filmowo blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2005

Dziś rano powiedział jej
że ogarnia go czarna rozpacz
na myśl, że ona może zniknąć
z jego życia.
Czarna Madonna – pomódl się do niej
jeśli umiesz, albo potrafisz;
czarna jagoda – zjedz – może trafisz na wilczą!
czarna stopa – jak niewidzialna ręka
– możesz się pobawić
w dobroczynność dla ubogich
jeśli zdołasz pomyśleć o kimś
oprócz siebie;
czarny staw – pamiętasz, siadywałeś tam z nią,
i nie w głowie ci była czarna rozpacz;
mała czarna – już nie dla niej
no, chyba że masz na myśli kawę
albo nie daj Boże…
Czarny wąwóz? To chyba tytuł filmu
- a nawet jeśli jest taki gdzieś w górach -
jesteś za leniwy by go szukać.
Czarna Woda – na mur beton
gdzieś ją przekraczałeś
tylko gdzie?
A może czarna magia?
Coraz bardziej modna
voo-doo? To zbyt niebezpieczne – czasem działa
ale nie wiesz, gdzie są igły.
Najwygodniej pogrążyć się w Czarnej Rozpaczy
spuścić czarną zasłonę na oczy
dać się wessać w czarną dziurę
i stracić z pola widzenia
pole działania
niech ten czarny charakter robi co chce
a ona lubi czarny kolor
podobno postarza
ale jest taki bezpieczny
i każdy inny do niego pasuje
i do trumny – jak znalazł.
Wiesz co?! A może by tak
puste słowa zamienić
w ręce pełne roboty?
I wziąć czarną rzepę – a jakże!
czerwoną marchewkę,
zielonego ogórka, żółtą paprykę,
fioletowego bakłażana
pokroić w kosteczkę
podśpiewując „kocham cię”
- a jakże!
Wymieszać z białą śmietaną
albo jogurtem – nie jesteści już tacy młodzi!
Posypać koniecznie solą
i CZARNYM pieprzem!
I zaprosić ją do stołu?

Już dawno nie pisałam do ciebie „filmowo”. No bo nie wiem, czy to może być ciekawe. Trochę się miotam tu i tam, tak i siak, wychodzi z tego groch z kapustą. I tak mam przez całe życie, nie mogę się zdecydować, czego dać więcej. Marzę o spokoju ducha i nie wiem, czy kiedyś go złapię, jeśli mi się uda, znowu będzie nie tak, bo będę dyszeć do końca dni dla złapania oddechu, który straciłam w gonitwie. No dobrze, miało być filmowo. A będzie właściwie poetycko. Bo fajny film widziałam, o poecie Charlesie Bukowskim. Jeśli nie znasz, to posłuchaj. Ja znam go od może roku z hakiem. Dzięki niejakiemu Januszowi, z którym na zawsze będę wiązała nazwisko „Bukowski”. Czasem mi żal, ze ludzie tak pochopnie zrażają się, rezygnują z czegoś co może być piękne, albo ciekawe, bo na przeszkodzie pojawiła się jakiś patyczek, który może i lekko zadrasnął, ale można go usunąć, podmuchać na rankę i iść dalej. Taka okazyjna refleksja.
Charles Bukowski nazywał się właściwie Henry (Hank) Bukowski. Charles – to imię nadano mu w celach marketingowych. Urodził się w Niemczech, później z rodzicami wyjechał do USA (gdzie zresztą miał korzenie – stamtąd pochodził jego ojciec i dziadek). To był niezwykły facet. Na pierwszy rzut oka niezbyt urodziwy – no niestety, ale tak było – toporna, z grubsza ciosana twarz, pokryta bliznami po paskudnym trądziku młodzieńczym. Do tego postawa – wielki, niezgraba, człapiący jak goryl. Zresztą on sam, nie ukrywał, że z powodu wyglądu przeżywał męki całe swoje młode życie. Czasem pan Bóg daje ludziom urodę razem z talentem, jemu się nie udało – dostał tylko talent. Ale kobietom to, jak wiadomo nie przeszkadza. One potrafią patrzeć inaczej jak mężczyźni – widzą w człowieku przede wszystkim duszę i intelekt, a jeśli do tego czują się kochane, to ho, ho! Nieba by ci przychyliły, nawet gdybyś był bez nosa lub nogi. Do takich wniosków doszedł też Bukowski. Gdy to zrozumiał, przestał się przejmować i zaczął żyć jak mężczyzna i do tego poeta.
Na pozór był zwyczajnym osobnikiem, takich jakich wielu – bity w dzieciństwie przez ojca ( kiedyś tak wychowywano dzieci), nie czuł się kochany przez matkę – Niemkę (co podkreśla), szybko uciekł z domu – wtedy już mieszkali w USA. Wiedział, że ma talent do pisania, także prozy. Brakowało mu tylko doświadczenia życiowego – postanowił więc je zdobyć, włócząc się po kraju. W końcu osiadł, w LA. Jakiś czas pracował na poczcie, był listonoszem, później sortował listy – męczył się bardzo, ale musiał jakoś pracować by jakoś żyć. I namiętnie, uparcie, bez przerwy rozsyłał swoje opowiadania i wiersze do przeróżnych wydawnictw, nie zrażając się ciągłymi odmowami. Był przekonany, że umie pisać, i z tego chciał się utrzymywać.
W końcu zwrócił uwagę na niego niejaki A. Martin – wyczuł, że oto pojawił się ktoś niezwykły, zupełnie odmienny w swojej twórczości, ktoś kto pisze tylko i wyłącznie sercem, emocjami – tymi najprostszymi i najbardziej bliskimi ludziom. Że będą go czytać nie tylko intelektualiści czystej wody, ale także ludzie zwyczajni, choć wrażliwi, wrażliwi na ten wyjątkowy sposób, jakiego wymaga obcowanie z tym poetą. Że zobaczą w tych wierszach i opowiadaniach siebie i swoje życie – – we wszystkich odcieniach. Bukowski pisze prosto, nie stosuje wielkich metafor, przenośni itd., Bywa, często używa usłów prosto z języka potocznego, wulgaryzmów, opisuje swoje brudne, często nawet prostackie życie – jest w tym niemiłosierny – czytając jego wiersze, możesz chwilami poczuć i obrzydzenie – ale takie jest życie – czasem wzniosłe – pachnące jak róża, a czasem śmierdzące jak gówno, na którym ta róża wyrosła.
I Bukowski taki jest, brzydki, cyniczny, nie owijający w bawełnę, ale bywa też jak kwiat, zakwitający, gdy przyjdzie jego czas. I taki sprzeczny. Zawsze, nawet gdy pisze o smrodzie, o prostytutkach, o że tak się grzecznie wyrażę – ich i swoich „genitaliach”, przeróżnych zapachach, także jego stęchłego mieszkania, zawsze wyczuwa się jedno – pragnienie i szukanie miłości, ból, że jej nie może znaleźć, albo że już jej nie ma, albo że była tuż, tuż, albo że w końcu jest i mękę świadomości, że będzie tylko chwilą. Bo miłość jest, jak ten tytułowy „piekielny pies” jednego z tomów poezji. Chcesz jej całym swoim jestestwem, a gdy już zawita, to męczy cię, kąsa,cierpisz, tęsknisz, wariujesz z zazdrości, i wiesz, że ledwo się zacznie to zaraz się skończy. Niezwykłe, że ten człowiek na pozór tak bardzo szorstki potrafił kochać, na swój sposób, i umiał o tym pisać – także na swój sposób. Czy dla każdego jasny i czytelny?
Dziennikarz w filmie zadaje mu pytanie, dlaczego miłość w jego twórczości ogranicza się tylko do jej fizycznej wersji (mówiąc po bukowskiemu – „pierdolenia”). Bukowski słysząc to, jest bardzo rozżalony i zawiedziony, że tylko tyle ten człowiek wyniósł ze spotkania z jego twórczością.
Może do zrozumienia Bukowskiego potrzeba nie tylko odpowiedniej wrażliwości czytelnika, ale i odrobiny dobrej woli by zrozumieć innego, niepodobnego do siebie, człowieka?
Bukowski miał to szczęście, że takich odbiorców udało mu się znaleźć, i to sporo. Także kobiety go czytały.
A kobiet miał dużo, lubił je i z nimi obcować, lubił alkohol, jak mówił: „pił nie po to, by się zdołować, ale by wznieść się nad rzeczywistość”, pisał bez skrępowania, bez reguł, tak jak czuł będąc wierny słowom – „kiedy duch słabnie pojawia się forma” – i jak uważał, chciał się wyróżnić, może być na przekór powszechnie utartym wzorcom, wszak mówił: „jeśli to co robisz, podoba się twoim starym – znaczy że jest bardzo źle”, na spotkaniach z czytelnikami cynicznie uświadamiał im: „wy macie moją duszę, a ja waszą kasę” – cóż czysta, naga prawda losu artysty. I taki był Bukowski – prawdziwy i nagi facet – poeta.

słodka muzyka

to więcej niż miłość bo nie
rani; rano
włącza radio, Brahm lub Ives
lub Strawiński lub Mozart, gotuje
jajka licząc na głos sekundy: 56
57, 58 … obiera jajka, przynosi
mi je do łóżka, po śniadaniu siada
na tym samym krześle, znowu słuchanie muzy-
ki klasycznej, jej pierwsza szklaneczka
szkockiej i trzeci papieros. mówię
że muszę iść na wyścigi. jest tu
jakieś dwie noce i dwa dni. „kiedy
się znowu zobaczymy?” – pytam. daje
do zrozumienia że to zależy ode mnie. kiwam
głową a Mozart gra.

Budowanie wieży Bubel /Tadeusz Różewicz/
———————-
oglądała swoją buzię
apetyczną i niewinną
oglądała w lustereczku
swoją buzię na śniadanie i przed spaniem
krągłą białą
smaczną
jak bułeczka z masłem

kiedyś spojrzała w tremo
(pamiątka po cioci babci)
i ujrzała siebie
całą
od stóp do głów

przekręciła z wdziękiem głowę
i zobaczyła drugą połowę
a raczej drugą stronę swego
medalu
w srebrnym owalu

oglądała twarz
anioła
która zmieniała się
w oczach lustrach
aż po latach wielu
w jakimś pełnym gwiazd
hotelu (jedno a może czterogwiazdkowym)
zobaczyła swoje odbicie
na suficie
jak w lustrze wiedzy

przeczytała powieść „malowany ptasiek”
stwierdziła u siebie brak
ptaszka
przypomniała sobie tremo
spojrzała raz jeszcze
krytycznie i niemo
potem szukała w wannie
siebie i swej tożsamości
napiła się kafki z mlekiem
wezwała na pomoc potera
dosiadła pegaza
i tak uskrzydlona
zasiadła (na pupie)
do pisania powieści auto
biograficznej
„budowa wieży bubel”
patronował jej kundera
i myśli Harego potera
fruwające krowy Szagala
odwiedziła dalej lamę
polizała ulissesa
odkryła korzenie dziadka
została samotną matką
lecz pisała dalej szparko

„Budowa wieży Bubel”

po drodze tak sobie
od nie-chcenia pletła wiersze
„różę bez kolców”
i „kolec bez róży ale duży”

została laureatką
sukces był duży
w piśmie wysoki słupek
pokazała czarujący pół
dupek

zajęła się arką noego

i pisała dalej szparko

„Wieża Bubel” sięga nieba
więc ją może
kończyć trzeba – pomyślała –

bo się zrobi w niebie dziura

a może się jeszcze uda
wsadzić w dziurę kamasutrę
Hitlera i bramaputrę
Stalina i palec klintona
trzeba strzelić
z wielkiej rury!
przysiada więc fałdów fałdek
pisze szparko pisze szparko
i wszystko rzuca do worka
klonowanie geny priony
obowiązki matki żony
i „stażystki” pantalony
wielki wybuch
małe wzdęcie
w internecie porno zdjęcie
pięcioraczki carskie cięcie

pisze szparko
pisze szparko
i z zacięciem…

Mutter flecht: Sandra
bitte stell Dich! … moja
mama fukujama… nie
rozumie Nic…

…………………………………

Ja:

Panie Tadeuszu drogi
Pan wybaczy mą śmiałość
Że wstępuję w poezji progi
Której pan dla mnie jak Bóg

Jam nie godna nawet musnąć rymów
Czy strof lub
Wersów
O figurach nie wspominając

Jam prosta kura domowa
Matkowaniem zahibernowana
Od lat wielu
Zaczarowana i śpiąca królewna

Która poczuła powiew śmierci
Wolności
Miłości
Licho wie czego

Tajemnicy
Poczucia niespełnienia
Sam diabeł pewnie
Poczuł
Że u mnie jeszcze sporo
Ma do zrobienia.

Ten stary zbereźnik
Pocałował mnie
Kiedyś nocą,
Połaskotał
Zaśmiał się do ucha
Powiedział jak Linda:
„ty stara dupa jesteś,
ale nie martw się,
dam ci młodego ducha
trochę się jeszcze pomęczysz
zanim zdechniesz”.
I zarechotała ta przystojna poczwara.

Dlaczego diabeł ma zawsze taki
Kuszący szatański śmiech?
Jemu nie można się oprzeć.

No i męczę się
Panie Tadeuszu drogi
Bynajmniej nie mickiewiczowski
Tylko wrocławski

Poeto od lat mi znany
Trochę zaniedbany
Nie przez siebie – przeze mnie
Teraz odkurzony
zawsze młody
jak widzę
Ponętny i kochany
Choć taki już stary.

Teraz mi się oddasz
Cały calutki
Licze na to – mam już czas
Będę rozbierać z rozkoszą
Twoje wiersze
Dramaty
- one mają takie śmieszne słowo
„didaskalia”
/Nieco humoru nie zaszkodzi/
I co tam jeszcze masz

Potem wejdę na blog
Przysiądę fałdek tu i tam
Bo je gdzieniegdzie mam

I będę bazgrać jak
Kura pazurem
Dla siebie
i byle jak
byle szybko
Bo diabeł dał mi nocą buzi

I będę się modlić
By pan tu nie zabłądził.

/Pana wierna B. i chyba ciągle kochająca
choć sprawy sobie
nie zdająca/

Kiedy kobieta urodzi ci dziecko
Pamiętaj, ze masz ich dwoje
Dużą małą dziewczynkę i ono
To trudne – sam jesteś przerażony
Tym cudem
Ona też – nie wierzy, że to z niej,
I z ciebie
Boi się bardziej niż Ty
Kiedy kobieta urodzi ci dziecko
Nie zostawiaj jej samej
Ona dzieckiem nigdy nie była
Ona być może jest wiecznym dzieckiem
Ona dzieckiem chce być choć przez chwilę
I może być przy tobie
Trudno – jesteś mężczyzną
Bóg dał ci szersze ramiona – także na ich dwoje
Dał ci większe dłonie
Takie w sam raz do trzymania dziecka w kąpieli
Nie mów, że niezgrabne – on wiedział co robi.
Dał ci także duże stopy, byś utrzymał
Siebie i ono
A kobieta wtedy tak słodko śpi – jak dziecko
Którym nie była, chce być, nigdy nie będzie
Życie i ludzie stawiają duże wymagania.
Ona obudzi się i nie będzie płakać
A może zacznie, a ty powiesz „znowu” i oczy do Boga
W którego nie wierzysz
Błagalnie wzniesiesz.
Wtedy ona przestanie
Płakać przy tobie na lata całe
I będzie czekać, kiedy pójdziesz
Bo oczy ma już pełne łez.

Fiołki

2 komentarzy

Pierwsze fiołki wiosny nr 2005
A jeszcze wczoraj ich nie było
Widać
Cichutko czekały na swój czas
Tak jak ja łudzę się od lat, że
Cichutko
Zakwitnę jak to bywało
W tamten czas
Nadziei i kwiatów na każdym stole,
Na półce i kredensie:
Groszki pachnące, onętek, nemezje,
Nasturcje, narcyze, tulipany,
Ostróżka i bez
Astry jesienią, zimą nieśmiertelniki
Kolorowe, ale smutne
Bez soku
I życia jak ja teraz
A może niedawno.
Pierwszy bukiecik
Tego roku, a może i lat
Z trawy mojej
Nie z rąk kwiaciarki
Pryskającej złotkiem po płatkach
Cudów natury – pyszna kobieta
Ukarana za myśl
że poprawi pana Boga
Od dziś już nie chcę
pośredników – dostawców
małych i wielkich radości
umiem sama je wydobyć
/a może mi się tylko zdaje?/

No. Słodki, jak te fiołki świeżutkie prosto z mojej łączki. Nie myśl tylko błagam, że chcę pisać do ciebie tzw. poezją. Nie –nie mam takich ambicji, po prostu, mam bardzo sprzeczną naturę, zresztą wiesz. Raz piszę długachne, pozawijane epistoły, a znowu kiedy indziej idę szybko i na skróty. Co prawda nie są to skróty wprost, trzeba czasem wspiąć się pod górkę, czasem nawet spaść i znowu zacząć podejście, ale ty to lubisz. Ja to wiem. Nudzisz się, jak jest łatwo. To dlaczego Cię nie ma?
A tak poza tym, co? Robi się cudnie. Kasztan nabrzmiewa, trawa błyszczy i kusi swą świeżością. Wiesz, tak mi teraz przyszło na myśl – że trawa jak chleb – to najlepsze przysmaki na świecie. Chleb dla podniebienia – nigdy się nie znudzi, zawsze będziemy go pragnąć, gdziekolwiek byśmy nie byli, zawsze najpierw próbujemy i rozkoszujemy się chlebem. Przywozimy do domów jego kawałki, czasem bochenki, zapraszamy znajomych na jedzenie chleba, takiego samego, bez smarowania. Do tej pory, najsmakowiciej wspominam chleb radziecki – biały i czarny. Czegoś tak pysznego jeszcze nigdzie nie jadłam.
Podobnie jest z trawą – przysmak dla wszystkich zmysłow. Raczej jej nie pałaszujemy, ale tęsknimy za nią, nie wyobrażamy sobie życia bez niej, przynajmniej pod naszą szerokością geograficzną. Jak ja współczuję ludom, które żyją na gołej ziemi, na piaskach. Nie mogą poczuć jej chłodu, jej wilgoci, jej zapachu, jej miękkich listków (listków? Chyba jakoś inaczej to się nazywa, ech, zapomniałam!). A gdy się ją skosi – jakże wspaniałą woń wtedy wydziela – i jak piekne skojarzenia wywołuje. Ech! Kończę, bo się zagalopuję i poniesie mnie tam, gdzie nie trzeba, nie można, nie wypada. Ale właściwie dlaczego…

To były piękne dni. Teraz zaczyna się horror. Pojednani kibice w niespełna dzień po smierci papieża już się tłuką na meczu, i to całkiem poważnie(kilka osob, w tym policjanci, poważnie ranni znalazło się w szpitalu).
Naród wpada w zbiorową histerię, zaczyna przypominać sobie niezliczone cuda Jana Pawła II w postaci cudownych uzdrowień, za pomoca dotyku. Naród żąda, by został on natychmiast włączony w poczet świętych. Może się uda już w październiku tego roku. Niepojęte! Święci zaczynają nam się rodzić na kamieniu. Był to wspaniały człowiek, dobry, światły, mądry, wielki autorytet, kochajacy wszystkich ludzi na kuli ziemskiej,znajdujący porozumienie z wyznawcami innych religii itd., ale to była tylko głowa państwa koscielnego, wypełniająca nad wyraz dobrze swoją powinność. Polacy nie mogą być normalni? Albo się nienawidzą, albo histeryzują wspólnie pod flagami narodowo-papieskimi.
Czar pryska.

- sms prosto z Rzymu: „Myślimy o Was i modlimy się w waszej intencji w drugą niezwykłą noc w Rzymie.”
- sms drugi: „Dziękujemy, że myślicie o nas w tak ważnych chwilach. Modlitwa za nas jak najbardziej potrzebna. Dzięki. Wracajcie szczęśliwie.
- Msza święta w Rzymie i pożegnanie już na zawsze Jana Pawła II – surowa trumna z cisowego drzewa – piękna i taka prosta jak ten, który w niej leży
- Wiatr czy duch, szukający potrzebnego słowa, by ostatni raz przemówić do kochających go ludzi, w końcu zrezygnował, chyba zrozumiał, że oni już wiedzą …
- Polacy, którzy lubią przeżywać wzruszenia w tłumie sobie podobnych – to piekne otrzeć łzę razem z nimi i poczuć ich potrzebę bycia we wspólnocie w tak ważnych momentach. Jakże jestem inna, a może też bym tak chciała?
- Ali Agca w objęciach swej niedoszłej ofiary – a mnie tak trudno wybaczyć winy banalne, przypadkowe, niezręczne, a może i urojone?
- nadzieja, ze i na mnie spłynęło trochę łaski radości życia
- duma że jestem Polką. Ależ to patetyczne! Co ja na to poradzę?
- chyba nie jest ze mna tak źle. Więcej optymizmu moja droga. Więcej wiary, w cokolwiek, najbardziej w siebie.

Coraz częściej chce mi się płakać i nie chce mi się żyć
Chcę jechać do Toskanii, i nie chce mi się spełniać marzeń
Chcę dbać o siebie, a nie mam pieniędzy
Chcę pomóc A., i nie umiem, a nawet wszystko psuję
Chcę pomóc J., ale on nie chce, a nawet nie ma czasu
Pewnie z powietrza się to nie wzięło.
Chcę kochać ponad wszystko, ale do tego trzeba tradycji
Chcę płakać po papieżu, ale łzy dawno wypaliłam
Jakby było się czego się wstydzić
- łzy to nie feniks, nie wstaną z popiołu
A kiedyś, gdy myślałam, że jest, obraziłam się na Boga, jak smarkacz
I już nie wiem, kto kogo ma przeprosić, chyba ja, ostatecznie jestem młodsza.
Chciałam dziś wykrzesać iskrę życia – okazało się za późno i nie tak.
Dziś widziałam znowu szpital, i nie noworodków
Starców wołających „hallo” i salowe śmiejące się, że telefon się popsuł
I biały czysty, co nie znaczy niewinny, personel
Obojętny na życie, szczególnie, gdy jest stare
I człowieka nagiego, leżącego jak niewiniątko skazane na rzeź
Uciekłam gdzie rośnie zielona trawa
Do domu, gdzie chcę umrzeć
Ale mimo wszystko jeszcze nie teraz
Może przekroczę próg nadziei jak radzi
Jan Paweł II
I zaprzeczę, ze życie to ułuda?
Jak mawiali poeci.

Jak się miewasz?
Coś mi się wydaje, ze szmat czasu, który nie pisaliśmy do siebie, sprawił, że jestem lekko spięta. Pewnie dlatego, ze chcę jak najlepiej wypaść. A chyba zupełnie niepotrzebnie? Bo w przyjaźni nie trzeba udawać, że jest się lepszym, mądrzejszym, bardziej moralnym niż się jest? Można się starać być lepszym, mądrzejszym itd., to nie zaszkodzi, ale udawać? Od czego są przyjaciele? Chyba od tego, by nas kochali, czy lubili takich jakimi jesteśmy. Tak jak Janek (w końcu za niego wyszłam – to ten od pierwszej sztuki teatralnej w Poznaniu, w której swoje paluszki maczała niejaka Hania), nie uwierzysz, ale to jedyny chyba człowiek na świecie, z którym czuję się swobodnie. Co nie znaczy, że uroczo paplę mu o wszystkim, o nie! Każdy z nas wszyskich na świecie ma takie małe sekreciki, które posiada na swoją wyłączność. Nie, w przyjaźni chodzi o możliwość bycia sobą. O tolerancję, wyrozumiałość, pobłażliwość i ukochanie naszych wad. W moim wypadku: niewyparzonego jęzora i wiecznego bujania w obłokach, a w jego – obrażania się o niewygodną prawdę, a także, i przede wszystkim, awersję do prac ręcznych, he, he – nie mówię o tym o czym teraz myślisz… Jan to typowy hm… umysłowiec? Może i tak, w jakiejś części. W pełni by tak było, gdyby nie musiał pracować i zarabiać np. na internet i filmy do domowej kolekcji. W każdym razie, stworzony do pracy mózgiem, fizycznej niestety, tylko wtedy kiedy naprawdę jej braki dają się już porządnie we znaki, np. w postaci wyrwanych drzwi od mebli kuchennych.
Może dlatego czasem marzę o prostym, choć inteligentnym mężczyźnie, żyjącym z pracy swoich rąk, tzn. jakimś murarzu, elektryku czy cieśli.
Uwielbiam też wzajemne polubienie naszych bzików. Możemy chodzić w kilkuletnich znoszonych ciuchach, siedzieć na rozchybotanych krzesłach, wyliniałych kanapach, odmówić sobie kawiora, łososia, ha, ha – ale nigdy posiłku dla ducha (szumnie to zabrzmiało!) ja, oczywiście filmów, teatru, coraz częściej książek, on na przyklad muzyki na różnych nośnikach, no i też książek poszerzających jego pasje – ostatnio starożytny Egipt. Za cenę wydawnictw, które kupił miałby już całkiem przyzwoity garnitur, który jest mu czasem naprawdę nieodzowny. Ba! Ale czy garnitur moze dac Ci to co da ci mumia egipska?!
Brakuje mi natomiast takiego prawdziwego przyjaciela lub przyjaciółki z zewnątrz, by nie powiedzieć „obcego”…
Dawne głębsze znajomości poumierały śmiercią naturalną z powodu upływu czasu i znacznego oddalenia w przestrzeni (tak, tak to o Tobie!), a nowych ani widu, ani słychu. Albo nie mam szczęścia, albo jestem jakimś dziwolągiem, albo to ludzie są tzw. inni. Przede wszystkim nie mają czasu, ani chęci, by posłuchać, czy pomówić o czymś co nie tyczy bieganiny codziennej. Najczęściej przedkładają obowiązki nad przyjemności. Ja właśnie nauczyłam się ostatnio czynić zupełnie na odwrót (oczywiście wszystko w granicach rozsądku), bo a nuż w nadmiarze rzeczy nieodzownych nie zdążyłabym znaleźć czasu i miejsca na te nieodzowne inaczej?
A wszystko to, także ta tęsknota, z okazji filmu „Bezdroża”. Bezpretensjonalny film o przyjaźni, w tym przypadku męskiej, ale na horyzoncie pojawia się tez damsko-męska, i umiłowaniu winnych trunków, na bazie californijskich gron. Naprawdę można się tu upić pełnią życia i głębią prawdziwych przyjacielskich uczuć oraz samym patrzeniem jak smakować wina.
Żałowałam, że nie zaopatrzyłam się przed filmem w jakąś butelczynę, na przykład jakiś węgierski tokaj. Tak adekwatnie do naszego dawnego wykształcenia winnego. Wtedy i głębia mojej percepcji też by się wydatnie powiekszyła. Choc i tak była odpowiednio głeboka, nie narzekam.
Ten film trzeba jeszcze powtórzyc z rzeczonym załącznikiem. Koniecznie. I to produkcji kalifornijskiej. I kosztować winnego trunku w myśl wskazówek filmowego znawcy Milesa.
Póki co pozdrawiam wychylając lampkę tego co aktualnie u mnie na podorędziu, życzę ciepłej nocy i zawsze czegoś gorącego na rozgrzewkę w zasiegu… Niekoniecznie z niebieskimi oczami.
B.

Wybacz, że nie piszę „Drogi N.”, ale, jak się okazuje: „wszystko już było” i ten zwrot kojarzy mi się z pewnym wydawnictwem pt. „Moja droga B.” autorstwa bardzo znanej i kiedyś bardzo przeze mnie kochanej aktorki K.J. Niestety, osoba ta poszła na całość,i za ciosem swej popularności, zmultimedializowała się niesamowicie, co wyszło jej finansowo na pewno na lepsze, ale „ideologicznie” na gorsze – co to dużo mówić rozmieniła się na drobne. Zresztą, kiedyś pod wpływem żalu za Nią, skrobnęłam coś na ten temat i gdzieś tam leży sobie to w archiwum.
No dobrze, a czy Ty jeszcze w ogóle pamiętasz, co to jest film fabularny? Jak cię znam, pewnie zabrałeś się za materializowanie swoich marzeń i teraz na pewno nie siedzisz w kinie, ani przed telewizorem, a jeśli masz do czynienia z jakimkolwiek filmem, jest to twój film z wędrówki po ostępach świata.
Pamiętasz jak marzyliśmy o dalekich podróżach, czytając serię „Dookoła świata”, albo miesięcznik „Kontynenty”. Ja oczywiście fantazjowałam, że będę krążyć po kuli ziemskiej w pojedynke, a Ty błagałeś bym łaskawie zabrała ciebie, że mi się przydasz choćby do zabijania pająków czy jadowitych węży. Nie wiedziałeś, że te wyprawy miały być też ze względu na Ciebie i z Tobą, by cię wywieźć jak najdalej od ludzi i mieć Cię tylko dla siebie?
Tak mnie wzięło na wspominki o marzeniach. To wszystko przez tego „Marzyciela” – Jamesa Barrie’go, którego wycinek życia sfilmował Marc Forster. Chodzi o okres, gdy pisarz pod wpływem pewnej znajomości z piękną wdową i jej gromadką dzieci napisał sztukę „Piotruś Pan”. Piękna filmowa opowieść, o pięknej znajomości, która z czasem przekształciła się w szlachetne i czyste oraz odwzajemnione uczucie artysty, zarówno do kobiety jak i do dzieci. Była to z pewnością miłość, niosąca otuchę i wsparcie im wszystkim, bo czas w jakim się ona przydarzyła był dla nich bardzo ciężki. Szczególnie dla młodszego Piotrusia, który po śmierci ojca zbyt szybko musiał dorosnąć, by poradzić sobie z bólem jaki ogarnął wtedy jego serce. Barrie pomógł mu, i całej rodzinie, odnaleźć i otworzyć bramę dzielącą ich dorosłość od świata marzeń, może i ułudy – ale jakże przyjemnej, gdzie wszyscy żyją i są szczęśliwi, bawiąc się razem i ciesząc życiem w Nibylandii.
Zresztą, co ja Ci tu opowiadam, chyba pamietasz „Piotrusia Pana”? Tak, to ta książka, którą kiedyś kupowałam razem z tobą w ksiegarni w Poznaniu. A ty dziwiłeś się, co mi nagle odbiło, przecież jeszcze nie mamy dzieci, szkoda inwestować w tak odległą przyszłość, lepiej kupić jakiś przewodnik – sugerowałeś. Ale jak ci pokazałam te piękne bajeczne ilustracje (chyba Srokowski nazywał się ten ilustrator), te magiczne, lekko rozszerzone ku górze twarze bohaterów – Piotrusia i Wendy, by mogły pomieścić te wielkie czarodziejskie migdałowe oczy… ucichłeś.
Chcesz, to mogę ci czasem opowiadać o filmach, które widziałam. Może nie są one teraz dla ciebie najbardziej istotna sprawą, ale ja musze dbać,byś w tamtym swoim świecie do cna nie zdziczał. Przecież to pewne, że czasem zawijasz do jakichś cywilizowanych miejsc, biegniesz zziajany do kafejki, żeby choć „Pogodę na jutro” (tak, tak to też tytuł filmu, polskiego!) sprawdzić. Jeśli tak, to możesz i parę minut poświecić na poczytanie kilku słów ode mnie. Gdy się już spotkamy, o ileż mniej będę ci już miała do opowiadania. A wtedy Ty będziesz mógł mówić bez końca, jak zawsze… i zawsze ciekawie. :-)
Do następnego!
B.


  • RSS