie ostatnie słowo w tym temacie. „Ostatnia w kolejce” – autor Adrian Johnson. Nieźle brzmi! Ostatnia, ostatnia…co to za melodia do licha plącze mi się po głowie?

Carrie Taylor – o mały włos, nie zdążyłaby na autobus. Casting zaczęliby bez niej. Tego by sobie nie wybaczyła, czuła że ma szansę. Takie eteryczne blondynki są teraz w cenie. To nic, że nie ma już 14 lat. Kształty ma wątłe, a poza tym ona wie, że to będzie wyjatkowy dzień.

Anthony Fatayi-Wiliams – dziś ma urlop, postanowił wyremontować mieszkanie, żona u przyjaciółki na wsi. Tylko jeden przystanek, spieszy się, kupi jakąś farbę, pędzel, parę piw i wieczorem living-room będzie jak nowy. A jutro następny!

Michella Otto – ale się zasiedziała u tego Toma B. Miała być tylko dwie godziny, a zrobiła się z tego cała noc. Nie wiedziała, że ten Tom, tak, tak – ten Tom! skromny ekspedient z muzycznego obok jej bramy – potrafi nie tylko słuchać, ale grać na najdelikatniejszych strunach kobiecej wrażliwości. Teraz szybko do domu, małe odświeżenie, przegladnięcie dokumentów – jak to dobrze, że z klientem umówiła się na 11.45.

Karolina Gluck – kiedy wreszcie napiszę list do domu, że ich kocham, bardzo tęsknię, i że jest mi tu tak dobrze. Tak dobrze, że może uda mi się zaprosić rodziców choć na dwa tygodnie urlopu.

David Foulkes – miał paskudny sen. Ale ostatnio tak ma często. Ciągle myśli o śmierci. Może dlatego, że jego ukochana babcia zmarła miesiąc temu? Dopiero dziś zdecydowal się wsiąść w autobus, i zrobić porządek w jej mieszkaniu. Mama jest taka zajęta… Poza tym, to jej matka, jej będzie jeszcze trudniej to zrobić. A popołudniu – idzie z kolegami na piwo, może czarne myśli na chwile dadzą mu spokój?

Neetu Jain – dziś nie jedzie samochodem do pracy. Na wieczór umówiła się z Ibrahimem na lampkę wina. Czuje, ze w końcu jej się chyba oświadczy. Na co on czeka?

Monika Suchocka – życie jest takie piękne! Spełniły się moje dziewczęce marzenia o wielkim świecie, wierzę, że i kobiece się spełnią?

Newsweek 31.07.2005 strona 44/45
tytuł: „Londyn 7 lipca 2005 ofiary zamachów”.
13 portretów 13 ofiar z 52 i 13 moich fantazji o 13 chwilach i myślach, które nie musiały być ich ostatnimi.


  • RSS