filmowo blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2005

Jak ja lubie takie komedie. Takie prosto z życia. Trochę złośliwe, krytyczne, śmiejące się z ludzi i ludzkich przyzwyczajeń, przywar, a jednocześnie bardzo ciepłe i przyjazne tym obśmiewanym. Wspólczesnym mistrzem takich komedii jest dla mnie Billy Crystal – reżyser, aktor, często scenarzysta w jednym.

„MWGW” napisała Nia Vardalos, amerykańska Greczynka. Najpierw była to sztuka, oparta w dużej części na perypetiach z jej własnego zycia. Zainteresował się nią (i sztuka i Vardalos) sam Tom Hanks i wyprodukował film. Wspaniały obraz z życia greckich rodzin w USA. Jest to na pewno jedna z narodowości w Stanach, która nie ma kompleksów wobec pozostałych. Wręcz przeciwnie, żyją bardzo dumnie i na każdym kroku podkreślają swoje pochodzenie, a nawet przypominają wszem i wobec, że to cała obecna cywilizowana ludzkość jest greckiej kultury i cywilizacji spadkobiercą.
Ale ta duma, olbrzymie, prawie monstrualne, przywiązanie do tradycji, i to obnoszenie się z nią na każdym kroku, to powód do największej satyry w tym filmie. Jak widzimy, może to być niezłe obciążenie dla młodych Greków, a szczególnie Greczynek, które tak jak pozostałe Amerykanki chciałyby studiować i wyrwać się wreszcie z tradycyjnego greckiego kieratu, który kręci się głównie w kuchni (Grecy kochają jeść).
Poza tym, co najgorsze, to niepisany przymus zawierania związków małżeńskich w obrębie swojej nacji. I to jest oczywiście główna oś filmu, jak sam tytuł wskazuje.

Bardzo sympatyczna, inteligentna komedia. Kolorowa, pełna greckiej muzyki, tańców, samych Greków (bo to oni grają przeważnie filmowych bohaterów), i skrzącego się humoru sytuacyjnego, dialogowego. Udowadniająca, że aby się pośmiać, nie trzeba żadnych ekskrementów, czy innych wydzielin, bezmyślnego walenia się po łbach, wulgaryzmów itd. Wystarczy spojrzeć na nas samych, dodać do tego trochę twórczej krytyki okraszonej uśmiechem, przemycić trochę życiowych mądrości np. „Niech przeszłość nie wpływa na twoje obecne życie, ale niech będzie w nim obecna” (czy coś w tym rodzaju, cytuje z pamieci), i gotowe.

Cudne były wywody ojca Touli, który całe życie (i przez cały film), przy każdej okazji zamęczał ludzi wywodami o pochodzeniu kazdego słowa z greki. Nawet słowo „kimono” jak udowodnił, nie pochodzi z japońskiego, a z greckiego „thimoni” (?) – „zima”.
W ogóle cała rodzinka Portakolas była świetna. Aż chciałoby się mieć taka w sąsiedztwie. ;-)

Kocham ten film. Kocham tego, który najpierw napisał powieść, bazę filmu, a którego nawet nazwiska nie pamiętam, i kocham Clinta Eastwooda, który poddał się jej urokowi, skoro postanowił zrobić film o jej bohaterach. Kocham takich artystów i prawdziwych mężczyzn, którym nie przeszkadza zainteresowanie się kobietą, nie tylko w kwestii jej ciała i fizjologii.
Film to niby zwykły, najzwyklejszy w świecie – o niezwykłym kilkudniowym romansie Franceski i Roberta, czyli gospodyni domowej zwanej pospolicie kurą domową i fotografem National Geographic.
Kura niegdyś nie była udomowiona, pracowała zawodowo, miała swoje odważne marzenia, namiętności wszelakie. Sytuacja, życie, także rodzinne, sprawiło, a może to ona stawiała zbyt mały opór, że w pewnym momencie zapomniała o sobie i swoich potrzebach? I tak sobie żyła przez lata, a życie szarzało, z każdym rokiem traciło swój smak. Nagle,w bardzo sprzyjającej sytuacji pojawił się on, nieznajomy – gość zupełnie nie z tego świata – fotograf National Geographic, szukający drogi do celu jego służbowej podrózy. I oto zdarzył się cud, jak w bajce o śpiącej królewnie. Na wierzchołek szklanej góry przybył rycerz, pocałował kurę delikatnie i niespiesznie – uśpiona obudziła się. Wróciła jej pamięć o sobie samej, o swoich pragnieniach, wielkich planach, o życiu, które miało nie być byle…
I jak tu nie pokochać swego wybawiciela? Jak nie pokochać królewny, dzięki której rycerz poczuł, że nie tylko do wojowania z aparatem fotograficznym jest stworzony. To była niezwykła miłość, taka do końca życia, niespowszedniała, z daleka, spełniająca się w myślach, marzeniach, miłości do innych ludzi, także do męża. Takie wiecznie bijące źródło, z którego można było czerpać wodę życia. Wierzę, że ta historia zdarzyła się naprawdę.
Pamiętam oczy i spojrzenie J. po napisach końcowych. Przeraziłam się – ten człowiek mnie naprawdę zna i rozumie, chyba nic przed nim nie ukryję.

Film naprawdę ciekawy, pod względem tematu, zdjęc jak i muzyki. Swoisty film drogi przez pustynię do wolności, do własnego domu, do swoich. Tym bardziej smutny i niesamowity, że oparty na prawdziwej historii – końcowy obraz jej starych już teraz bohaterek to najbardziej wzruszajacy moment.
Film raczej dla smakoszy. Opowiada o tym, jak to w latach 30 -tych ubiegłego wieku (XX) w Australii wyszło rozporządzenie, że dzieci zrodzone z par mieszanych Aborygenki i białego będą zabierane z buszu do specjalnych obozów, gdzie będą przyuczane i dostosowywane do życia na sposób jaki wiedzie biała rasa. W ten sposób miało sie wyczyscić mieszańców z „aborygeńskiego brudu”. Dzieci były w tych obozach traktowane w miarę przyzwoicie, o ile nie próbowały ucieczki. Jeśli w ogóle można tu mówic o przyzwoitości – dzieci były wręcz porywane z buszu, często działo sie to na oczach matek, i trzymane w niewoli. I o tym jest film – to wędrówka trzech małych uciekinierek Aborygenek przez pustynię – 1200 mil – do domu. Po drodze mają do czynienia, jak to bywa w życiu, i z dobrem i ze złem. Ale ich odważna wyprawa konczy się sukcesem i
na zakończenie widzimy je w czasie obecnym – są to już bardzo stare kobiety – reprezentantki tzw. „straconego pokolenia”. Są żywym dowodem na to, że pragnienie wolności jest najsilniejsze u człowieka . Film ukazuje też jak okrutny jest biały człowiek w swoim dążeniu do zawłaszczania coraz to nowych ziem. Nie wystarczy mu życie obok tubylców, on musi mieć władzę, mimo że przyszedł, wdarł się, nieproszony.
Piekny, spokojny,mimo tak drastycznego tematu, refleksyjny film dla ciekawych świata.


  • RSS