filmowo blog

Twój nowy blog

Z uwagi na spore perturbacje z jakimi spotykałam się ostatnio na
„blog.pl” postanowiłam
przenieść oba moje blogi:  filmowo.blog.pl i baba-o-filmach.blog.pl, na
„blogspot.com”, i połączyć je w jedno pod nazwą BABKAFILMOWA czyli
http://babkafilmowa.blogspot.com.
Zapraszam do czytania (może przy
okazji, ktoś zauważy i skusi się na jakiś stary wpis) i komentowania.
Niestety, czego bardzo żałuję, nie da się przenieść starych komentarzy,
pozostaną one nadal na starych blogach.
Pozdrawiam i przepraszam za chwilowe, jak to przy przeprowadzkach bywa, zamieszanie. :)
BF

Jeszcze raz zapraszam na :   
http://babkafilmowa.blogspot.com/

60-te urodziny
ojca i dziadka to piekna okazja do spotkania rodzinnego, tym bardziej, że jest
gdzie świętować. Szacowna i szanowana powszechnie głowa rodziny, Helge (Henning Moritzen) jest
właścicielem sporego domu  w pięknym
plenerze. Z różnych stron Danii zjeżdżają się dzieci jubilata. Christian
(Ulrich Thomsen), Michael (Thomas Bo Larsen) i Helen (Paprika Steen).Ojciec z każdym z nich, jeszcze przed przyjęciem, zamienia słowo (matka, jego wierny cień, miło się do wszystkich uśmiecha, jak zawsze).  Ale do Christiana ma specjalną prośbę, chce
aby to on wygłosił słowo na cześć niedawno zmarłej samobójczą śmiercią siostry.
Ten zgadza się bardzo chętnie, a nawet twierdzi, że jest do tej przemowy
przygotowany. Ojciec nie zdaje sobie sprawy, jaką burzę szykuje mu jego
pierworodny.

„Festen” jeden z pierwszych filmów założyciela
Dogmy, jest w swej wymowie filmem porażającym i przerażającym (zresztą
realizacyjnie, zgodnie z założeniami tegoż filmowegozrzeszenia, także, patrząc z perspektywy
13 lat, mógł bulwersować).

Nawet teraz, w
drugiej dziesiątce XXI wieku, kiedy z tematem molestowania w ogóle, a już tym
bardziej w rodzinie, jesteśmy jako tako oswojeni (chociaż, tak na dobrą
sprawę,  nigdy się z nim nie będzie można
na dobre oswoić) „Festen”sprawia, że widz nieruchomieje z oburzenia i gniewu,
a co dopiero, jakim wstrząsem, musiał być ten film, 13 lat temu. Nie orientuję
się jak dawno molestowanie seksualne przestało być tabu w Danii, czy innych krajach Zachodu, u nas stało
się to całkiem niedawno. Ludzie, którzy przez lata, czasem kilkanaście, czasem
kilkadziesiąt, ukrywali swe traumy zaczęli w końcu mówić o nich głośno i wyraźnie, z
konkretnym wskazaniem na winowajców, na tych, którzy ich życie uczynili
koszmarem, zamrozili  pozytywne emocje, marzenia, normalny seksualny
rozwój.  Przedstawiali, tak jak Christian
w „Festen”, niepojęty dla normalnego człowieka, obraz zakłamania, hipokryzji,
cynizmu, obojętności, egoizmu, okrucieństwa jaki przejawiali dorośli ludzie,
najbliżsi dzieciom, do których te miały bezgraniczne zaufanie,jako do swoich rodziców czy krewnych. Bardzo często, na łonie uświęconej, wystawionej na pidestał, w naszej
chrześcijańskiej kulturze podstawowej komórki społecznej jaką jest rodzina. I nie wiadomo co gorsze jest dla molestowanych dzieci, sam akt
molestowania, równie poniżający (jak bardzobowiem  trzeba gardzić własnym dzieckiem i
mieć go za nic, by potraktować go jako obiekt seksualny, służacy tylko do beznamiętnego
zaspokojenia swej chuci), czy, jak później, brak wiary innych dorosłych (równie
bliskich) w słuszność dziecięcych skarg, żalów. Co doprowadza te skrzywdzone dzieci do życie we wstydzie i
poczuciu winy,  a dalej bardzo często do prób samobójczych, nawet po
latach od czasu molestowania. Ta straszna pustka, wspomniany wstyd, poczucie winy
(skoro inni nie wierzą i posądzają o konfabulację), wspomnienia poniżenia,
strachu, obrzydzenia, poczucie ciągłego brudu, 
te zabite marzenia o miłości cielesnej powiązanej z miłością ducha,
sprowadzaja ofiary molestowania w otchłań, gdy tymczasem ich sprawcy cieszą się
powszechnym szacunkiem. Tak, to zamiatanie tych wszystkich moralnych śmieci
rodzinnych pod dywany i chodniki rodzinnych izb i salonów, bo przecież, nie
można kalać własnego gniazda, jest tak samo naganne jak samo molestowanie. I na
to film Thomas Vinterberga również kladzie mocny akcent. Może trochę za słabo
(moim zdaniem) postawiono na winę kobiet w rodzinie, najczęściej matek, które
kryją niecne postępki swych mężów, udają że ich nie widzą lub wręcz jawnie je
bagatelizują, wpędzając dzieci w pułapkę samooskarżeń. Bo co? Dlaczego te
kobiety tak postępują? Ze wstydu, z bezsilności, ze strachu co będzie, gdy się
wyda? Bo co ludzi powiedzą, bo mąż będzie szukał zaspokojenia seksualnego poza
domem, bo brudy pierze się w domu itd. Nie rozumiem tych kobiet, czy nie czują
one obrzydzenia do mężczyzn, którzy wykorzystują niewinne dzieci, mnie już na
samą myśl robi się niedobrze, a one z nimi śpią, podają im posiłki, uśmiechają
się do nich? Bo co lepszy taki facet, niż żaden? NIEPOJĘTE.

Tak jak
mówiłam, „Festen” wyprzedza ten okres jaki nastąpił u nas niedawno w
Polsce, i pokazuje, jakie to jest ważne dla ofiar molestowania, by się oczyścić
z tego brudu, przez publiczne ujawnienie kryminalnych wyczynów ojców rodzin,
dziadków, wujków etc. Tu nie chodzi o sensację, jakby się komuś mogło wydawać z
pozoru… Te wszystkie artykuły, reportaże, audycje, książki, których tak dużo
było ostatnio, temu właśnie mają służyć, by ludzie molestowani w dzieciństwie nie
musieli się zabijać z tego powodu, by mogli żyć, muszą to z siebie wyrzucić, za
wszelką cenę,  jak Christian z
„Festen”. A rodzina powinna takie bezduszne molestujace kanalie, kimkolwiek by oni nie
byli, jakikichkolwiek by ról społecznych nie pełnili, wykluczyć ze swego grona,
po prostu potraktować ich z taką samą ignorancją i pogardą, z jaką oni
traktowali swe własne dzieci, czy krewnych.

Polecam, polecam. Ciężkie, smutne kino, ale warto, by
zdać sobie jeszcze raz sprawę ile brudu jest w tej naszej pięknej, czystej,
eleganckiej, uśmiechniętej, cukierkowej, uładzonej na pokaz rzeczywistości.

A dalej, jak to
idzie? Nie chce, nie dba, żartuje. O! I teraz jest ok. Twórcy polskich tytułów
tym razem się spisali, oczywiście, pod warunkiem, że ludzie znają treść wróżby
jaką zakochani uskuteczniają latem, urywając kolejno z łodyżki pojedyncze
listki akacji, i to co wypadnie przy ostatnim urwanym liściu, znaczy, że
ukochany czuje do ciebie. Jakie to romantyczne! Grał ktoś w to coś? I jak
dobrze pasuje do tego filmu, którego niemal wszyscy bohaterowie, a szczególnie
ci rodzaju męskiego, tkwią w owej niepewności uczuć ze strony przez nich ukochanych.
Tak, tak, tym razem szaleństwu miłości i związanych z nim wszelkimi rozterkami,
ulegają panowie. Kto by to pomyślał, oni także pragną miłości i głupieją pod
jej wpływem. :). Wreszcie ktoś temu dobitnie daje wyraz!  Paniom też się to zdarza w tym filmie, ale tym razem są one
przesunięte na plan drugi. A teraz proszę, oto prezentacja rzeczonych
zakochanych twardzieli. Najstarszy z nich to ponad 40-letni Cal (Steve Carell) – zapracowany
urzędnik, żonaty z Emily (Julianne Moore). Mają dwoje dzieci, dziewczynkę i
chłopca gimnazjalistę (gra go 14-letni Jonah Bobo) o imieniu Robbie. jest on nieszczęśliwie
zakochany w swej niani, starszej od niego o zaledwie 3 lata. No i trzeci z
nich, to Jacob (cudowny Ryan Gosling), modelowy podrywacz i łamacz damskich
serc. A wszystko, cały problem, zaczyna się od feralnego wieczoru, kiedy to Emily
oznajmuje swemu mężowi, że dawno się już pogubili, pogrążeni w swoim życiu zawodowym
i codziennej domowej rutynie, zatracili swe dawne wzajemne zainteresowanie, namiętność i oto
ona, zapomniała się pewnego razu ze swym kolegą z pracy, księgowym Davidem Lindhagenem
(świetny epizod Kevina Bacona). Co robi prawdziwy mężczyzna, mąż, gdy spada na
niego taki grom z nieba? Oczywiście, idzie do knajpy się upić. I Cal też tak czyni. Tam poznaje Jacoba,
który postanawia mu pomóc metodą „klina klinem”, czyli, jak twierdzi ów znawca sztuki miłosnej, najlepszym sposobem by
zapomnieć, czy znaleźć ukojenie po zdradzie żony, jest jej zdradzenie.  Wcześniej, obrzuciwszy krytycznym spojrzeniem Cala,
stwierdza, że ze swym wyglądem na własnego ojca nie ma szans u dziewczyn i bierze
go w obroty - siłownia, masaże, całkowita
zmiana garderoby i Cal wygląda jak nowy i prawie jak z Photoshopu.

W tym samym
czasie, gdy małżonkowie Cal i Emily pracują, a po pracy szarpią się w miłosnych
konwulsjach, ich dzieci spędzają czas w szkole, a później pod opieką swej młodej
niani (córka sąsiadów). A syn Robbie snuje marzenia, także pod kołdrą, o ich
wspólnym pożyciu. Niestety, 17-letnia dziewczyna rzadko zwraca uwagę na swych
rówieśników, a co dopiero na takiego 14letniego smarkacza. Robbie jest załamany
i bez szans. Podobnie zresztą, jak niania, która podkochuje się w jego ojcu,
czyli Calu.  I tak oto jesteśmy świadkami
miłosnych podbojów i porażek zakochanych, jest śmiesznie, czasem smutno, ale
najważniejsze, że cała akcja spiętrzając się z minuty na minutę zmierza ku
arcyśmiesznemu finałowi, kiedy to okazuje się jaki świat jest mały, a ludzie
skostniali w swych poglądach, opiniach, nawykach. Wszyscy okazują się normalnymi istotami,
spragnionymi uczuć, a jeśli zachowują się, czy prowadzą życie w odchyleniu od
tzw. normy, to znaczy, że po prostu ich nie otrzymali tak, jak tego
oczekiwali i gaszą to pragnienie, na różne sposoby. A na końcu, dostają lekcje
od najmłodszego, Robbiego, który jako jedyny ( bo jeszcze bardzo młody), nie wstydzi, ani nie boi
się, głośno i wyraźnie, a nawet publicznie, mówić o swych uczuciach, a nawet
pożądaniu, co przecież idzie w parze. Bo o to chodzi, by rozmawiać i wyraźnie
artykułować swoje potrzeby jakie mamy wobec bliźnich i swoich bliskich, a nie
obrażać się i robić im na złość, bo nie są jasnowidzami i nie odczytują w
myślach naszych pragnień. W ten sposób zniszczono niejedną dojrzałą milość,
niejedno kiełkujące świeże uczucie.

Jednym słowem,
polecam.  „Kocha, lubi szanuje” to bardzo
dobra, a nawet wzruszająca komedia romantyczna (tak, tak, znam takich co się nawet popłakali
i to nie ze śmiechu). Bardzo zadbana  - dialogi,
scenki sytuacyjne, będące nośnikiem humoru i rewelacyjna obsada. Do już wcześniej
wymienionych dodam jeszcze Marisę Tomei i ciekawą z urody, ale i utalentowaną aktorsko,
Emmę Stone. Po tym filmie mam zamiar interesować się jej karierą.  Wreszcie coś inteligentnego, bez ani
krztyny niesmacznego humoru, film z dbałością o każdy epizod, nie ma
tu żadnych niepotrzebnych sekwencji czy sekwencjontek.
A dlaczego tak dobrze się na niej bawimy? Ponieważ najlepsze komedie to te, w
których śmiejemy się z samych siebie.

 

Przepiękny film
o tańcu godowym życia i śmierci, walczących nawzajem ze sobą o posiadanie  człowieka. Nie bez powodu Jacek Malczewski, jego
obrazy, są malarskim motywem przewodnim filmu. Malarz, po śmierci ojca, stworzył
cykl dzieł poświęconych śmierci, z tym, że w przeciwieństwie do innych artystów –
symbolistów, nie przedstawia jej w sposób makabryczny. U Malczewskiego Śmierć
jawi się jako pełna erotycznego uroku, dorodna kobieta z kosą w ręku. Oto co
napisał sam reżyser (na swoim blogu) na temat inspiracji motywem śmierci w
obrazach Malczewskiego „Jarosław Iwaszkiewicz był zdumiony, kiedy oglądając
film Brzezina dostrzegł w nim obrazy zaczerpnięte z malarstwa Malczewskiego.
Dla niego, piszącego Brzezinę w latach trzydziestych, był to już tylko malarz
przeszłości: dawno wyschnięte źródło jakiejkolwiek inspiracji.
Były to lata, kiedy Malczewski, ten niezwykły w polskiej sztuce artysta,
zniknął całkowicie z pola widzenia, aby powrócić do nas dopiero razem z poznańską
wystawą w roku 1968. Ale dla mnie, studiującego w Krakowie, tych kilka płócien
wystawionych w Sukiennicach wystarczyło, aby nie ulec powszechnemu wtedy
przekonaniu, że Malczewski przestał istnieć w naszej sztuce. Czyż mogłem
filmując Brzezinę nie dostrzec obrazu śmierci w pełnych życia przedstawieniach
młodych kobiet?”.

Myślę, że nie powiem nic mądrzejszego, czy oryginalniejszego, na temat tego
filmu, czego by już nie napisano. Ale nie mogę nie oddać hołdu naszym wielkim
polskim aktorom Olgierdowi Łukaszewiczowi i Danielowi Olbrychskiego (kolejnośc
wg alfabetu). Jak oni to robią, że gdy się słucha, patrzy na nich, chce się
człowiekowi płakać. I to nie z rozpaczy, a ze wzruszenia. Oto zostaje
spełniony cel artysty, gdy doprowadza odbiorcę do łez szczęścia. Wspaniali
aktorzy, każda ich kreacja to majstersztyk gry, że wspomnę choćby „Dzieje
grzechu”, czy „Wierną rzekę” w przypadku Łukaszewicza, a „Ziemię Obiecaną” czy
Trylogię przy nazwisku Olbrychski. Nie można pominąć Emilii Krakowskiej, jako
kuszącej Maliny, czy Marka Perepeczko, który jako Michał, szczery i prosty
chłop (konkretnie drwal), z krwi i kości, stanowi przeciwieństwo dwóch braci, starannie wychowanych
i wykształconych, ale za to spętanych konwenansami, nie potrafiących otworzyć
się przed drugim człowiekiem. A i kilkunastoletnia Ela Żołek, jako Ola, córka
Bolesława (?), czy Danuta Wodyńska, jako gosposia Katarzyna, te dwie kobiety,
mała i duża, krążące w ciszy, podszytej strachem, wokół Bolesława, jeszcze
bardziej podkreślają przepaść, jaką sobie wykopał, oddzielając się od ludzi i
życia, zbolały po śmierci żony, pogrążając się w samotności i wyrzutach
sumienia.
„Brzezina” nie jest tylko pieśnią na cześć życia, któremu jeszcze bardziej ma
się na życie (o czym daje znać  wzmocnione libido) gdy śmierć zagląda życiu w
oczy. Jest także filmem bardzo dobitnie ukazującym brak porozumienia między
ludźmi, którzy wydawałoby się, nie mogą być już bardziej bliżej siebie, będąc
braćmi, z krwi i kości. Stanisława i Bolesława, głównych bohaterów filmu,
dzieli prawie wszystko. Mają zupełnie odmienne charaktery, usposobienie. Wybrali
zupełnie różna drogi życiowe. Bolesław to skromny leśniczy, Stanisław zaś
bon vivant, obracający się towarzysko w zamożnej Szwajcarii, snobujący i używający
życia ile się da. O bracie, jego żonie i córce, przypomina sobie dopiero wtedy,
gdy podczas ostatniego etapu suchot, szwajcarski lekarz zaleci mu wieś i świeże powietrze.
Braci łączy tylko, oprócz wspólnych korzeni, 
zamiłowanie do muzyki i do kobiet. Obaj są sobie obcy i tacy pozostają
do samego końca, mimo wielokrotnych prób, a raczej ich pozorów, zbliżenia się
do siebie.
Jest tylko jedna jedyna scena, gdy bracia uśmiechają się szczerze do siebie, są
przez chwilę szczęśliwi, gdy obaj wspolnie pochylają się nad raną brata Maliny.
Ale to dlatego, że w obliczu nieszczęścia, ratując zdrowie mężczyzny, nie mają
czasu, nie zdążyli pomyśleć, tak jak wcześniej to miało miejsce, by zniszczyć zawczasu
rodzącą się więź.

„Brzezina”
to także obraz człowieka cywilizowanego, który nauczył się kontroli swych uczuć
czy emocji.  Tu świetna scena, gdy
Staszek gra na fortepianie strojąc miny, ćwicząc jakbyśmy to dzisiaj
powiedzieli – „keep smiling”, ćwiczy grymas, z jakim chce się pokazywac
ludziom, na przekór, albo mimo, rozpaczy i bólu, zarówno fizycznego jak i
psychicznego, z powodu śmiertelnej choroby. Taki człowiek bywa zimny ,
wystudiowany i tak naprawdę niedostępny dla ludzi. W przeciwieństwie do Maliny
i Michała, wieśniaków,  którzy poddają
się uczuciom, podążają za nimi, są przykładem ludzi wyzwolonych, szczęśliwych,
nawet jeśli mają powody do smutku. Żyją tu i teraz, zgodnie z rytmem natury, przyjmując
z pokorą ale i radością to wszystko czym ich obdarza, dobre i złe, i na dobre i
na złe.

Tak się
świetnie złożyło, że tuż po filmie, przeczytałam wywiad z filozofem, Janem
Hartmanem, gdzie odnalazłam dobre sformułowanie na jedno z, moim zdaniem, przesłań „Brzeziny”,
ku któremu się jak najbardziej skłaniam i popieram. Oto co J.H. mówi o żonie:  Jest „radykalnie przywiązana do przyrody, przekonana, że ucywilizowana
ludzkość jest nieautentyczna. Prawdziwe życie to życie ze zwierzętami,
roślinami. Nie chodzi o jakieś „powracanie do natury” – żona pochodzi ze wsi i
obca jest jej mieszczańska egzaltacja. Dla niej przyroda ma wartość etyczną, a
człowiek nie jest w niej wyróżniony.”

I dalej filozof
mówi: „Człowiek to istota przynależna do przyrody, krzątajaca się wokół swoich
spraw, zabiegająca o przetrwanie, o rozmnażanie. Widząc w człowieku zwierzę
jest się wolnym od złudzeń. Sprawy ludzkie stają się od razu prostsze i naturalniejsze.  Nie trzeba tak bardzo sytuować drugiego
człowieka w jego kulturowych manifestacjach, personach, które wytwarza, które musi
wytwarzać, żeby utrzymać swą tożsamość i swoje role społeczne. Dzięki tej
postawie wiem, że miejsce człowieka nie jest w raju, w zaświatach, tylko tutaj
wśród tej przyrody, w tej pianie, która pokrywa kamienną kulę”.


Takie filmy, jak „Passione” Johna Turturro mnie uszczęśliwiają. Wędrówka po mieście, wsłuchiwanie się w jego rytm, a przede wszystkim poznawanie jego mieszkańców, bo czymże byłoby miasto, choćby z najciekawszą i najpiękniejszą i najcenniejszą architekturą, zabytkami muzeami, bez ludzi, dzięki którym ono pulsuje, oddycha, żyje? Gdybym była filmowcem – podróżnikiem to właśnie takie filmy bym robiła – ludzie i miejsca, gdzie żyją, muzyka i pieśni, żywe słowne zapisy ich wzlotów i upadków, opisy namiętności, lęków, emocji i uczuć w najróżniejszych odcieniach, będących odzwierciedleniem dziejów ich ukochanego miasta na przestrzeni wieków. A łatwo Neapolowi nie było – ciągłe najazdy obcych plemion, wojny, w tym także ostatnia światowa, odcisnęły piętno nie tylko na psychice kolejnych pokoleń, ale także na ich wyglądzie. Neapol to mieszanka wpływów różnych ras, kultur (arabskich, hiszpańskich, portugalskich, afrykańskich, czy północno-amerykańskich), tak, że niektórzy, jak sami powiadają, w istocie nie mogą się identyfikować tylko jedną z nich. Najwyraźniej widać to, i słychać, w muzyce i śpiewie, który w Neapolu rozbrzmiewa całą dobę, na każdej ulicy czy zakątku. A wszystko to w oryginalnym neapolitańskim języku, różniącym się dość mocno od standardowego włoskiego. A pieśni śpiewane w Neapolu, czy w rejonie Campanilii, gdzie jest położone miasto, wyróżniono także ze względu na ich oryginalność, nazywając je po prostu „pieśniami neapolitańskimi”. W filmie każda z nich przedstawiona jest w formie krótkiego widowiska, scenki rodzajowej, czy musicalu. W myśl, czy na pamiątkę dawnych zwyczajów, bo jak przypomina Turturro, będący nie tylko reżyserem, ale i narratorem filmu, kiedyś neapolitańscy pieśniarze płacili wyższe podatki w porównaniu z aktorami, tak więc postanowili swe występy aranżować w mini przedstawienia, by zakwalifikowano ich w podatkowe aktorskie widełki. Włoch, tak jak Polak, potrafi!
Film nakręcono w najbiedniejszych, ale i urzekająco pieknych, mimo brudu, zniszczonych fasad kamienic, oszpeconych na domiar złego kiepskim graffiti, dzielnicach miasta, tam gdzie ludziom żyje się najciężej. Bo to właśnie tu, gdzie jest bieda, muzyka jest najbardziej autentyczna, stanowi bowiem, najważniejszą część życia tych ludzi. Tam gdzie ludzie nie mają za dużo pieniędzy, mają w zamian więcej czasu i mogą smakować życie na inne sposoby – uciekając w marzenia, tęsknoty, albo cieszyć się po prostu, tym co mają. A mają rzeczy zawsze niezbywalne, swoje uczucia, emocje, pasje, namiętności, z miłością i cierpieniem ale i euforią, jaką ona niesie, na czele. Dlatego muzyka w „Passione” jest taka rewelacyjna. Bo niesamowicie, podkreślam jeszcze raz NIESAMOWICIE, ekspresyjna i bardzo różnorodna, naznaczona owymi, wspomnianymi już, historycznymi wpływami, od elementów flamenco, fado, poprzez rytmy arabskie, czy starą pieśń praczek (ta szczególnie pięknie sfilmowana), aż do bluesa czy całkiem współczesny hip-hop (też jeden z najlepszych fragmentów filmu).
Oczywiście nie mogło się obejść bez sztandarowej pieśni neapolitańskiej, a mianowicie „O, Sole Mio”, w oryginalnym wykonaniu Sergio Bruni, którego możemy podziwiać w archiwalnym nagraniu z koncertu. Ale także w ciekawych i jakże odmiennych interpretacjach od pierwowzoru, m.in. w wykonaniu wokalistki tunezyjskiego pochodzenia M’barki Be Taleb. Ale mnie jednak najbardziej przypadł do gustu stary dobry Sergio Bruni. Może dlatego, że to jego „O Sole Mio”, pobrzmiewające ze szpanerskiego (jak na tamte czasy) radia „Opera” pamiętam z dzieciństwa. Tak tak, kiedyś dzieci otrzymywały poprzez radio staranną muzyczną edukację, wychowywały się na Faithfull (jeszcze wtedy nie ochrypła), Aznavourze, Adamo, Elli Fitzgerald, Franku Sinatrze czy właśnie na Bruni i Marino Marinim. :)
Warto jeszcze dodać, że oprócz nagrań z żywiołowych koncertów neapolitańskich klasyków, historię miasta w filmie wzbogacają fragmenty nagrań z jego bardziej burzliwych zdarzeń – wybuch Wezuwiusza, czy bombardowanie w czasie II wojny i moment jego wyzwolenia – bezcenne kadry.
Jestem bardzo zadowolona z seansu. Odleciałam do Neapolu, zobaczyłam go i nie umarłam, może dlatego, że na ekranie kina. Ale za to, jakiego kina! Poznańskiego Rialto, przedostatni seans przed wielkim remontem (później już była tylko „Melancholia”). Kino Rialto, już nigdy nie będzie takie samo. Mam nadzieję, że Neapol, pozostanie takim jakim jest na wieki, nie zatraci swego klimatu, swej witalności na przekór prztyczkom, jakich nie szczędzi mu los… Turturro nic nie wspomina o społeczno-polityczno-gospodarczych problemach miasta, i dobrze!. I w związku z tym, życzę jego mieszkańcom, choćby ociupinki poprawy bytu, ale nie tak strasznie dużo, by nie zatracili swego „passione”, by nadal wzruszali i budzili w ludziach uśpione tęsknoty.
(Przepraszam za brak akapitów, jakieś niedomagania techniczne występuja, raczej nie z mojej strony, chociaż kto wie, ja należę do tych, których gubi nawet najmniejsza ilość techniki. One, te odstępy, są w oryginale, i na podglądzie, ale niestety, na stronie głównej blogu ich brak). :( :( :( :(

W pierwszych słowach mojej recenzji chciałabym ostro zaprotestować i zaapelować: skończcie drodzy Polacy filmowcy z produkowaniem filmów otematyce lustracyjnej. Skończcie z obsadzaniam w roli grzebiących w przeszłości byłych współpracowników z SB 
Borysa Szyca! Ludzieeee! Więcej fantazji w pisaniu scenariuszy 
i więcej pomysłowości w zakresie obsady. Mamy tyle pięknych i ciekawych tematów, leżących wręcz na ulicy, w sensie dosłownym (bezdomni, żebrzący Rumuni, pobici geje, zgubione pieniądze, zwiędły kwiatek na mrozie, po który sięga kobieta w latach przejściowych – sama widziałam! … itd.) i przenośnie leżących – na przykład powodzie,dręczące ostatnio nasz kraj. A wy ciągle tylko lustracja, lustracja. Temat wyobracany i wykorzystany  już
na wszystkie strony. No chybaaaa, że ktoś odważy na film o jakimś prominentnym duchownym, skuszonym przez diabła.  Protestując i złorzecząc w duchu na monotematyczność kina polskiego, jednak wybrałam się na „Kreta”. Bo akurat miałam chwilę czasu, bo liczyłam na cud, bo lubię, jeszcze,  Borysa
Szyca,  bo ciekawią mnie nowe nazwiska naplakatach, w tym przypadku – Rafael Lewandowski. „Kret”, jak się dowiedziałam, to debiut fabularny tego pana. Do tej pory nakręcił kilka dokumentów. Mając w pamięci niedawny wspaniały debiut innego dokumentalisty Borysa Lankosza i jego „Rewers”, miałam nadzieję, że ten będzie równie udany. Niestety. „Kret” co prawda nie jest beznadziejny, ale nie porywa, nie olśniewa, nie budzi większych emocji, a
także nie odkrywa Ameryki w temacie lustracji. Mnie już nie podnieca już kolejne biadolenie nad jej brakiem tuż po roku 1989. Wiadomo, przecież, nie od dziś, że Polak mądry po szkodzie, a i to rzadko.  Już dawno przestało być
sensacją, że czym bardziej znana i ceniona postać życia publicznego, tym większe prawdopodobieństwo, że był „umaczany”. 
Nie grzeszyli z SB najczęściej ci, którzy za czasów komuny żyli jak mysz pod miotłą, nic
ciekawego nie robili, nigdzie nie jeździli, nie działali, nie tworzyli, a chodzili grzecznie do pracy i zarabiali zgodnie z regułą:  „czy się stoiczy się leży 1000 zł się należy” na skromne i spokojne życie. Oczywiście były sławne wyjątki „nieumaczania”, jak choćby Piotr
Fronczewski, który niczego nie podpisał, gdy go milicja złapała na jakims złym uczynku, ale być może wcale im na nim aż tak nie zależało. 
W „Krecie” podobało mi się jedno – w końcu pokazano  jasno metody naboru do służb:  straszenie, szantaże, groźby zemsty na najbliższych. Trzeba było być człowiekiem ze stali, żeby się nie ugiąć. Zresztą w filmie pada kilka razy wyraźne „Ty też takim mogłeś być”. Jednym słowem, ukazano ludzką twarz człowieka sprzedanego SB i, co najważniejsze -  nieludzką tych, którzy nękali. Tu świetna kreacja Wojciecha Pszoniaka, jako Garbarka,  etatowego
esbeka, który momentami przybierał znamiona demona. Trochę może przerysowano tę postać, ale przecież „oni” takim, szatanem, jawili się tym, których
gnębili. Jasne, winni są i ci i ci, ale ich winy nie są równoważne, świat nie składa się tylko z czarnych i białych charakterów czy  barw w ogóle, tak jak to niektórym wygodnie jest głosić. Świat zwyczajnych ludzi, takich jak rodzina Kowalów z filmu, nie jest nawet kolorowy, jest przede wszystkim bury i szary. Do zalet filmu zaliczam więc to, że w finale, choć wygląda to na ekranie bardzo  naiwnie (co z kolei jest wielka wadą filmu) karę ponoszą ci, którzy na nią szczególnie zasłużyli.

Podsumowując, warto czy nie warto zobaczyć? Jeśli ktoś jeszcze nie czuje się zaspokojony w temacie lustracji, niech popatrzy, może trochę ochłonie. Jeśli ktoś chodzi do kina „na aktorów” – warto iść przede wszystkim na Mariana Dziędziela – jest genialny jako sterany życiem mężczyzna w średnim wieku, kochający mąż i ojciec, rozpaczliwie broniący dobrego
imienia, swego i Solidarności oraz na Wojciecha Pszoniaka, czyli tego, który na
tym jego marnym losie korzysta. Warto odnotować także małą rólkę Jerzego Janeczka, słynnego Witii
Pawlaka z trylogii „Samych swoich”. To miłe zobaczyć kogoś znajomego na ekranie
po wielu latach. Co do Borysa Szyca, który w znacznym stopniu zdopingował mnie
do pójścia do kina na „Kreta”, mam mieszane uczucia. Nie poraził mnie swą
kreacją, zagrał poprawnie, ale chwilami miałam takie odczucie, jakby nie do
końca był pewny tego co robi, jakby go coś uwierało, jakby się źle czuł
w skórze swej postaci, albo nie był przekonany do scenariusza. Scenariusza, który
uważam, miał duże wady, np. sporo było waty w dialogach, szczególnie tych,
prowadzonych na łonie rodziny młodego Kowala (Szyc właśnie). Te scenki rodzinne
z nim, jego żoną Ewą i synkiem Tomkiem były mocno drętwe i o niczym. Głównie
skupiono się na karmieniu dzieciaka jogurtem. Można to było dopracować, albo w
ogóle z tych martwych scen zrezygnować, bo podczas nich wkradała się nuda i
zwyczajnie człowiek czuł, że jest w kinie i miewał poczucie marnowania czasu na oczywiste oczywistosci.  I znowu powtarza się kolejny grzech,
tak jak w przypadku „Erratum”, gdy dokumentalista bawi się w „Zosię samosię”
przy kręceniu fabuły, porywa się i na reżyserię i na scenariusz. Może trzeba było wziąć przykład z Borysa Lankosza
i jego „Rewersu”.

Na zakończenie, warto wspomnieć jeszcze o ciekawym wątku w filmie, a mianowicie
ukazanie środowiska polonijnego we Francji. Bardzo dobra sekwencja,  poprowadzona
brawurowo przez Sławomira Orzechowskiego, jako lidera polonusów w departamencie
Nord – Pas – de – Calais (jedno z większych skupisk Polaków we Francji – tam też
zadomowiła się kiedyś rodzina I sekretarza PZPR Edwarda Gierka, stamtąd prawdopodobnie pochodzi także sam reżyser filmu, pół Francuz pól Polak). Trochę smutno było patrzeć, że oni,
Polacy, kochają się tam i są radośni na tej obczyźnie bardziej niż my w ojczyźnie, ale
jednocześnie cieszyło, że rodzina Kowalów, ojciec i syn, mimo problemów, mimo dźwigania wielkich moralnych bagaży, przekazywanych z ojca na syna,  jednak
nie zrezygnowała z życia w kraju. Chociaż… kto wie, czy z czasem nie zmienią
zdania?  A dlaczego, dowiedzą się ci miłośnicy polskiego kina pod wezwaniem „mimo wszystko”,
którzy wybiorą się na „Kreta”.

Dlaczego taka duża Karen płacze w autobusie? Może jest
chora? Właśnie dowiedziała się o śmierci kogoś bliskiego? A może rozstała się
na zawsze z kochankiem? A może mąż ją pobił? Może się czegoś boi? Może czegoś
żałuje? Może, może, może… ileż pytań bez odpowiedzi ciśnie się na usta, gdy
widzimy kogoś pochlipującego w środku transportu publicznego. Jeśli ktoś nie
może się opanować i daje upust swoim emocjom nie bacząc na miejsce, otoczenie,
sprawa może być poważna…  Przejechawszy
kilka przystanków, Karen wysiada. Jest już późny wieczór, ulice miasta, daleko
poza centrum, są puste. Karen łomocze do drzwi zaniedbanej kamienicy, prosi
o pokój. Z głębi domu odzywa się głos gospodyni, że takim nie dysponuje. Karen
obiecuje, że zapłaci za trzy miesiące z góry. Zostaje zakwaterowana. Domyslamy się,
że bohaterka filmu nie jest biedna (na co wskazuje także duże obrzydzenie do brudu i karaluchów), ale może być
nieszczęśliwa.  I nie mylimy się, o czym przekonujemy się nazajutrz, gdy
telefonuje ona do swojej matki, z prośbą o pomoc.  Lecz nie znajduje Karen zrozumienia u rodzicielki. Wręcz przeciwnie,  namawia ją ona do powrotu do domu, do męża, albo choćby na
spotkanie z nim.  Znamy, więc już powód łez Karen.  Tylko nie wiemy jeszcz, czy są to łzy szczęścia, czy radości. Karen godzi się na spotkanie z mężem, dzięki temu
mamy okazję przekonać się, że jest on dobrze ubranym, przystojnym i  kulturalnym mężczyzną w
średnim wieku, przyzwoicie sytuowanym, mogącym sobie pozwolić na utrzymanie
domu i żony. Oczywiście, mąż namawia grzecznie żonę do powrotu, ale  Karen nie ma już
ochoty służyć jako szatniarka, pomoc
kuchenna, pokojówka oraz pani do towarzystwa w jednym.  Ma ochotę
sama zarobić na swoje utrzymanie, żyć na własny rachunek. Podjęła to ryzyko, mimo
nie pierwszej młodości, średniej urody i takiejż figury, zaczynając „od zera”, ale za to z
kilkoma tysiącami pesos w portfelu. Niestety, o pracę dla takiej kobiety, jak ona nie
jest łatwo, a torebkę z pieniędzmi ukradziono. Na szczęście za pokój zapłaciła
z góry. Aby przeżyć zaczyna żebrać. To znaczy prosić na przystankach autobusowych
o parę drobnych monet na przejazd. Ludzie są współczujący i litościwi, dzięki temu Karen
egzystuje, cierpliwie szukając pracy. Jej upór zostaje nagrodzony.
Karen znajduje jakąś marną pracę, ale i nowych znajomych, i to z całkiem przyzwoitych kręgów,
zarówno mężczyzn jak  i kobiety, które śmiało zadają Karen pytanie „czym się
zajmujesz”? A ona ciągle jeszcze odpowiada z zakłopotaniem, jak do tej pory: „czytaniem książek”, np.
Ibsena. Trudno przecież chwalić sie pracą rozdawacza ulotek. Dzięki znajomej z wynajmowanego obok pokoju, Patricii, osóbki nader wyzwolonej, zaprzyjaźnia się z miejscowym dramatopisarzem, zaczyna bywać, w
teatrze, na bankietach, zostaje jego kochanką, dostaje od niego propozycję wyjazdu do
Argentyny (sztuki przyjaciela zyskują rozgłos w krajach ościennych) zwieńczoną
prośbą o podanie marynarki. Czy Karen ją poda, czy nadal będzie jeździła
autobusem, i czy będzie jeszcze w nim płakać? Zobaczcie debiut fabularny kolumbijskiego,
34-letniego reżysera Gabriela Rojas Vera. Film nie poraża tempem akcji, bo i w
życiu Karen, która postanowiła być „kimś”, nic specjalnego się nie dzieje, ale cały
czas utrzymuje stały poziom zainteresowania zmaganiem Karen z codziennością,
jakże różniącą się od tej, którą wiodła u boku męża, i… oczekiwaniem na odpowiedź na pytanie, czy Karen będzie teraz szczęśliwa?  

Fascynację,
czy zainteresowanie,  twórczoscią
Almodovara, jak i jego filmy, odłożyłam, jak widać, już do lamusa. Jakiś czas
temu przemknęło mi przez myśl, że dobrze by było przypomniec sobie  te jego stare klimaty i specyficzną pogodę
ducha wynikającą z  akceptacji i
bezwarunkowej miłości człowieka. I czyż może być lepszy przykład filmu
spełniającego te wymagania, jak 
„Wszystko o mojej matce”? Matka, jej miłość do dziecka, kojarzy się
bowiem z miłością bezwarunkową. I taka też miłość, bezwarunkowa  - bez względu na płeć, śmiertelne choroby,
różnego rodzaju  dziwactwa, starość, a
nawet gatunek żyjącej istoty  – pies Sapik
też jest bardzo kochany – przepełnia ten obraz Almodovara, który kończąc swój
film, składa dedykację wszystkim (sic!), którzy pragną być matkami, życząc im
spełnienia, by mogli doznać tego właśnie matczynego uczucia, czystego bezinteresownego, zdolnego
przenosić góry.

 Almodovar w zasadzie nie pokazuje nigdy w
czystej formie przemocy, prześladowań, a już szczególnie  ze względu na orientację seksualną swych
bohaterów.  Tak jakby  w ogóle przemocy na świecie nie było.. A jeśli już
pokaże, to raczej w zabawnej, często gorszącej widzów, formie (np. Kika).  Transwestyci i transseksualiści – każdy ma prawo do życia, skoro
zostali do niego powołani.  Jeśli już
pokazuje problemy tej grupy ludzi, to są to zazwyczaj problemy
miłosne.  Czasem delikatnie zaznaczy
brak ich akceptacji, wyrzucenie poza nawias (ich miejsca schadzek) postrzegania
jako monstra – reakcja matki, gdy zauwazyła, że Lola tuli jej wnuka „To to monstrum
przyczyniło się do śmierci mojej córki”. Jednak odżegnuje się od scen stricte
okrutnych – w jego filmach króluje miłość i radość życia, na przekór jego
smutkom.

„Wszystko
o mojej matce” to królestwo kobiet – które również, jak wszyscy ludzie, bywają
wobec siebie nieprzyjazne, zazdrosne (Nina), ale w obliczu prawdziwego
nieszczęścia budzi się w nich owa tzw. 
solidarność jajników”, której tak zazdroszczą im mężczyźni, czego dowodem
jest ów złośliwy, ukuty przez nich termin, na kobiece współodczuwnaie i współdziałanie.
Jeśli w tym filmie pojawia się mężczyzna, to jest to typowy macho, prostak Kowalski ze
sztuki „Tramwaj zwany pożądaniem”, przekładający się w życiu realnym na
podobnego do siebie faceta, aktora, błagającego jak pies o „laskę” tę,  która ma na imię „przyjemność” – Agrado. Albo – jest nim
zniedołężniały, także umysłowo, ojciec Rosy. No, niestety…

Kilka
słów o wspomnianej/wspomnianym Agrado. Jej ukierunkowanie siebie tylko i
wyłącznie na przyjemnosć, przeradza się 
w misję i powołanie,. A zabawna opowieść, wygłoszona w teatrze,o tym jak budowała swój
kapitał czyli ciało, może, ale nie musi, rozwiać wątpliwości tych, którzy
traktują operacje plastyczne, jako wyłącznie 
spełnianie pustych zachcianek.

Najpiękniejsza
scena to scena triumfu miłości -  dwie
kobiety, jedna straciła syna w wyniku jego fascynacji tą drugą kobietą, ta
śmierć obróciła się w koleją miłość i fascynację tych obu kobiet sobą nawzajem.

Miłość bliźniego do bliźniego wręcz wylewa się z ekranu (że dorzucę jeszcze temat
transplantologii). To nawet może zakrawać na kicz, ale jeśli przyjmiemy, że
kicz jest zaprzeczeniem istnienia gówna („Nieznośna lekkość bytu”), 
to wyjdzie nam, że Almodovar poddaje nas, i siebie, nieustannej
psychoterapii.

Ho Po-wing
(Leslie Cheung ) i  Lai Yiu-fai  (Tony Leung) to para kochanków z Hongkongu,
rzuconych przez los, a może bardziej przez marzenia i pogonią za nimi, na
drugi koniec świata, do Buenos Aires (zabijając tęsknotę za ojczystą metropolią
bawią się czasem  wyobrażeniami o niej
stojącej dosłownie na głowie). Motorem napędowym ich karkołomnych życiowych poczynań
staje się nie tylko przemijająca namiętność, ale także przypadkowo zakupiona przez jednego z nich kiczowata lampka
nocna z widokiem baśniowego wodospadu Iguazu. Wyprawa marzeń nie okazuje się łatwa, a
mężczyźni dochodzą do wniosku, że czas zacząć wszystko od nowa. Bieda tylko w
tym, że każdy z nich inaczej rozumie zwrot „od nowa”. Dla jednego z nich
oznacza on odnowę ich związku, a dla drugiego początek życia od nowa każdego z
nich z osobna. Miłość nie jest równoznaczna bowiem z porozumieniem czy
zrozumieniem, a co najważniejsze, z czasem i związanym z nim przemijaniem nie
gwarantuje wiecznego natężenia emocji i napędu do życia. Wiadomo, wszystko co
się narodzi musi kiedyś umrzeć. Miłość nie stanowi w tym względzie wyjątku.
Można próbować ją regenerować, jak każdy silnik, i jak próbują to czynić
chińscy kochankowie na obczyźnie,  ale
wiemy, że żadna regeneracja nie zastąpi nówki. Czas robi swoje, a przemijanie
tego co najpiękniesze boli  tym
bardziej.

Takiego klimatu wszechogarniającego smutku i tęsknoty dawno w filmie nie
widziałam . Lars von Trier może się schować ze swoją „Melancholią”. I tym lepiej,
że wyprodukowano go tu między mężczyznami, bo to (chyba) oni skazani są bardziej
na samotność, to ich ciągle gdzieś gna, to oni wstydzą się mówić wprost o
swoich uczuciach i emocjach i przez to jeszcze bardziej cierpią, zabijając
poczucie osamotnienia i pragnienia miłości przypadkowymi i powierzchownymi związkami, albo romantyczno-męskimi
wędrówkami przed siebie, w poszukiwaniu nowych miejsc, nowych zajęć, pasji, nowych
związków (scena pożegnania w Yiu-Faia z nowopoznanym przyjacielem kucharzem, tuż przed
jego wędrówką na inny koniec świata – tym razem jest nim miasteczko Usuaia).

A może my wszyscy, tak jak mówił S. Lem w jednym ze swoich wywiadów już tak
mamy, że jako ludzie „różnimy się od innych naczelnych przede wszystkim tym, że
wiecznie dokądś zmierzamy i jesteśmy wiecznie niezaspokojeni. Człowiek jest już
tak skonstruowany, że nasze najwieksze szczęście jest zawsze między wyciągniętą
ręką a owocem z drzewa”. I z tym się zgadzam w 100%. Zawsze i wszędzie mówiiłam,
że wiekszą rozkoszą jest czekanie niż samo spełnienie ( w filmie mamy tego
dowod w scenie nad Iguazu). Być może mężczyźni bardziej odczuwają ów niepokój, a może nawet
w takim samym stopniu jak kobiety, tylko kobiety spętane narzuconą im /przez
mężczyzn, rzecz jasna :)/, rolą służebną, wiekowymi kulturowymi przypisaniami  do domu, męża,
dzieci ogniska domowego itd. itd., jeszcze do niedawna, nie śmiały,
bały się, nie czuły się godne, jako przyszłe i obecne, matki rodzicielki,  rościć sobie pretensji ku temu ludzkiemu prawu
poszukiwania nowych doznań, ciągle nowego mocno bijącego blasku (oryginalny
tytuł filmu brzmi podobno mniej więcej „krótki moment blasku”) życia. Wszelkie wyprawy wiążą
się z niewygodami, destabilizacją, niepokojem, ryzykiem, czasem cierpieniem, ale
jak się to ma proporcjonalnie do perspektywy radości  odkrywania  nowych, nieznanych bijących kuszącym blaskiem, obszarów – to już każdy musi sobie określic sobie sam.

A film polecam. Nie wszystkim. Głównie nałogowcom melancholikom, znajdą
tu, jak to u Kar Waia Wonga, sporo pożywki, za którą przepadają.
 

Dzisiaj wieczorem na kanale Planete, ci którzy nie widzieli kolejnego dokumentu o Rosji zrobionego w zachodnich wytwórniach, będą mieli okazję go zobaczyć. Niby nic nadzwyczajnego i nowego, pełna oczywista oczywistość – jak świat światem Rosjanie pili, piją i zapewne jeszcze długo pić będą.Dlaczego jednak warto zobaczyć ten film? Ano, może ku przestrodze? Wszak i Polak za kołnierz nie wylewa,  chlubiąc się swą mocną głową. Czasem bywa to jedyna rzecz, jaką może zaimponować przybyszom zza granic.
Smutne, żałosne, przerażające, żal tego ogromnego potencjału narodu topionego w
wódce. Nie dziwmy się, władzom zachęcającym do picia -  pijany naród daje swobodę rządzenia, daje dochód do kasy
państwowej, tanią siłę roboczą, jeśli w ogóle jeszcze ma siłę do roboty.
Ale w końcu, ludzi w Rosji tyle, że zawsze znajdą się następn, jeśli wymrą ci w sile wieku. Jednym słowem -  wódka jak siano dla bydła, tylko
nie tak jak siano tania.


  • RSS